Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Kara Mustafa, wielki wódz Krzyżaków, czyli o Barbarossie i katechonie

Kara Mustafa, wielki wódz Krzyżaków, czyli o Barbarossie i katechonie

Jacek Bartyzel

Odpowiadając na prośbę swoich Czytelników o wyjaśnienie pojęcia katechon, prof. Adam Wielomski był łaskaw poinformować ich dodatkowo, iż ja „nie mam zielonego pojęcia o temacie” łącząc ów termin z prefiguracją chrześcijańskiego męża stanu. Rad jestem, że znalazł się mąż tak uczony, iż o odnośnym temacie ma pojęcie satysfakcjonujące całą skalę barw, co jednak nie uchroniło go przed skontaminowaniem sobie – z dwu różnych Hohenstaufów: Fryderyka I Barbarossy (ok. 1125-1190) i jego wnuka, Fryderyka II Rogera (1194-1250) – nieznanego żadnym historykom „Fryderyka II Barbarossy”. A nie jest to pomyłka błaha w kontekście toczącej się sprawy, albowiem jeśli i za panowania Barbarossy też dochodziło do sporów cesarstwa z papiestwem (jak prawie za każdego z cesarzy), to jednak apogeum tego konfliktu – usprawiedliwiające w pewnym stopniu użytą przez mego adwersarza frazę „zajadły przeciwnik papieża” – przypadło dopiero na panowanie Fryderyka II. Cokolwiek zresztą owa retorycznie niezbyt fortunna (w poważnym tym razem tekście) „zajadłość” ma wyjaśniać, to trzeba jednak dodać, iż była ona obustronna: to w końcu tego cesarza papież Grzegorz IX nie tylko (dwukrotnie) ekskomunikował, ale i nazwał Antychrystem. Być jednocześnie „Antychrystem” i „tym, który go powstrzymuje”, zdaje się być faktycznie (że też pozwolimy sobie chwilowo na nieco lżejszy ton) nieco ekstrawaganckie i interpretacyjnie kłopotliwie. Jako że nie czuję się dostatecznie kompetentny do rozstrzygania czy Fryderyk II faktycznie był – o co go oskarżano – heretykiem, ograniczę się do przypomnienia, że jednak poprzedni papież ukoronował go na cesarza, a więc przynajmniej formalnie był on cesarzem chrześcijańskim.

Przechodząc do spraw zasadniczych muszę rozpocząć od stwierdzenia, że gdyby brać pod uwagę samo meritum wyjaśnień autora odnośnie do znaczenia słowa katechon, nie widzę pola do większego sporu. Wywód autora – jak zawsze zresztą, gdy nie wygłupia się felietonowo – jest klarowny, rzeczowy i fachowy, podparty erudycyjnie literaturą przedmiotu. Całkowicie ścisły i trafny jest przede wszystkim wywód unaoczniający prorocki i eschatologiczno-apokaliptyczny kontekst katechonu. Jeżeli miałbym się tu o coś upomnieć, to byłoby to istotne pominięcie jeszcze jednej – oprócz eklezjalnej oraz politycznej (którą w prezentacji prof. Wielomskiego była zarówno pierwsza, jak i trzecia) interpretacji, to znaczy teocentrycznej, czyli tej, która przyjmuje, że katechonem, o którym mówił św. Paweł jest po prostu sam Bóg – w sensie siły powstrzymującej, która, jako czysto formalna zasada stworzenia, działa z woli Boga. Sądzę również, że autor nazbyt lekceważąco potraktował przynajmniej jednego ze średniowiecznych „apokaliptyków”, przywoływanych na okoliczność recepcji pojęcia katechonu, tj. bpa Ottona z Freisingu (ok. 1112-1158), który wcale nie był postacią „marginalną”, ani nie jest tak nieznany badaczom. Przeciwnie: to postać kluczowa dla średniowiecznej „teologii imperialnej”, autor formuły una civitas id est ecclesia, identyfikującej zatem sacrum imperium z sacra ecclesia oraz bezpośredni adresat (a prawdopodobnie rzeczywisty redaktor) słynnego manifestu cesarza Fryderyka (w tym wypadku naprawdę Barbarossy). Musiałbym wreszcie zaprotestować przeciwko twierdzeniu, iż termin ten nie występuje w polskiej literaturze przedmiotu, co jest nieprawdą, albowiem już ładnych kilka lat temu zostało opublikowane obszerne i poważne studium dr. Marka A. Cichockiego To katechon („Civitas”, 8/2004), a od tego czasu wzmiankowali przynajmniej na ten temat inni autorzy. I w gruncie rzeczy na tej liście „pretensji” musiałaby się skończyć dyskusja, gdybym to ja ją wszczynał.

Powiem nawet więcej: nie byłbym do końca zdziwiony, gdyby prof. Wielomski postawił mi inny zarzut: wspomnienia wyłącznie o interpretacji politycznej (w tym momencie nieważne: dotyczącej chrześcijańskiego czy nie, męża stanu) pojęcia to katechon – która faktycznie jest tylko jedną z hipotetycznych opcji – a brak wzmianki o interpretacji teocentrycznej lub eklezjalnej. W takim wypadku broniłbym się po prostu wskazując na to, że przecież nie pisałem własnego opracowania na temat katechonu, a jedynie w krótkiej interwencji odniosłem się do już całkowicie nie tylko spolityzowanego, ale i totalnie zwulgaryzowanego zastosowania tego pojęcia; nie byłem więc w żadnym razie zobowiązany do pełniejszego wywodu. Ale przecież nie ten zarzut stawia mi mój adwersarz, i nie w tym dopatruje się mojej ignorancji („zieloności”, a nawet jej braku), lecz w rzekomo błędnym jego złączeniu z chrześcijańskim mężem stanu.

Mój rzeczywisty kłopot bierze się stąd, że w gruncie rzeczy najlepszego dowodu prawdziwości mojego twierdzenia dostarczył nie kto inny, jak swoim objaśnieniem… sam prof. Wielomski. Jakiekolwiek były jego intencje, to nieomal każde zdanie i sens całości zupełnie jednoznacznie dowodzą, że myślenie i rozprawianie o katechonie poza kontekstem chrześcijańskim (a ściślej: chrześcijańskiej eschatologii), i to bez względu na to czy w ogóle trafna jest interpretacja polityczna (ściślej: teologiczno-polityczna), czy też należałoby ją odrzucić, byłoby nonsensem, aberracją i – prawdopodobnie – herezją.

Muszę natomiast odrzucić jedyny przedstawiony w tym wywodzie argument, który na pozór – ale właśnie tylko na pozór – zdaje się przeczyć temu, że katechon, jeśli jest polityczny, to musi być katechonem chrześcijańskim, a mianowicie ów, że niektórzy autorzy wczesnochrześcijańscy (nie tak liczni zresztą) skłaniali się do postrzegania katechonu w pogańskim przecież wówczas cesarstwie/cesarzu rzymskim. A jakże mogliby żyjący wówczas chrześcijanie rozmyślać o politycznym katechonie chrześcijańskim, skoro jeszcze nie nastał czas chrystianizacji imperium? Lecz przecież ta sytuacja, adekwatna dla pierwotnej fazy krzepnięcia i wzrastania chrześcijaństwa naprzód w samych tylko duszach wiernych (jak się możemy domyślać, dlatego potrzebna, aby nie zrodził się nawet cień podejrzenia, że przetrwanie Kościoła – dzieła Boga a nie ludzi, jest uzależnione od protekcji państwa), skończyła się raz na zawsze wraz z zatknięciem Krzyża nad civitas terrrena, które odtąd winno być aż do skończenia świata civitas spiritualisata, serdecznie (con-cordis) złączonym z Kościołem, reprezentującym na ziemi civitas Dei. Odtąd jakikolwiek powrót do sytuacji sprzed chrystianizacji wspólnoty politycznej może być postrzegany tylko jako regres i apostazja. Paradoksalnie, ale dopuszczalna najwyraźniej przez mego oponenta sytuacja, w której katechona można byłoby obecnie doszukiwać się w jakimkolwiek „niechrześcijańskim mężu stanu”, dałaby się pogodzić jedynie z poglądami tych katolików „postępowych”, którzy potępiają „epokę konstantyńską” i cieszą się, że odeszła w przeszłość oraz uważają, ze katolicy winni już przemieniać świat nie jako chrześcijanie, lecz tylko jak chrześcijanie, na gruncie ogólnoludzkiego braterstwa.

Do pewnego stopnia mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, iż idea katechonu (także z powodu wspomnianych przez autora problemów translacyjnych) na długie okresy zanikała w świadomości chrześcijan, i że Carl Schmitt zapewne nieco przesadzał z jej intensywnością w średniowieczu, ale właśnie jedynie „nieco” – zwłaszcza, jeżeli weźmiemy pod uwagę, iż sens tej idei mógł funkcjonować i bez samego pojęcia. W końcu nawet w „romańskiej” Polsce – która, przyznajmy to, choć przykre – stanowiła wówczas jeszcze zupełne peryferia Christianitas – mamy ślad jej obecności w rzeźbie na kapitelu kolumny kościoła Zwiastowania NMP w Czerwińsku nad Wisłą. Nie zniknęła ona też zupełnie wraz ze zmierzchem średniowiecza, znajdując kontynuację w rządzonej przez Habsburgów (spadkobierców Sacrum Imperium) Hiszpanii, postrzegającej się jako misyjna w Nowym Świecie i „powstrzymująca” (protestanckiego i mahometańskiego) Antychrysta w Starym Świecie Monarquía Católica Imperial. „Idea ta – pisze współczesny znawca tematu, prof. Dalmacio Negro Pavon – bez wątpienia naznaczyła ethos hiszpański, i w konsekwencji podporządkowała jego formę polityczną misji «powstrzymywania»” (Sobre el Estado en España, Madrid – Barcelona – Buenos Aires 2007, s. 65). Nawet i współcześnie możemy odnaleźć nawiązania – nowe i oryginalne – jak na przykład w myśli autorów takich, jak Carlos A. Disandro, Alberto Buela czy Primo Siena, którzy metapolitycznie pojętą ideę katechonu łączą z misją objawioną ludom Ameryki Romańskiej przez Dziewicę z Guadalupe (zob. np. P. Siena, La Espada de Perseo, Santiago de Chile 2006; pisałem o tym zresztą kiedyś szerzej w artykule zamieszczonym nie gdzie indziej, jak w „Pro Fide Rege et Lege”). Jakkolwiek rzadkie byłyby to przypadki, zawsze jednak, jak widać, meta(polityczny) wymiar katechonu ma konotację chrześcijańską.

***

Spór, który by określić można mianem „akademickiego”, za swej strony uważam powyższą odpowiedzią za zakończony. Nie sposób jednak nie odnieść się do jego rzeczywistej praprzyczyny – bo przecież nie są nią, w sumie drugorzędne, rozbieżności interpretacyjne odnośnie do historii pojęcia katechon – czyli do, w najwyższym stopniu nieodpowiedzialnego, szafowania owym słowem przez Adama Wielomskiego – publicystę i komentatora politycznego. Zaczęło się, przypomnijmy, od „tylko” żenującego mianowania katechonem premiera Donalda Tuska – co wywołało moją reakcję ostrą, lecz uważam, że sprawiedliwą. Lecz przecież autor na tym nie poprzestał. Już od tego, niedawnego, momentu polityczne „katechony” zaczęły mu się mnożyć jak króliki: Jaruzelski, nawet Kaddafi (kto wie czy jakiegoś nie przeoczyłem). Można powiedzieć, co „katechon”, to większy łajdak. Fakt, nie można mieć pewności czy on to mówi serio, czy prowokuje „dla draki”, ale to też jest właśnie problem: granic – nazwijmy to – frywolności felietonowej.

Sam autor usprawiedliwia się, powiadając, że używa tych owych określeń w znaczeniu „przenośnym i publicystycznym”. W sukurs idzie mu zresztą jeden z jego komilitonów (nomen omen – adwokat), pisząc, iż ja „nie rozumiem”, że „terminy techniczne używane w publicystyce uzyskują zazwyczaj trochę inne, przerysowane znaczenie”. Dziękuję za wykład z genologii, aczkolwiek nie zapomniałem jeszcze całkiem ćwiczeń z poetyki na polonistyce. Mimo to zgadza się: „nie rozumiem” ni w ząb. Nie rozumiem ani tego, że „znaczenie przenośne i publicystyczne” może od znaczenia „naukowego” czy po prostu „zwyczajnego” dzielić aż tak przepastny hiatus, że publicysty nie obowiązują żadne rygory zarówno intelektualne, jak i etyczne. To jest dokładnie takie samo rozumowanie, jak tych pracowników, którzy w miejscu pracy zachowują się przyzwoicie, a gdy jadą na wycieczkę zakładową uważają, że wszelkie normy ulegają na ten czas zawieszeniu i mogą na przykład urżnąć się jak świnie. Nie rozumiem, że tak bardzo można „przerysować” terminy „techniczne”, iżby rzeczy o najwyższej randze i – dosłownie – śmiertelnie poważne zamieniać w budzącą wstręt farsę. „Technicznie”, Panie Mecenasie Skurzak, można sobie bez trudu wyobrazić na przykład wydzieranie kart z inkunabułu celem ich użycia do zapalenia cygara. Tylko czy stosownie dla dżentelmena? Przeprowadźmy taki eksperyment myślowy: może jakiś inny publicysta, nie mniej elokwentny, wpadnie na pomysł „technicznego” posługiwania się notorycznie innym terminem, też biblijnym, a dużo lepiej znanym, czyli „mesjasz” – a więc zacznie go odnosić do jakiegokolwiek polityka, który przyjdzie mu do głowy jako domniemany „wybawca” od czegokolwiek. Czy nie byłby to najgorszego sortu „mesjanizm polityczny”, do którego Panowie „realiści” odnosicie się z tak ostentacyjną odrazą?

Prof. Wielomski bardzo się irytuje, kiedy ktokolwiek rozgranicza w nim uczonego historyka idei i publicystę politycznego, twierdząc, i najwyraźniej będąc o tym przekonanym, że tylko i konsekwentnie aplikuje nauki pobrane od mistrzów myślenia do bieżących ocen i komentarzy. W pewnym sensie – ale z pewnością takim, który nie będzie mu w smak – mogę przyznać mu rację, że istnieje pewne iunctim pomiędzy jedną a drugą sferą jego aktywności pisarskiej. Uważam bowiem, że Adam Wielomski – publicysta systematycznie, a nawet niezmordowanie, uprawia autoparodię Adama Wielomskiego – naukowca. Gdy to mu potrzebne do sponiewierania jakiegoś przebrzydłego „pisiaka”, „piłsudczyka”, „romantyka”, „mesjanisty” etc. – może nawet przybrać źle dopasowany habit Wielkiego Inkwizytora, nieomylnie rozpoznającego w mgnieniu oka każdą „herezję”. Lecz w gruncie rzeczy jest, jak sądzę (a potwierdzenie znajduję w multum tekstów) „politycznym ateistą”, który ezoterycznie puszcza oko do tych, którzy mają zrozumieć, że to wszystko, co pisze jako „poważny uczony”, także o „teologiach politycznych” tych czy innych, to tylko wirtuozowskie wygrywanie pasaży mających olśnić gawiedź głębią i erudycją autora, natomiast jedyną „prawdą polityczną”, w jaką naprawdę wierzy jest lojalne stanie przy każdym bydlaku u władzy, dzierżącym grubą pałę w ręku. Oczywiście tylko do czasu, gdy „zbuntowana tłuszcza” wytrąci mu tę pałę i poderżnie gardło, po czym wyłoni z siebie nowego bydlaka, którego „realistycznie” znów trzeba będzie poprzeć.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2009 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.