Jesteś tutaj: Publicystyka » Rick Agon » Budżet przecieka

Budżet przecieka

Rick Agon

Monteskiusz powiedział kiedyś, że naród szczęśliwy, to taki, którego kroniki są nudne. My, niestety, nie możemy narzekać na brak tematów na nocne rodaków rozmowy. Jako publicysta nie powinienem się tym specjalnie przejmować. Nie zapowiada się na to, bym miał kłopoty ze znalezieniem tematu na kolejny artykuł.

Dziura w budżecie, którą w ostatnim felietonie ledwie wspomniałem, urosła w międzyczasie do astronomicznej kwoty 88,2 mld złotych. W tej sytuacji proponuję, by Ministerstwo Finansów zmieniło nazwę na Ministerstwo Przelewania Pustego w Próżne, a lekarze odwołali się do najlepszych biblijnych wzorców i zaczęli żywić się Bożą manną. Proponuję też sięgnąć do obyczajów naszych przodków. W czasach demokracji szlacheckiej istniała instytucja o nazwie Rzeczpospolita Babińska, taki klub sąsiedzki założony przez waćpanów Pszonkę i Kaszowskiego, który nadawał własne urzędy, oczywiście czysto tytularne, dając tym samym szansę na samospełnienie dla mniej rozgarniętych, a za to bardzo ambitnych retorów. Ów „babiński dygnitarz” wszedł nawet to potocznej staropolszczyzny jako synonim pijaństwa, nieudacznictwa i łgarstwa. Myślę, że prawie całą naszą klasę polityczną należałoby przekształcić w taką Rzplitą Babińską, a przywódców społecznych szukać wśród ludzi, którzy z wielką polityką nie mieli dotąd do czynienia.

Wróćmy jednak do deficytu budżetowego, zaczynając od kilku prostych wyjaśnień. Dziura w budżecie nie tyle „powstała”, jak to piszą gazety, co raczej, nazwijmy rzecz po imieniu, ktoś ją w nim zrobił. Musiało go to kosztować sporo wysiłku, bo w końcu to nie jest taka prosta sprawa ukraść ponad 80 mld zł. Takiej sumy nie da się wynieść w aktówce! Nawet jeśli nie była to kradzież w rozumieniu kodeksu karnego, to z całą pewnościa jest nią w sensie moralnym. Każdy deficyt budżetowy, inaczej mówiąc zadłużenie budżetu, będzie musiało zostać spłacone z odsetkami, co oznacza dodatkowe opodatkowanie naszych dzieci i wnuków. Bez pytania ich o zdanie! Czyż to nie jest grabież ich majątku? Jedyna dopuszczalna forma gospodarki budżetowej to taka, w której nie wydaje się ani jednego grosza więcej niż to co ma się na koncie. Niby oczywiste. Ale z rachunków Ministra Bauca wynika, że tych dodatkowych groszy może być aż 8.820.000.000.000. Całkiem sporo…

Co czynić w takiej sytuacji? Po pierwsze nie hamletyzować i nie wygłoszać jeremiad, którymi obficie raczą nas politycy (w końcu mamy sam środek kampanii wyborczej!). I bez tego atmosfera zaczyna się robić iście rewolucyjna (Gdy naród do boju wystąpił z orężem / Panowie na sejmie radzili / Gdy lud polski krzyczał: umrzem lub zwyciężem! / Panowie o czynszach prawili), tymczasem na razie budżet trzyma się w ramach ostatniej nowelizacji. Kiedy mówimy o dziurze budżetowej, poruszamy sie w sferze planów na przyszły rok. Trzeba również zrozumieć istotę obecnego stadium kształtowania budżetu na rok 2002. Póki co jest to koncert życzeń, w toku którego Minister Finansów pozbierał ze wszystkich jednostek budżetowych, zakładów budżetowych i innych projektów finansowanych przez państwo informacje o tym, jakie by chciały mieć wydatki, a następnie je zsumował. Zdaniem części ekonomistów lekką ręką dodał przy tym kilka miliardów. Szacunki Bauca są więc mocno pesymistyczne. Nie znaczy to, że w roku 2002 będzie dobrze. Raczej można powiedzieć, że nie będzie aż tak źle jak sugeruje Minister Finansów.

To, że chcemy wydawać więcej niż mamy, zdarza się przecież co roku. W toku dalszych prac nad budżetem te apetyty sa stopniowo redukowane, a właściwy projekt ustawy budżetowej, który musi trafić do Sejmu najpóźniej do 30 września, zawsze zawiera dużo mniejszy deficyt. W wygórowanych apetytach poszczególnych ministrów nie ma nic złego, bowiem gdyby było inaczej, wzrost gospodarczy byłby zerowy. Skoro nikt nie chciałby zarabiać więcej, nie musiałby też pracować więcej, wprowadzać na rynek lepszych produktów, usprawniać marketingu. Jednak te dodatkowe wydatki nie mogą wzrastać szybciej niż dochody, inaczej cała konstrukcja się wali. Przepraszam za ten truizm, który mógłby uchodzić za głęboką myśl co najwyżej w klasowce gimnazjalisty, ale odnoszę wrażenie że wielu decydentów politycznych wciąż tego nie zrozumiało.

W gruncie rzeczy ekonomiści i politycy mają dwie zupełnie różne optyki spojrzenia na ten problem (przy czym spojrzenie polityków przypomina zaawansowany astygmatyzm). Dla ekonomistów punktem wyjścia jest budżet i określona kwota środków w nim zgromadzonych. Wszelkie wydatki muszą mieścić się w jego ramach. Dla polityków podstawą są potrzeby społeczne (czasami słuszne, czasami wydumane), które muszą być zaspokojone bez względu na to czy dają się ująć w ramy możliwości budżetu. Jak w kasie nie ma, to trzeba zaciągnąć pożyczkę — mówią obdarzeni bardziej bujną wyobraźnią. Potem można uchwalić ustawę, że pożyczek nie będzie się spłacać, później można dodrukować pieniądze, a potem… potem zostaje się bantustanem i wymianę handlową można rozwijać już tylko z Republiką Środkowej Afryki, a z zagraniczny gości moglibyśmy liczyć głównie na Fidela Castro i Hugo Chaveza. Tacy socjalizujący politycy wykazują się równą biegłością w rachunkach, co martwe ciele w machaniu ogonem. Szczególnie niepokoi, że żadnej jasnej recepty na zmianę sytuacji nie ma filar przyszłego rządu, SLD. Leszek Miller, zapewne w myśl zasady, że rzeźnik nie boi się tłumu owiec, ciągle uśmiecha się tajemniczo i mówi o „ekspertach” Sojuszu. Na razie efektem ich pracy jest mający wkrótce ujrzeć światło dzienne raport o stanie państwa, oskarżający rząd post-solidarnościwy o grabież majątku narodowego. Ale takie oskarżenia nie zawierają konstruktywnego planu wyjścia z kryzysu, ograniczają się do szukania winnych (pomijam już problem czy trafnie ich wskazują). Nie jest to sprawa bez znaczenia, ale bezrobotnych z Tarnobrzegu i emerytów z Krotoszyna nie interesuje problem inwestycji KGHM w Kongu i kontroli nad spółką Impexmetal. Oni chcą wiedzieć, czy jutro będą mieli co włożyć do garnka. Tylko tyle. I aż tyle!

Cała afera wobec przyszłej dziury budżetowej bierze się z tego, że jeszcze nigdy rozbieżność między marzeniami ministrów a możliwościami budżetu nie sięgała tak daleko, jak w planach na rok 2002. W dodatku należy się obawiać, że owa rozbieżność nie jest efektem bujnej wyobraźni ministrów, którzy domagają się takich frykasów, ale niepokojąco skromnych możliwości budżetu na przyszły rok. W ostatnich latach prezydent podpisał ogromną liczbę ustaw, które różnym grupom nacisku obiecują wielorakie świadczenia, a teraz okazuje się że obiecaliśmy znacznie więcej niż mamy. Z tego punktu widzenia nie ma większego znaczenia, jaka partia rządzi i kto administruje finansami publicznymi, bowiem przyczyną jest wada konstrukcyjna całego aparatu państwowego w Polsce. Nie da się jej zlikwidować przy pomocy cudownego przearanżowania ustawy budżetowej. Państwo polskie wzięło na siebie ogromne zobowiązania związane z zapewnieniem praw socjalnych obywateli, gdy zwyczajnie nie było go stać na takie obietnice. Najpierw radzono sobie przy pomocy tzw. „prywatyzacji”. Polegało to na rozdawnictwie majątku państwa za niewielki procent jego wartości, prawie za bezcen. Według wszelkich zasad zdrowego rozsądku nie był to zysk budżetu, ale ogromna strata (co nie znaczy, że uczciwą prywatyzację również uważam za stratę!). Ale ta strata zapewniała pewien stały dopływ gotówki od inwestorów. Gdy to źródło zaczęło wysychać, pojawiła się „reforma samorządowa”, która polegała na przerzuceniu części zobowiązań na społeczności lokalne. Te również nie mogły sobie pozwolić na takie wydatki, gwałtownie wzrosło ich zadłużenie, ale udało się ten fakt ukryć, bowiem długi samorządu nie są objęte budżetem państwa. W roku 2002 już nie ma na kogo zrzucić, ani czego rozdać za ćwierć ceny. Być może powinniśmy krzyknać z ulgą: całe szczęście! Istnieje szansa, że wreszcie doprowadzi to do sensownej debaty na temat zasadności polityki opartej na notorycznym wydawaniu z budżetu sum dużo większych niż zgromadzone. Instytucje bankowe, które kredytują ten rosnący dług publiczny, niby kręcą nosem, ale w gruncie rzeczy sytuacja im odpowiada. W państwach uzależnionych od pożyczek bankowych, czyli w prawie wszystkich państwach świata, zarządy spółek bankowych przejmują faktyczną kontrolę nad społeczeństwem. Dług publicznych (w pewnych granicach) jest dla nich korzystną inwestycją. Dla nas byłoby lepiej nie pozwolić, by taka transakcja doszła do skutku.

Czy więc podoba mi się to, że w przyszłym roku lekarze dostaną dużo mniej niż w obecnym? Uważam, że lekarze nie tyle powinni dostać mniej, co raczej kompletnie nic. Nie są żebrakami, ale specjalistami o wysokich kwalifikacjach i nie trzeba im nic dawać — wystarczy umożliwić im uzyskanie rynkowych cen za swoje usługi. Dlatego należy wreszcie skończyć z fikcją artykułu 68 Konstytucji, równym dostępem do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Darmowość świadczeń lekarskich powinna istnieć tylko w wymiarze subiektywnym: niech prywatne organizacje charytatywne zbiorą stosowne sumy od dobrowolnych dawców, a następnie opłacają leczenie w przypadkach, które uznają za słuszne. W ten sposób uleczymy chorobę budżetu: zapędy rządu i samorządu do wkraczania w dziedziny, które powinny być regulowane umowami cywilnoprawnymi. Skąd w nich to głębokie przekonanie, że są w stanie zaaranżować świat lepiej, niż zrobiłaby to cała społeczność własnym wysiłkiem?„Filipie, Filipie, pamiętaj, że jesteś śmiertelnikiem” — takie zdanie kazał sobie powtarzać w czasie każdej audiencji król Filip II Macedoński. U nas nie tylko prezydent, ale i każdy urzędnik powinien je mieć wyryte na biurku.

Istnieje również inne wyjście, które Samoobrona Leppera przedstawiła w czasie prawyborów w Bystrzycy Kłodzkiej. Otóż ugrupowanie Leppera zostało przyłapana na płaceniu za głosy (pra)wyborców. Nie rozumiem szumu medialnego i posmaku afery wokół tego wydarzenia. Przecież demokracja właśnie na tym polega, że przez różne obietnice wyborcze kupuje się głosy. Obietnice wyborcze mają to do siebie, że zazwyczaj się ich nie dotrzymuje, tymczasem według telewizyjnej relacji Samoobrona miała płacić żywą gotówką. Cała sytuacja dowodzi więc co najwyżej moralnej wyższości Samoobrony nad pozostałymi komitetami wyborczymi. Poza tym jeśli mieć już do kogoś pretensje, to czemu do Samoobrony za to, że próbowała kupić głosy, a nie do wyborców za to, że je sprzedawali? Gdyby wszystkie ugrupowania oduczyły się składać obietnice bez pokrycia, a w zamian zaczęły płacić za głosy gotówką ze swojej prywatnej kasy, problem deficytu budżetowego zaniknąłby samoczynnie.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.