Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Paweł Korzondkowski: 11 listopada

11 listopada

Paweł Korzondkowski

Choć nie odczuwam ideologicznego związku z tegorocznymi organizatorami Marszu Niepodległości (szczególnie z powodu ideowego zmiękczenia tychże), postanowiłem, bardziej z ciekawości niż dla idei, wybrać się do Warszawy.

Z Bielska-Białej wyruszyliśmy dwoma autobusami zorganizowanymi przez pana posła Stanisława Piętę. Już od samego początku naszej drogi na Marsz, a więc od momentu zbiórki, znajdowaliśmy się pod „czułą opieką” policji. Funkcjonariusze dokładnie skontrolowali autokary, nie zapomniano także, aby sfotografować wywieszone na przednich szybach autokarów listy osób udających się do stolicy. Podobno w trasie towarzyszyło nam auto tajniaków, nie jest to jednak informacja potwierdzona. Gdy już wjechaliśmy do Warszawy, zatrzymał nas policjant na motorze i dopytywał się, czy nie jadą z nami jacyś kibice (najwyraźniej w „wolnej” Polsce powoli stają się obywatelami drugiej kategorii)…

Przed samym Marszem udaliśmy się na Mszę św. do kościoła pod wezwaniem św. Barbary. Pod koniec Mszy — na prośbę księdza — wierni złożyli przysięgę, w której oświadczyli, że nie ściągną krzyża i nie pozwolą, aby go usuwano z przestrzeni publicznej. Po Mszy wraz z eskortą policji udaliśmy się na Marsz. Było już około godziny piętnastej. Dotarliśmy na jakiś plac (nie znam Warszawy i nie wiem, co to za plac, ale raczej nie było to miejsce, w którym kibice starli się z lewakami i policją) gdzie było już obecnych bardzo wielu ludzi i skąd wszyscy wyruszyliśmy w kierunku pomnika Romana Dmowskiego. Nad naszymi głowami krążył śmigłowiec, pod koniec marszu pojawił się kolejny. Wyruszyliśmy kilkanaście minut po piętnastej, by po chwili od dzwoniących do nas znajomych usłyszeć, że Marsz rzekomo został rozwiązany, co jakąś godzinę później zostało zdementowane. Warto dodać, że od momentu wymarszu nie widziałem już żadnego policjanta. Pojawili się dopiero pod siedzibą Rady Ministrów.

Trudno oszacować, w jak wielkim tłumie szedłem, ale myślę, że przynajmniej 20 tysięcy osób przybyło do Warszawy, aby zamanifestować swoje przywiązanie do Ojczyzny. Obecne były różne środowiska: konserwatyści, liberałowie, republikanie, katolicy różnych odcieni, długowłosi słuchacze metalu o patriotycznym nastawieniu, osoby starsze, rodziny z dziećmi, kibice różnych klubów, a nawet kilku Azjatów. Wznosiliśmy hasła: Bóg, Honor i Ojczyzna!, Wielka Polska Katolicka!, precz z brukselską okupacją!, raz sierpem, raz młotem w czerwoną hołotę!, tylko idiota głosuje na Palikota! itp. Nie było więc tak spokojnie i „pedałkowato”, jak rzekomo — według niektórych, którzy krytykowali marsz „z prawej strony” — miało być.

Oczywiście cały czas opisuję to, co widziałem i słyszałem jako osoba idąca w tłumie, który to tłum nie zawsze musiał robić i krzyczeć to, co chcieli organizatorzy. Nie zmienia to jednak faktu, że ostateczna wymowa marszu nie była ugładzona i delikatna, ale bojowa i mocno antysystemowa.

Po około dwóch godzinach, idąc w pochodzie pełnym flag i „prawomyślnych” Polaków dotarliśmy do pomnika Pana Romana (bezpośrednio przed tym wygwizdaliśmy establishment, kiedy przechodziliśmy pod siedzibą Rady Ministrów przy ulicy Pięknej, wznosząc okrzyki: precz z brukselską okupacją!, Polska to my, Polska to my, a nie Donald i jego psy). Kilkanaście minut później, gdy platforma z organizatorami pojawiła się w okolicach pomnika i zaczynały się przemówienia, zobaczyliśmy wóz policyjny z armatką wodną, który wjechał w zbiorowisko patriotów. Parę minut po tym wydarzeniu zauważyłem jakiś drobny pożar kilkadziesiąt metrów od nas i biegnących w jego stronę policjantów w kaskach z tarczami. Pojawiły się kolejne armatki i usłyszeliśmy wezwanie policji, aby się rozejść, ponieważ manifestacja jest już nielegalna i policja może użyć siły. Gdy wieść o rozwiązaniu manifestacji potwierdzili organizatorzy, udaliśmy się z naszą grupą — zebraną pod sztandarem z napisem „Narodowe Siły Zbrojne Bielsko-Biała” — w stronę Pałacu Kultury i Nauki, gdzie czekały na nas autobusy. Po drodze spotkaliśmy kordon policyjny z niewiadomego powodu blokujący chodniki i drogę. Wyglądało to tak, jakby chciano wracających zapędzić w jakieś konkretne miejsce i było to dość niepokojące.

Gdy już jechaliśmy do Bielska, towarzyszył nam jadący przed autokarem radiowóz policyjny, a także — jak się niedawno dowiedziałem — wóz tajniaków. „Czuła opieka policji” nie skończyła się tylko na tym. W okolicach Częstochowy zatrzymano nasze autokary. Do środka weszło dwóch policjantów w celu sprawdzenia, kto jedzie w środku i czy nie przewozimy czegoś niebezpiecznego (tak to przynajmniej wyglądało). Warto dodać, że jeden z policjantów zachował się po chamsku zwracając się do około trzydziestoletniego mężczyzny tak, jakby zwracał się do swojego kolegi. Obok autokarów ustawił się kilku-, może kilkunastoosobowy kordon policjantów z tarczami i w kaskach. Gdy podeszliśmy bliżej kordonu, dwóch tajniaków kazało nam wsiadać z powrotem do autokaru — oczywiście, jak spora część policjantów, których spotkaliśmy tego dnia, nie byli przy tym mili.

Kiedy zbliżaliśmy się do punktu docelowego, jadący przed nami mały wóz policyjny zamieniono na tzw. sukę. Chwilę przed wysiadką z autobusu zażartowałem, mówiąc, że pewnie czeka na nas kilka takich wozów. Okazało się, że mój żart był proroczy. Na dolnej płycie bielskiego dworca PKS czekały 4 „suki”, 3 małe wozy policyjne, pies, policjanci w mundurach i co najmniej dwóch tajniaków. Jak się okazało, taki „arsenał” był przygotowany nawet nie na „załatwienie” obu autobusów, lecz na każdy z osobna, ponieważ drugi autokar wjechał na parking dopiero po „załatwieniu” pierwszego. Każdego wychodzącego z autobusu wylegitymowano, spisując przy tym dane do notesika, a także nagrano na kamerę.

W tym kontekście pojawiają się pytania: dlaczego policja czekała tak długo z tymi czynnościami? Czy w ten sposób potraktowano wszystkich wracających? Czemu miał służyć kordon pod Częstochową? I wreszcie, czy fakt, że jakiś nikły procent ludzi będących w Warszawie brał udział w zadymie, daje policji prawo do traktowania jak potencjalnych przestępców wszystkich, którzy się na ten Marsz udali? Myślałem, że zagrożeniem dla nas będą bandy lewaków, nie myślałem jednak, iż to policja będzie próbowała zastraszyć patriotów…

Wróciłem do domu po drugiej w nocy, mocno zniesmaczony tą całą sytuacją. W telewizji ciągle pokazywano zadymę kibiców (a może prowokatorów?) z policją i lewakami. Zadymę, o której zaistnieniu dowiedziałem się dopiero wracając. Nigdzie nie widziałem jednak, aby pokazano Marsz, w którym brałem udział…

W interesie obecnych okupantów Polski było, aby Marsz tak się skończył. Bitka w Warszawie daje podstawy do zmiany prawa o zgromadzeniach i zablokowania kolejnych manifestacji. Jednak wszyscy, którzy tego dnia byli w Warszawie, muszą przybyć tam za rok. Widzieliśmy, jak wielu ludzi nie zgadza się na obecne „porządki”. Pewnie niektórzy funkcjonariusze reżimu uważają, że Polacy dadzą się zastraszyć. Myślę, że mogą się bardzo zdziwić, gdy za rok zobaczą pod pomnikiem Romana Dmowskiego kilka razy więcej ludzi niż w tym roku. W naszym interesie leży, żeby kolejne marsze miały jeszcze bardziej antysystemową, prawicową i kontrrewolucyjną wymowę.

Obrany cel – Wielka Polska na wieki, pod znakiem falangi po wolność idziemy!

(Szwadron 97)

Zdjęcia zrobione przez pana jadącego na Marsz w tym samym „transporcie” co ja: https://picasaweb.google.com/107929607065416239872/MarszNiepodlegOsci2011?authuser=0&feat=embedwebsite#

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.