Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Czy cud nie może być polityczny?

Czy cud nie może być polityczny?

Jacek Bartyzel

Trzeba „chwycić byka za rogi” i zmierzyć się bez strachu z pytaniem, które coraz powszechniej wprawia w zakłopotanie katolików, zwłaszcza jeżeli czują się zobowiązani do metodologicznego przynajmniej agnostycyzmu ze względu na swoją pozycję naukową. Jak wiadomo, XIX-wieczna historiografia pozytywistyczna bardzo skutecznie narzuciła (co wzmocnił jeszcze wpływ marksizmu w XX wieku) podejście, które a priori wyklucza poważne potraktowanie jakiegokolwiek przekazanego przez tradycję świadectwa o cudzie wiążącym się z wydarzeniami historycznymi. „Poważny” historyk uważa przeto za swoją powinność wyraźnie zaznaczyć, że wszystko to są baśnie, legendy, zmyślenia, prokurowane oczywiście na użytek władców (albo/i Kościoła). Dodać należy, że pozytywistyczni historycy niemało energii włożyli w obalanie konkretnych podań o takich nadprzyrodzonych ingerencjach Opatrzności w historię. Nietrudno dostrzec w tym zbieżność – czasową i intencjonalną – z nurtem tzw. demitologizacji Ewangelii w liberalno-protestanckiej oraz modernistycznej biblistyce i teologii.

Czy takie podejście jest uzasadnione – wyłączywszy właśnie jedynie ów ściśle rozumiany „agnostycyzm” metodologiczny, wynikający z faktu, iż reprezentant nauki empirycznej, jaką jest historia, nie posiada w swoim warsztacie badawczym narzędzi pozwalających ustalić prawdziwość lub nieprawdziwość tego, co ponadempiryczne? Tu jednak chodzi o coś więcej niż „agnostycyzm” metodologiczny, jak również o niemożność przeprowadzenia materialno-historycznego dowodu, że to oto konkretne zdarzenie albo w ogóle nie zaistniało, albo miało zupełnie naturalny charakter, lecz o agnostycyzm teoretyczny, który (mimo braku wspomnianych narzędzi) orzeka kategorycznie, że w historii (politycznej) „cudów nie ma” i być nie może. A jest to przecież co najmniej przekroczenie rygorów własnej dyscypliny naukowej oraz wyciąganie nieuprawnionych konkluzji z ustaleń co do poszczególnych faktów. Jeśli na przykład wiemy, że narracja o Świętej Ampułce, którą gołębica miała przynieść z nieba, aby św. Remigiusz mógł namaścić świeżo ochrzczonego Chlodwiga, pojawia się w sposób udokumentowany dopiero w VIII czy IX wieku, to wcale nie wynika z tego koniecznie, iżby była ona zmyśleniem abpa Reims Hinckmara czy kogokolwiek innego. Opowieść o gołębicy przynoszącej ów cudowny olej mogła być dotąd przekazywana w tradycji ustnej, a to czy ów cud się zdarzył, czy nie, pozostaje, wobec braku innych źródeł, poza możliwością rozstrzygnięcia przez historyka.

Lecz chodzi też o coś więcej. Sama możliwość zaistnienia cudu nie zależy przecież od warsztatowego czy nawet teoretycznego wydoskonalenia jakiejkolwiek dyscypliny wiedzy naukowej, ale od akceptacji – bądź nie – fundamentalnych twierdzeń metafizycznych i teologicznych, czyli: (a) istnienia Boga, (b) Jego transcendencji, (c) dualizmu Stwórca – stworzenie, (d) wszechmocy Boga, a więc także możliwości zawieszania przez Niego tych praw fizykalnych, które dla świata ustalił. Albo te twierdzenia akceptujemy i wtedy jesteśmy teistami, dla których nadnaturalny cud jest zupełnie „naturalny” (w znaczeniu: nieproblematyczny); albo ich nie akceptujemy, więc ani jeden cud, żaden, nie tylko w historii politycznej, nie jest możliwy; atoli wówczas jesteśmy siłą rzeczy co najmniej agnostykami w sensie pełnym i ścisłym, agnostykami religijnymi i materialistami historycznymi. I żałosne wówczas są wykręty „metodologiczne”, że do agnostycyzmu zobowiązuje nas nauka historyczna, a „osobiście” to jesteśmy katolikami wierzącymi w to, czego naucza Kościół. To rozdwojenie może jedynie przybrać albo postać „nieśmiałą” (jeśli nie po prostu tchórzliwą), jak u protestantów angielskich od XVI wieku, głoszących, że „epoka cudów się skończyła”, albo radykalną i otwarcie negującą możliwość cudu w ogóle i kiedykolwiek.

Lecz równie niemądre i nielogiczne jest i takie podejście, które dopuszczając zaistnienie cudu w innych – by tak rzec – departamentach świata, czyni negatywny wyjątek właśnie dla „departamentu” historyczno-politycznego. Na jakiej podstawie możemy twierdzić, że Bogu, owszem, „wolno” dokonywać cudów eucharystycznych, ale wstęp do ingerowania w zdarzenia mające konsekwencje polityczne jest Mu wzbroniony? Czyżby Bóg zawarł z nami jakiś contrat social, w którym poręczył, że będzie dla nas w naszym życiu wspólnotowym, w civitas, zawsze i wyłącznie „monarchą konstytucyjnym i parlamentarnym”, samoograniczającym się fizyczną konstytucją świata, nigdy zaś „decyzjonistycznym dyktatorem”, zawieszającym tę konstytucję w „stanie wyjątkowym”? Nie tylko teologia, ale również historia wcale tego nie potwierdza.

Pierwodruk: „Aspekt Polski” nr 243, s. 6

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2009 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.