Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Burza w szklance (antyfaszystowskiej) wody

Burza w szklance (antyfaszystowskiej) wody

Jacek Bartyzel

Urozmaicająca kanikułę „afera Grassa”, choć na krótko tak wielu ekscytująca, roztapia się równie szybko jak kostki lodu w soft drinku serwowanym w kurorcie z all inclusive. Wygląda na to, że wojenny epizod młodego Günterka w Waffen SS zdoła na dłużej przykuć uwagę już tylko wyspecjalizowanych tropicieli nazistów z Centrum Szymona Wiesenthala – a ci, jak wiadomo, potrafią „uprzyjemnić” życie każdemu, którego wywęszą. Jak zwykle, najbardziej komiczną rolę w tym przedstawieniu odegrał nasz przesławny Noblista, b. prezydent Lech Wałęsa, który najpierw dostrzegł w dzieleniu honorowego obywatelstwa miasta Gdańska z żołnierzykiem Dola1 plamę nie do zniesienia na swojej politycznej cnocie, ale minęło ledwie kilkadziesiąt godzin, a już uznał, że to utracone dziewictwo da się jakoś zacerować, nawet mimo honorowego spółkowania. Od razu widać, że światli ludzie szybko mu wyperswadowali niestosowność boczenia się na autorytet moralny i wytykania „grzechów młodości”. No bo w końcu, któż jest bez winy…, a poza tym, jak by ten świat wyglądał, gdyby nawet pośród autorytetów moralnych zanikła już solidarność?

Mną osobiście sprawa wojennej przeszłości Grassa nie „wstrząsnęła”, jako że persona ta budziła zawsze moją niechęć, a to z racji całej jej publicznej działalności. W jakiej by sprawie Grass nie zabierał głosu – a otworu gębowego, jak to lewicowy intelektualista, nie zamykał prawie nigdy – zawsze był po stronie przeciwnej do moich zapatrywań: za kontestacją `68 roku przeciwko „autorytarnej demokracji” Adenauera; za komunistycznym Vietkongiem przeciwko Amerykanom; za nikaraguańskimi sandinistami przeciwko contras, itd. itd. W gruncie rzeczy to typowy egzemplarz spod matrycy produkującej bez wytchnienia od epoki oświecenia ciągle to samo intelektualne barachło, u którego nieznośne są nie tylko poglądy, ale również styl ich wyrażania: wrzaskliwy, histeryczny, przesycony tandetnym patosem zaangażowania i osobliwego – bo idącego w parze z ametafizycznym relatywizmem – absolutyzmu „moralnego”. Jedyne, czym Grass się wyróżnia w tym stadzie dodatnio, to talent literacki; pisarzem jest naprawdę niezłym, przynajmniej Blaszany bębenek to niewątpliwe arcydzieło, chociaż oczywiście takiemu Ernestowi Jüngerowi do pięt jego autor nie dorasta.

Naprawdę na tle całokształtu publicznego zaangażowania Grassa „dojrzałego”, ujawniony teraz fakt jego wojennej służby wydaje mi się okolicznością znacznie mniej obciążającą, nawet jeśli jego służba była ochotnicza. Mieć pretensję do nastolatka, że chce przeżyć wojenną przygodę, znaczy nie rozumieć w ogóle natury ludzkiej, wymagać zaś od niego – wówczas – wiedzy o skali zbrodni hitlerowskich, to już zupełna aberracja. Powiadają nam wszakże, że Waffen SS, gdzie Grass służył, została uznana za formację zbrodniczą. Nie neguję udokumentowanych faktów popełnienia zbrodni przez ten lub inny oddział, lecz podejrzliwie patrzę na tego rodzaju generalizujące określenia, i to aż z dwóch powodów: primo, że mają one typowy dla mentalności demokratycznej charakter ideologiczny, secundo, że o ich prawomocnym usankcjonowaniu zdecydowali zwycięscy wrogowie. Ja jednak pamiętam również, że w międzynarodowych oddziałach tej formacji zbrojnej (nie identycznej przecież z SS w ścisłym sensie – hitlerowskich „sztafet ochronnych”) służyły tysiące młodych ludzi z prawie wszystkich narodów Europy, którzy wcale nie byli nazistami, lecz chcieli ocalić kontynent przed bolszewizmem. Owszem, walczyli też po „niewłaściwej stronie” (ale „właściwej strony” tout court wówczas nie było), lecz idea, która ich ożywiała, była mniej więcej taka sama, jak tych rycerzy europejskich w XV wieku, którzy pod Grunwaldem walczyli po stronie Zakonu Krzyżackiego; oni też wierzyli, że to Zakon broni Christianitas. Instynktownie rozumiał to „niedouczony” (w oczach takich jak Grass) i „kiepski aktor” Ronald Reagan, który 20 lat temu, nie przejmując się lewackimi wrzaskami, złożył wraz z kanclerzem Kohlem hołd poległym w czasie wojny żołnierzom właśnie Waffen SS, na cmentarzu w Buisburgu. Kto nie pojmuje tej złożoności spraw z okresu II wojny światowej, ten skazany jest na kultywowanie „braterstwa broni” z „wyzwolicielską” Armią Czerwoną, w jej „borbie” z „germańskim faszyzmem”. Dokładnie tak, jak w scenariuszu Krzyżaków towarzysza pułkownika Forda, gdzie przed bitwą pod Grunwaldem odbywa się narada miłujących pokój wojsk Układu Warszawskiego, dowodzonych przez marszałka Żukowa, przebranego za króla Jagiełłę, a główna rola w teatrze bitewnym przypada „pułkom smoleńskim”.

Koniec końców, o sprawę obywatelstwa honorowego Grassa kopii bym nie kruszył. Z powodów podanych wyżej, wolałbym, żeby go tak nie fetowano, ale skoro już się to stało, to dziś wszczynać o to awanturę nie ma najmniejszego sensu. Ostatecznie, jest Gdańszczaninem, kochającym niewątpliwie to miasto, a Gdańsk w jego twórczości pełni rolę genius loci tak wyrazistą i mocną, jak na przykład Dublin w twórczości Joyce’a czy Warszawa w dziełach Prusa. Chociaż zatem burza wokół Grassa była błaha i niegodna uwagi dla niej samej, nie znaczy to, że nie była pouczająca. Przeciwnie, była, i to bardzo. Unaoczniła ona bowiem w jakim chocholim tańcu pląsa ciągle i beznadziejnie nasza rodzima stupid right, i jak tę jej głupotę łatwo potrafi neutralizować szczwana lewica.

Scenariusz jest tu zawsze taki sam: najpierw jakiś „chytreńki” (w swoim mniemaniu) głupek prawicy wywęszy jakiś wstydliwy – dla reputacji lewicowego autorytetu – epizodzik z przeszłości, a potem podlewa go plebejskim sosem plemiennego atawizmu. I właśnie wtedy, kiedy już zdaje mu się, że znokautował wroga, ten, zaledwie na moment się zachwiawszy, najspokojniej w świecie strząsa go jak dokuczliwą, lecz niegroźną muchę. Zawsze niezawodną packą na tę muchę okazuje się wymyślona już w epoce tworzenia Frontów Ludowych z lat 30. ubiegłego wieku, zwycięsko przetestowana w „koalicji antyhitlerowskiej” oraz wciąż obowiązująca retoryka i semantyka antyfaszyzmu, z dychotomicznym podziałem na „reakcyjne” dyktatury i „postępowe” demokracje (dla jednych – liberalne i mieszczańskie, dla drugich ludowe, ale przecież właśnie w świetle tej uprzedniej dychotomii okazuje się, że ta różnica jest detaliczna). Ta maszynka od lat działa bezbłędnie, wręcz automatycznie; prawicowy głupek triumfalnie wrzeszczy: „Grass był w Waffen SS”, a rzecznik światłości ledwie od niechcenia miażdży go pogardliwym wzruszeniem ramion: „no to co z tego; przecież później odkupił młodzieńczą winę całym swoim życiem antyfaszysty i demokraty, walczącego z wszystkimi dyktaturami”. A wówczas prawicowy głupek zapomina języka w gębie i zastyga z ustami otwartymi ze zdumienia, że znów się nie udało. Stoi tak, nic nie rozumiejąc, i stać będzie. Obawiam się, że do końca świata.


1 Wyjaśnienie dla młodzieży: „Dolo” to ksywka tow. Adolfa Hitlera w słowniku niezapomnianej pamięci Janusza Szpotańskiego, „Szpotem” przez przyjaciół zwanego.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.