Jesteś tutaj: Ogłoszenia i aktualności » Aktualności » 21.I. 2011 – Requiem à la mémoire de Louis XVI

Requiem à la mémoire de Louis XVI

Requiescat in pace

Stracenie Ludwika XVI,

ze wspomnień x. Henryka Edgewortha

…kiedy topór gilotyny miał opaść, pocieszał swojego umiłowanego pana w szlachetnych słowach: „Synu św. Ludwika, wstąp do nieba”.

 

…Król, znalazłszy się osadzony w powozie, gdzie nie mógł ani do mnie przemawiać, ani rozmawiać bez obecności świadków, zachował głębokie milczenie. Przedłożyłem mu mój brewiarz, jedyną książkę, którą ze sobą miałem, i wydawał się przyjąć ją z zadowoleniem: wyraził pragnienie, że powinienem wskazać mu psalmy, które najbardziej pasują do jego sytuacji i wraz ze mną recytował je uważnie. Żandarmi milcząco zdawali się być zdumieni i zakłopotani spokojną pobożnością ich monarchy, do którego bez wątpienia nigdy wcześniej nie mieli tak bliskiego dostępu.

Pochód trwał prawie dwie godziny; ulice były wypełnione obywatelami, wszyscy uzbrojeni, niektórzy w piki, inni w strzelby, sam zaś powóz został otoczony przez oddział, utworzony z najbardziej zdesperowanych ludzi Paryża. Jako inną ostrożność, umieszczono przed końmi szereg bębnów, z zamiarem, by zagłuszały każdy szum czy szmer na rzecz Króla; ale jakże mogły być w ogóle słyszane? Nikt nie pojawiał się ani w drzwiach, ani w oknach, zaś na ulicy nie widać było nikogo, prócz uzbrojonych obywateli – pędzących w kierunku miejsca zbrodni, które być może przepełniało ich serca nienawiścią.

Tak wiec powóz podążał w milczeniu do placu Ludwika XV, po czym zatrzymał się na środku dużej przestrzeni, która pozostawała wolna wokół szafotu: miejsce to otoczone było armatami, a ponad nimi rozciągał się uzbrojony tłum o zasięgu tak dalekim, jak tylko okiem sięgnąć. Jak tylko Król zauważył, że powóz zatrzymał się, odwrócił się do mnie i szepnął: „Dotarliśmy, jeśli się nie mylę”. Moje milczenie było dlań odpowiedzią, że jesteśmy na miejscu.

Jeden ze strażników podszedł, by otworzyć drzwi powozu i żandarmi wyskoczyliby, gdyby Król nie powstrzymał ich, a opierając rękę na moim kolanie rzekł z powagą majestatu: „Panowie! Polecam wam tego oto dobrego człowieka, zadbajcie, aby po mojej śmierci nie pohańbiła go najmniejsza obraza — Zaklinam was, by temu zapobiec”… Jak tylko Król opuścił powóz, natychmiast przystąpiło do niego trzech strażników i ściągnęliby z niego ubranie, ale Król odepchnął ich z wyniosłością i rozebrał się sam; rozwiązał swój krawat, rozpiął koszulę i ułożył ją sam. Strażnicy, których zdeterminowane oblicze Króla na moment wytrąciło z uwagi, wydawali się już odzyskać swoją zuchwałość. Otoczyli go ponownie, chcąc skrępować mu ręce. „Do czego zmierzacie?” — powiedział Król cofając ręce. „By cię związać! — odparli nędznicy. „By związać mnie?” — powiedział Król z oburzeniem. „Nie! Nigdy nie zgodzę się na to: róbcie, co zostało wam rozkazane, ale nigdy mnie nie zwiążecie…”.

Droga prowadząca na szafot była nad wyraz ciężka i trudna do przebycia. Król był zmuszony opierać się na moim ramieniu, a przez wzgląd na powolność, z jaką się poruszał, zatrwożyłem się na chwilę, że jego odwaga mogłaby opaść; ale jakie było moje zdziwienie, gdy w momencie przestąpienia ostatniego kroku, poczułem, że nagle puścił moje ramię i zobaczyłem go kroczącego pewnym krokiem na szerokość całego szafotu; przez sam jego wygląd ucichło piętnaście czy dwadzieścia bębnów, które znalazły się naprzeciwko mnie, i głosem tak donośnym, że musiał być słyszany na Pont Tournant, usłyszałem go wymawiającego wyraźnie te pamiętne słowa: „Umieram niewinny wszystkich zarzucanych mi zbrodni. Przebaczam winnym mojej śmierci i modlę się do Boga, aby nie spadła na Francję krew, którą zamierzacie przelać”.

Postępował naprzód, kiedy to człowiek na koniu, w narodowym mundurze, z dzikim okrzykiem nakazał uderzać w bębny. W tym samym czasie było słychać liczne zachęty dla oprawców. Wydawali się ożywieni używając przemocy wobec najbardziej cnotliwego Króla, wciągnęli go pod topór gilotyny, który jednym pociągnięciem oddzielił głowę od ciała. Wszystko to wydarzyło się w mgnieniu chwili. Najmłodszy ze strażników, który zdawał się mieć osiemnaście lat, natychmiast pochwycił jego głowę i pokazywał ją ludziom, chodząc wokół szafotu; towarzyszyły tej potwornej ceremonii najokropniejsze i najbardziej odrażające gesty. Przez moment panowała straszna cisza; w oddali było słychać okrzyki „Vive la Republique!”. Stopniowo wrzawa wzrosła i w mniej niż dziesięć minut owo wołanie, tysiące razy powtarzane, stało się powszechnym głosem tłumu, a każdy kapelusz unosił się w powietrzu…

Tłumaczenie: Robert Goczał

21 stycznia Roku Pańskiego 1793 Ludwik XVI, Arcychrześcijański Król Francji i Nawarry zamienił doczesną koronę swoich królestw na koronę wieczną. Zjednoczeni bólem, lecz przepełnieni chrześcijańską nadzieją, wysłuchajmy „Requiem” Ludwika Cherubiniego.

Modląc się za spokój duszy królewskiego męczennika i za innych zmarłych z rąk zbrodniarzy członków Domu Francji, pamiętajmy też o Jego obecnym następcy – Jego Królewskiej Mości Ludwiku XX, aby panowanie tego Króla lub kolejnych władców zniosło tragiczne skutki rewolucji antyfrancuskiej.

Ludwik XVI i Maria Antonina

Jezu cichy i pokornego serca,

zmiłuj się nad tymi, którzy w ostatnich chwilach życia naśladowali Cię w pokorze!

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.