Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Białe życie czasami też coś znaczy

Białe życie czasami też coś znaczy

Adrian Nikiel

To już nie jest epoka żelaza. To epoka gnojówki.
(Sándor Márai, Dziennik 1967–19761)

25 maja 2020 roku Jerzy Floyd został zamordowany przez Dereka Chauvina w słynącym dotychczas z multikulturowości i postępów postępu Minneapolis w stanie Minnesota. 8 czerwca pani Jamie Resch, komendant policji w Portland w stanie Oregon, po kilku miesiącach sprawowania tej funkcji ustąpiła ze stanowiska, wskazując jako swojego następcę pana porucznika Chucka Lovella. Tych wydarzeń na pozór nic nie łączy. Dlaczego zatem doświadczona oficer, a przy tym miłośniczka rozmaitych „mniejszości” (muzułmanów, Słowian i uchodźców), nie dokończyła kadencji? Zastąpił ją policjant również mogący szczycić się wysokimi kwalifikacjami, odwagą i licznymi odznaczeniami, lecz o nagłym awansie porucznika Lovella (o który ten nigdy nie zabiegał) zadecydował czynnik, na który nowy szef nie miał żadnego wpływu – kolor skóry. Wraz z nastaniem sprawiedliwości rasowej, niekiedy już otwarcie zwanej wojną rasową, czarnoskóry komendant może bowiem okazać się ostatnią deską ratunku w obliczu żądań liderów tamtejszej murzyńskiej społeczności, którzy domagają się likwidacji policji w Portland. Porucznik Lovell, czwarty „Afroamerykanin” na tym stanowisku, jest dziś przez elitę miasta wynoszony pod niebiosa – i można tylko dziwić się, dlaczego ten wybitny przywódca, oregoński Cyncynat, nie został szefem policji przed 25 maja. Czego mu wtedy brakowało?

*****

W wolnym społeczeństwie dowolne uprzedzenia i przesądy byłyby jedynie prywatnym mniemaniem – być może przykrym, ale wygasającym tam, gdzie zaczyna się dobrze pojęty własny interes. Stają się jednak problemem i przyczyną wielu nieszczęść, gdy kierują się nimi, występujący w imieniu państwa, ludzie praktycznie bezkarni: policjanci. Funkcjonariusz, który z dowolnego powodu stwierdzi, że czuje się „zagrożony”, ma licencję na zabijanie. W jaki sposób można mu później udowodnić, iż owszem, poczuł się zagrożony – ewentualnym wyrokiem skazującym – gdy ofiara już konała u jego stóp? Policyjna przemoc i bezkarność służb państwowych nie są problemem wyłącznie amerykańskim, w prowincji polskiej Unii Europejskiej wiemy to doskonale. Urzędnik, zwłaszcza umundurowany, zawsze jest uprzywilejowany w stosunku do podatnika, który w pocie czoła pracuje na jego pensję. Ten drugi, pałowany i obezwładniany, duszony i oślepiany gazem, skuwany i poniżany, opłacił z góry swoją „ścieżkę zdrowia”. Policja jest ciałem obcym: nie służbą, która chroni współobywateli i jest przed nimi odpowiedzialna, lecz narzędziem w rękach dysponentów politycznych, na których obywatel nie ma wpływu. Wnoszący daniny nie opłacają usług, które mają zapewnić im bezpieczeństwo, lecz odebrane im środki służą utrzymaniu ich nadzorców. Ostatecznie zaś okazuje się, że rozrastający się (z założenia omnipotentny – vide: pandemia COVID-19 i związana z nią społeczna tresura) aparat państwowy generuje kryzysy, z którymi następnie bohatersko i na cudzy rachunek musi się zmagać – a niejednokrotnie zorganizowane grupy przestępcze zastępują jego struktury, gdyż we własnym interesie są w stanie w większym stopniu zapewnić bezpieczeństwo mieszkańcom kontrolowanego przez nich terenu.

Nie można być cywilizowanym na kilka sposobów. Czynniki i standardy cywilizacyjne wyznaczają miejsce policji w strukturze władzy. Kiedy państwo jako dysfunkcjonalna struktura się rozpada, na scenę dziejów wkraczają rewolucjoniści. W 2020 roku mamy sezon na ikonoklastów i żałosnych, zapatrzonych w siebie czcicieli emocjonalnego komfortu. A może wręcz roztrzęsionych hunwejbinów politycznej poprawności, dla których nie jest ważne, że w wyniku ich działań na ulicach giną kolejne ofiary. Owszem, Black Lives Matter, ale można złożyć je w ofierze rewolucji.

Orgia przemocy sięgnęła w stanie Kentucky pomnika przeciwnika niewolnictwa, króla Ludwika XVI, władcy wspierającego (na swoje nieszczęście) amerykański bunt przeciwko hanowerskim uzurpatorom, męczennika słynnego z nadmiernej wręcz łagodności2. W Belgii dłonie rebeliantów podniosły się także przeciwko królowi Leopoldowi II (co na to JKM król Filip?)3. W miejscach oddalonych od płonących centrów wydarzeń, w tym również w Polsce, tragedia zmieniła się w farsę, np. mord na Jerzym Floydzie łączony był z twórczością martwych, białych mężczyznJuliana Tuwima i Henryka Sienkiewicza. Nawet abolicjonista Tadeusz Kościuszko, jak na dzisiejsze czasy, okazał się za mało radykalny. (Dobrze, że Cyprian Norwid nie doczekał się pomników…). Natomiast „antyrasistowscy” demonstranci sami układali się na ulicach, z pełną świadomością, że przecież nad nimi nikt publicznie znęcać się nie będzie. Nietrudno dostrzec, iż te mające posmak parodii zachowania białych (sic!) obrażały pamięć zabitego, którego cierpienie zostało wykorzystane w wewnątrzkrajowych rozgrywkach niemających z jego śmiercią nic wspólnego. Wśród protestujących byli i tacy mocno oburzeni, którym nie przeszkadza zabijanie dzieci w łonach „matek” – a nawet sami do tego zachęcają. Ciekawe, czy ich zgoda na zabijanie obejmuje również czarnoskóre „płody”? Unborn Lives Matter – hasło podobno bardzo prowokujące…

Frontów w tej światowej wojnie domowej jednak jest wiele, a podziały społeczne są dalekie od jednoznaczności, chociaż zaangażowani w obecne konflikty chcieliby przedstawiać je jak proste w opisie starcia Dobra ze Złem. (Jak np. reagować na supremacjonizm czy osławiony „afroamerykański” antysemityzm, łączący się z oskarżeniami, że Żydzi byli handlarzami niewolników? Jak interpretować wybory byłych niewolników, którzy po upadku Skonfederowanych Stanów Ameryki zdecydowali się dołączyć do swoich byłych właścicieli, emigrujących do Brazylii? Czy byli zdrajcami rasy?). Terroryści nie mieliby tak szerokiego pola do popisu, gdyby nie istotne patologie demokratycznej władzy. Demokracja dla uzasadnienia swojego istnienia potrzebuje wrogów, również wykreowanych sztucznie, wręcz wyznaczonych do tej roli. W Stanach Zjednoczonych, kraju tak silnie naznaczonym zwyczajem linczu i absurdem prohibicji, w ramach wypowiedzianej ponad sto lat temu wojny z narkotykami na schmittiańskiego wroga wskazano Murzynów i innych „kolorowych”. Wojny, której wygrać nie można, gdyż jest wojną z naturą ludzką. Naturą poszukującą w rozmaitych oszołomieniach zapomnienia i wytchnienia w obliczu dopustów doświadczanych na tym łez padole. Jest to zatem typowa wieczna wojna dla wiecznego pokoju. Demokracja, o której tak często słyszymy, że musi być podlewana nieczystą krwią tyranów, wydaje dziwne owoce.

Gdyby traktować poważnie wymierzoną w środki odurzające propagandę4, musielibyśmy uwierzyć, że biały, który sięga po narkotyki, chce się jedynie zabawić i odpocząć, często po ciężkim tygodniu bardzo odpowiedzialnej pracy w międzynarodowej korporacji, czarny zaś, który miał jakiś kontakt z „prochami”, marzy tylko o tym, aby wszyscy zaćpali się na śmierć. Biały – dzieciak, który lubi się wyluzować, Murzyn – demon zagłady społeczności WASP-ów. Wymiar sprawiedliwości nie jest ślepy na pochodzenie. W demokracji lepiej nie wyróżniać się z tłumu: niewłaściwy wygląd może być ukarany śmiercią. W ramach wojny z narkotykami (wojny domowej, zatem najokrutniejszej) zmienił się również status policjanta – wyposażony w najnowocześniejszy sprzęt i poczucie świętej misji funkcjonariusz stał się żołnierzem na pierwszej linii frontu. Żołnierzem, którego otaczają „kolorowe” masy potencjalnych dywersantów…

Jak dalece „antyrasizm” będzie mógł odwoływać się do realnych krzywd, tak długo będzie narzędziem skutecznie rozpalającym ogniska rewolucji. Nie skomplikowane ideologie obmyślane przez fałszywych proroków, ale proste oburzenie, które połączy lewicowych aktywistów, celebrytów ogłaszających, że właśnie zrozumieli, iż System jest zły, i zwykłych oportunistów szukających potwierdzenia, że są „dobrymi ludźmi”. Od klęczenia motywowanego poczuciem winy (zwykle za cudze grzechy) do niszczenia zabytków i prywatnej własności droga jest bardzo krótka5. Przy okazji dochodzi do manipulacyj językowych: język staje się coraz bardziej zrytualizowany, po raz kolejny wzmacniana i rozszerzana jest cenzura – najczęściej nieformalna i będąca wykwitem miotającej się między skrajnościami, purytańskiej moralności, lecz w praktyce równie niedorzeczna, jak państwowe wymazywanie z pamięci twórców, tytułów, nazw, miejsc i wydarzeń, a nawet sensu pojedynczych słów6. Tak powstałą społeczną pustkę ma wypełnić nowy proletariat, obsesyjnie roztrząsający kwestie kwot rasowych, nadreprezentacji i niedostatecznej reprezentacji. Celem nie jest bezpieczeństwo jednostki w postrasowym społeczeństwie, lecz zemsta sięgająca nawet mieszanych rodzin.

Murzyni potrzebują sprawiedliwości – nie rasowej, lecz zwykłej. Absurdalne przepisy kreują kryminalistów7, uniwersytetem Murzynów są więzienia. Ściganie przestępstw bez ofiar stało się źródłem demoralizacji, zarówno w przypadku polujących, jak i tropionych, patologicznych stosunków społecznych, rozpadu międzyludzkich więzi i dramatów wielu rodzin. Od przynajmniej sześciu dekad nie jest to żadna wiedza tajemna. W marcu 1965 r. Daniel Patryk Moynihan, pracujący wówczas w administracji prezydenta Lyndona B. Johnsona, opublikował raport pt. The Negro Family: The Case for National Action, w którym: Posługując się statystykami obrazującymi liczbę rozwodów i nieślubnych dzieci, wykazał (…), iż głównymi przyczynami bolączek Czarnych są rozkład rodziny, jej struktura matriarchalna i uzależnienie od pomocy społecznej. Wzbudził tym gwałtowne ataki lewicy, która trudności te chciała tłumaczyć „dyskryminacją”. W konkluzji Moynihan głosił, że programy rządowe winny być nakierowane nie na zwiększanie świadczeń socjalnych, które tylko zacieśniają zamknięte koło patologii społecznej, ale na odbudowanie murzyńskiej rodziny.

Ten ponury opis trzeba dopełnić przypomnieniem, że „Afroamerykanie” wciąż częściej giną z rąk „czarnych braci” niż „białasów”. Obsesyjne ściganie przestępstw bez ofiar owocuje jak najbardziej realnymi, lecz niewygodnymi ofiarami, dyskretnie pominiętymi podczas organizacji spektaklu zbiorowego oburzenia. O ileż wtedy łatwiej szydzić, na tle takiego obrazu świata bez wątpliwości, odcieni i niuansów, że wszyscy biali są przestępcami – jak czyni to obrończyni praw (rozbrojonego) człowieka, antysemitka, feministka i ważna postać ruchu Black Lives Matter, pani Tamika Mallory. Jak widać, w walce o prawa człowieka wcale nie chodzi o człowieka. Ale czy kiedykolwiek o niego chodziło?

*****

Śmierć na żywo prawdopodobnie będziemy oglądać coraz częściej, współcześni mordercy nie krępują się obecnością świadków. W ciągu roku nawet tysiąc Amerykanów ginie z rąk swoich nadzorców. Być może w innych krajach statystyki nie są aż tak tragiczne (lub, co równie prawdopodobne, wiarygodne dane nie są dostępne), niemniej bezkarność mundurowych pozostaje poważnym problemem i prowokuje kolejne konflikty. Aby zniszczyć człowieka, nie zawsze trzeba zabijać. Apelowanie do sumień bez daleko idących zmian strukturalnych nic nie zmieni (zbyt długo tolerowano arbitralne działania, nadużycia, korupcję, niekompetencję i złe zarządzanie) – bestię ludzką trzeba okiełznać także w policjancie.

Warto zatem spisać parę uniwersalnych zasad wyznaczających kierunek zmian – tych samych co w edukacji, ochronie zdrowia i innych obszarach wciąż pozostających pod butem rządu. Ponieważ konkurujący ze sobą prywatni usługodawcy funkcjonują lepiej niż państwowe monopole (często z kolei podzielone na wyrywające sobie pieniądze podatników formacje!), policja wymaga depolityzacji, demilitaryzacji i przede wszystkim prywatyzacji. Funkcjonariusz występujący w sądzie nie może być traktowany jak człowiek jedynie z racji wykonywanego zawodu bez wątpienia wiarygodny, „pan władza”, którego zeznanie zawsze będzie miało większy ciężar niż słowa cywila. Tym bardziej nie może być samozwańczym sędzią i katem. Policjant jest, a raczej: powinien być, wyłącznie dostarczycielem usług w zakresie bezpieczeństwa. Żadnych przywilejów, ochrony ze strony związków zawodowych i specjalnych statusów – tylko sprzedaż specjalistycznych usług na rzecz społeczności i czytelne rozliczanie ich jakości (oczywiście za godziwe wynagrodzenie, gdyż nie wydumane „powołanie”, lecz dobra pensja powinna być zachętą do pracy). Odpowiedzialność i konkurencja rynkowa, a nie przemoc na ulicach, wszechmoc urzędników i gorączkowe awansowanie „mniejszości” na kierownicze stanowiska – to jedyna szansa na zachowanie pokoju społecznego. Zapewne nie wyeliminuje to wszystkich nieprawości, lecz niewątpliwie poważnie ograniczy skalę policyjnych przestępstw8.

*****

(…) ustępują już sztaby nieznanej przyszłości
(Robert Gawliński, Madame, Może właśnie Sybilla)

Stany Zjednoczone, powtórzę za amerykańskim monarchistą, panem Teodorem Harveyem, zostały ufundowane na kłamstwie – ideologii oświecenia, która miała stać się uniwersalną podstawą nowego narodu – na republikańskiej „religii obywatelskiej”, uprzywilejowującej anglosaskich protestantów. Dlatego niemożliwe okazało się instaurowanie na ziemi odebranej Indianom ustroju prawowitego. Dziś ten cel pozostaje równie odległy jak w drugiej połowie XVIII wieku, widzimy za to kryzys Ameryki osłabionej w roli światowego lidera. Pojawiają się raczej pytania: czy wojna rasowa podsycana jest z zewnątrz? Czy demokratyczne imperium weszło już w fazę zmierzchu? Czy alternatywą dla trybalistycznych instynktów, podskórnych napięć i wybuchów przemocy okaże się podział jego terytorium wytyczony według granic rasowych i językowych9?

*****

Kiedy jedyny realny i mający znaczenie podział przebiega między Państwem Bożym a domeną xięcia tego świata, nie ulega wątpliwości, że rasizm jest głupotą. To samo stwierdzenie musi jednak odnosić się do jego kalki negatywowej, „antyrasizmu” vel „antyfaszyzmu” – którego niszczącą siłę tak często obserwujemy w różnych krajach. Rozmaicie definiowane „mniejszości” nie są zbiorowościami moralnie lepszymi od współobywateli ze względu na swoją domniemaną słabość i wyjątkową wrażliwość. Słabość czy nawet bezbronność nie są i nie mogą być synonimem moralnej racji, niewinności, mądrości, szlachetności, cnotliwości, doskonałości, bezgrzeszności etc. Dziś za pośrednictwem środków masowej kontroli umysłów przyglądamy się dziczy, która za nic ma zastaną cywilizację i realizuje własny wariant rewolucji kulturalnejdemokratyczna władza jest w stanie przeciwstawić jej jedynie oświadczenia lub nawet staje po stronie motłochu. Wbrew pozorom terroryści i inni „antyfaszystowscy” fanatycy nie są tylko społecznym marginesem czy tym bardziej reprezentacją zdesperowanych nędzarzy, mają bowiem jawne wsparcie wśród „czwartej władzy”: pracowników frontu ideologicznego na uniwersytetach i w mediach (nie można ich nazwać naukowcami czy dziennikarzami) planujących kolejne ataki i bezwstydnie usprawiedliwiających wszelkie niegodziwości10.

Zapłakani i zestresowani barbarzyńcy chętnie prezentują światu piękne opowieści o własnym okrucieństwie.


1 Sándor Márai, Dziennik 1967–1976, tłum. Teresa Worowska, Warszawa 2019, s. 393.

2 Królewska łagodność tego zapalonego myśliwego nie obejmowała jednak „braci mniejszych”.

3 Pomniki królów wyrażają ciągłość władzy, samowiedzę, że król nie umiera nigdy. Dlatego atak na monarszy monument jest wymierzony także w obecnego panującego.

4 Propaganda towarzysząca wojnie z narkotykami została krok po kroku zweryfikowana i obalona w wybitnym dziele pana Johanna Hariego pt. Ścigając krzyk. Dzieje wojny z narkotykami, przeł. Janusz Ochab, wyd. Czarne, Wołowiec 2018, str. 504.

5 Pytanie: jakież to anonimowe, tajemnicze siły „przekładają wajchę” i powodują, że wpływowe osobistości – przedsiębiorcy, potentaci medialni, sportowcy etc. – z dnia na dzień i w masowej skali odkrywają, że największą bolączką w ich firmach, redakcjach, klubach jest brak rasowej różnorodności, za który wszystkich dookoła trzeba przepraszać w żenujących oświadczeniach? Czy Jerzy Floyd musiał umrzeć, bo w redakcji „Vogue” prowadzono podobno niewłaściwą politykę zatrudnienia bez przestrzegania kwot rasowych i punktów za pochodzenie, a Uncle Ben’s zamieszcza wizerunek czarnego rolnika na opakowaniach ryżu? Czy „pokutującymi” kieruje konformizm, czy raczej trwoga przed jakimś ukrytym bożkiem, który domaga się – choćby symbolicznej – ofiary z białych?

6 Ciekawe, jakie nowe nazwy w ramach rozgrywających się na naszych oczach aktów potępienia pamięci (damnatio memoriae) zyskają np. miasto Waszyngton, stan noszący to samo miano i wiele innych miejsc na mapie USA? Prezydent Teodor Roosevelt już powoli zaczął znikać z historii… Ta kwestia dotyczy nie tylko Stanów Zjednoczonych, lecz całego umownie pojmowanego Zachodu – kolejni urzędnicy zapowiadają, że w ich miastach odbędą się przeglądy pomników i nazw ulic, w celu wykreślenia potępionych postaci z pamięci zbiorowej i wprowadzenia różnorodności rasowej. Podobno miejsce rasistów jest w muzeach, ale karta rasowa wciąż pozostaje w politycznej grze. Na przełomie maja i czerwca 2020 r., jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, „antyfaszyści”, Murzyni i rewolucyjni wielbiciele cnoty zorientowali się, iż wielu anglosaskich herosów trudno podziwiać za stosunek do bliźnich.

7 Skalę głupoty niech ilustruje fakt, że w latach sześćdziesiątych XX wieku w Stanach Zjednoczonych wykonywanie utworu Louie, Louie powodowało problemy z prawem. A przy okazji wykreowało międzynarodowy przebój, po który sięgnęły dziesiątki zespołów.

8 W Polsce oferta firm świadczących usługi ochroniarskie – w tym instytucjom państwowym, nawet wojsku – jest bardzo szeroka. Również urzędnicy wiedzą, że państwowy monopolista nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa.

9 Już wiele lat przed wybuchem wojny secesyjnej w 1861 r. nie ulegało wątpliwości, że na Południu i Północy tworzą się dwa odmienne pod wieloma względami narody (na Południu wzrastający w warunkach ekonomicznych, które nazwać można feudalno-socjalistycznymi – co na Konfederację sprowadziło klęskę, gdyż każdy socjalizm, nawet ukryty pod maską odwiecznych zwyczajów i honoru, zabija). Współcześnie linie graniczne byłyby znacznie bardziej skomplikowane.

10 W ciągu paru tygodni pracę stracili – za zbrodniomyśli lub brak rewolucyjnej czujności w kwestiach rasowych, często wskutek donosów – m.in. redaktorzy kilku czasopism i stron internetowych, założyciel CrossFit, Inc., współzałożycielka wspólnoty coworkingowej The Wing, profesor ekonomii Uniwersytetu Chicagowskiego, współzałożycielka organizacji non-profit Crisis Text Line, lekarz (senator stanowy z Ohio) pytający o przyczyny rozprzestrzenia się epidemii COVID-19 wśród Murzynów, dwaj szefowie Fundacji Poezji, wiceprezes Condé Nast Publications, analityk danych z Civis Analytics, trener szermierki z Uniwersytetu Świętego Jana, dyrektorka ABC News. Ich życie, zdaje się, doesn’t matter. Każdego dnia lista objętych czystką na modłę sowiecką się wydłuża. W tym samym okresie, urastając do rangi signum temporum, nowy pomnik Włodzimierza Lenina w Gelsenkirchen jest bezpieczny.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2020 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.