Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Czas ostatecznie przeszły

Czas ostatecznie przeszły

Adrian Nikiel

Można przeżyć prawie bez jedzenia, picia, ubrań, wielu rzeczy, ale bez nadziei
– nie można żyć.

kmdr ppor. rez. Bartosz Rutkowski

Po czym poznajemy dobrze napisaną xiążkę? Podstawowe (acz oczywiście nie jedyne) kryterium: chociaż już świta, pomimo całonocnej lektury nie jesteśmy w stanie jej odłożyć i jedynie nagły atak senności sprawia, że pozwalamy xiążce wysunąć się z dłoni. To niewątpliwie przypadek Tomka Beksińskiego. Portretu prawdziwego – jednego z najbardziej ponurych dzieł, jakie czytałem. A może nawet najbardziej ponurego, bo w jakiś przewrotny, w powiększeniu i wyjątkowo bolesny sposób potwierdzającego, że rzeczywiście śmierć milionów to statystyka, lecz śmierć jednostki to tragedia. Wprawdzie każda biografia kończy się źle, czyli śmiercią głównego bohatera, zwykle jednak jest to logiczny i niekoniecznie drastyczny koniec pewnej opowieści, która obfituje we wzloty i upadki, małe radości i duże problemy (albo duże radości i małe problemy), lecz toczy się bez codziennej, natrętnej obecności Ponurego Żniwiarza. W tym jednak przypadku śmierć (to słowo należałoby chyba napisać wielką literą) pojawiła się wyjątkowo wcześnie i od młodości na różne sposoby przyzywała późniejszego legendarnego dziennikarza muzycznego i tłumacza.

Liczącą ponad siedemset stron biografię autorstwa pana Wiesława Weissa można uznać za podsumowanie i zamknięcie pewnego etapu badań nad życiem, twórczością i dziedzictwem Tomasza Beksińskiego (i szerzej – rodziny Beksińskich), zapoczątkowanego wzruszającymi wspomnieniami zamieszczonymi przez przyjaciół i współpracowników na łamach miesięcznika „Tylko Rock” zimą 2000 roku. Oczywiście, zapewne można jeszcze wiele napisać, uzupełniać fakty, zebrać kolejne relacje i odkryć jakieś dokumenty, ale nie będzie już z tego kolejnego równie grubego, a z wielką pasją i z potrzeby serca napisanego tomu. Autor nie skrywa swojego emocjonalnego zaangażowania, jakby chwilami chciał wziąć odwet na tych, którzy skrzywdzili jego przyjaciela. Wkrótce miną pięćdziesiąte dziewiąte urodziny Beksińskiego, później zaś osiemnasta rocznica jego zgonu, ale mogę powtórzyć własne odczucia sprzed paru lat – rodzina Beksińskich nadal wspominana i opisywana jest w taki sposób, jakby jej członkowie tylko na chwilę zniknęli z naszego pola widzenia. Pamiętamy daty: 1998, 1999, 2005 – a jednak wciąż trudno uwierzyć, że to czas ostatecznie przeszły.

Biografia trafiła do czytelników po głośnej xiążce pani Magdaleny Grzebałkowskiej z 2014 roku i wywołującym kontrowersje filmie Ostatnia rodzina w reżyserii pana Jana P. Matuszyńskiego (2016). W tym samym mniej więcej czasie drukiem ukazało się parę innych prac poświęconych Beksińskim. Znacznie wcześniej poruszenie wzbudził artykuł pana Wojciecha Tochmana z marca 2000 r. Pan Weiss od pierwszych stron nie ukrywa, że pragnie odkłamać zafałszowany, jego zdaniem, wizerunek Tomasza – o ile jednak pod adresem wspomnianego filmu formułuje konkretne zarzuty, o tyle trudniej podczas lektury zorientować się, w jaki sposób rozminęła się z prawdą pani Grzebałkowska. Niewątpliwie dzieło pana redaktora ma przewagę nad Beksińskimi. Portretem podwójnym, gdyż ma tylko jednego głównego bohatera, jest bardziej szczegółowe, oparte na szerszym doborze rozmówców i obszernie cytowanych, wcześniej publicznie nieznanych archiwaliach (cennym uzupełnieniem są reprodukcje rękopisów oraz fotografie, w tym ostatnie zdjęcie Beksińskiego, wykonane w nocy z 23 na 24 grudnia 1999 r.). Z drugiej strony można zapytać, czy w zasięgu czyichkolwiek możliwości jest stworzenie portretu prawdziwego, czyli wyczerpującego temat i de facto bezbłędnego, pozbawionego subiektywnych interpretacyj i ocen, jeśli sam Autor informuje, że np. spora część materiałów źródłowych została zniszczona przez Zdzisława Beksińskiego, a i nie do wszystkich pożądanych rozmówców udało mu się dotrzeć i przekonać ich do współpracy. Nie jest to z mojej strony zarzut, tylko właśnie znak zapytania, który dotyczy każdego textu biograficznego, a nawet autobiografii. Również artykuł, który teraz piszę, jest przecież tylko pewnym odczytaniem tragicznej mikrohistorii spisanej przez pana Weissa. Autor na szczęście nie narzuca czytelnikom jedynie słusznej interpretacji.

Słowa „mikrohistorii” użyłem celowo, gdyż to, co nazwalibyśmy „wielką historią” (tzw. polskie miesiące, przełomy ideologiczne, stan wojenny, gnicie i rozkład Polski Ludowej, obrady Okrągłego Stołu i wiele innych wydarzeń z lat 1958-1999), jest właściwie nieobecne na łamach xiążki. Oczywiście są pewne wzmianki, niektórych spraw można się też domyślić, ale po lekturze można by sądzić, że zarówno Tomasz, jak i Zdzisław Beksiński wywalczyli sobie enklawy, jakąś prywatną niepodległość od polityki i zaangażowania obywatelskiego, której granice określały czy to pracownia malarza, czy to studia radiowe lub nagraniowe oraz pokój służący do pracy nad tłumaczeniami z języka angielskiego. W odniesieniu do Tomasza wyłania się obraz mikroświata zredukowanego do umiłowania brytyjskiej kultury, pracy z filmami, audycjami i artykułami, wyjazdów na koncerty i wypadów do lokali z chińską kuchnią. Praca w mediach, dążenie do perfekcji, pilnowanie każdego szczegółu – aż trudno wyobrazić sobie Tomasza mającego czas wolny na jakieś prozaiczne przyjemności, choćby spacery po mieście lub wzdłuż morskiego brzegu, odwiedziny ogrodu zoologicznego czy botanicznego, czyli na to wszystko, co pozwala przez parę godzin nie myśleć o zobowiązaniach, terminach, zmartwieniach itp. I znów można zapytać: czy rzeczywiście dorosłe życie Beksińskiego (po przeprowadzce do Warszawy) graniczyło z pracoholizmem, czy też Autor świadomie zawęził ramy swojego portretu, „wycinając” z niego niemal całą prozę życia? Codzienność Tomasza wydaje się rozpięta między czasochłonną pasją i pracą a potwornym napięciem emocjonalnym.

Elementem, który okazał się wspólny dla pani Grzebałkowskiej i pana Weissa, jest anonimizowanie niektórych postaci, żyjących i nieżyjących, ale z pewnością arcyważnych dla smutnych kolei losów bohaterów ich xiążek. Można zastanawiać się nad celowością tych praktyk, gdyż w Internecie bez trudu można znaleźć te „zamaskowane” informacje, np. jak się nazywa morderca Zdzisława Beksińskiego, kim była Nadkobieta, a nawet to, na jakim cmentarzu została pochowana i kto był jej mężem. Na marginesie: gdzie jest granica? Czy akceptowalibyśmy, gdyby pod pseudonimami stworzonymi przez autora biografii występowali ludzie ważni dla zrozumienia życiowych wyborów np. Wojciecha Jaruzelskiego? Bolesława Bieruta? Napoleona Bonapartego? Juliana Tuwima? Adolfa Dymszy? Gustawa Flauberta? Oczywiście, być może za „anonimizacjami” stoją jakieś ważne argumenty, ale z punktu widzenia czytelnika są one tylko drażniącym utrudnieniem lektury.

Jaki zatem portret Tomasza Beksińskiego możemy oglądać dzięki panu Wiesławowi Weissowi? Czy rzeczywiście bardzo różni się od wizerunku, który powstał pod piórem pani Grzebałkowskiej? Z pewnością jest bogatszy w szczegóły, również najbardziej intymne, które chwilami wręcz stawiają czytelnika w nieco dwuznacznej pozycji podglądacza. Nie, nie mam na myśli opisów jakichś sexualnych wyczynów, bo finezyjne figle są tu raczej owiane mgiełką niedopowiedzeń, lecz to, że obficie cytowana jest korespondencja człowieka złamanego cierpieniem. Bez niej wizerunek z pewnością byłby mniej prawdziwy, bez niej nie można by pojąć sensu pewnych wydarzeń, ale jednak pojawia się odruch oporu „nie powinniśmy tego czytać”.

Naturalna dobroć (ta, o której x. Rafał Trytek mówił, że niestety nie wystarczy do osiągnięcia zbawienia), ponadprzeciętna wrażliwość, bezkompromisowość i zaangażowanie w sprawy uznane za ważne, ogromne poczucie humoru, wyjątkowy talent twórczy, szczodrość i umiejętność zjednywania sobie przyjaciół – to lepsza strona Beksińskiego. Z drugiej – ateizm lub co najmniej agnostycyzm (a przecież Chrzest Święty i Pierwszą Komunię zdążył przyjąć jeszcze w tradycyjnym rycie łacińskim)1 obok wiary w porady jasnowidzów, a oprócz tego bardziej lub mniej świadome (ale jednak) okrucieństwo wobec rodziców (obdarzonych nie tylko miłością do dziecka, ale i cnotą świętej cierpliwości – według niektórych: nawet w nadmiarze), którzy przez wiele lat mogli tylko zastanawiać się, czekać i sprawdzać, czy ich jedyny syn po raz kolejny próbuje wyruszyć w drogę do piekła. Po zamknięciu xiążki pozostaje wrażenie, że Tomasz czasami manipulował bliskimi sobie ludźmi, przerzucając na nich własne problemy i obciążenia emocjonalne. Dla niektórych przyjaciół i kolegów w pewnej chwili był to zbyt duży ciężar – zmęczeni, próbowali więc zachować dystans wobec mroku otaczającego Tomasza, również bagatelizując zapowiedzi kolejnej próby samobójczej (zwodnicza reguła: „bo gdy ktoś o tym mówi, to na pewno tego nie zrobi”) czy ograniczając kontakty towarzyskie. Znaczna część problemów, z którymi w drugiej połowie krótkiego życia musiał się zmagać, została zresztą sprowokowana przez niego samego – przez nadmiar zaufania i nieumiejętność kończenia relacyj z kobietami, które wykorzystywały go, odrzucały i niszczyły psychicznie. Nie tylko w polityce, ale i w miłości romantyzm jest błędem.

Próby samobójcze w większości opisanych przez pana Weissa przypadków wyglądają tak, jakby były manifestacją złego humoru. Trudno uznać je za „poważne”, to znaczy sprowokowane przyczynami godnymi rozważenia i namysłu. Ta ostatnia próba jest rzeczywiście inna – być może to kwestia sugestywnego opisu, bo Autor prowadzi opowieść w taki sposób, że czytelnik aż do ostatniej chwili towarzyszy Tomaszowi w przygotowaniach do odejścia i w chwili zgonu, jakby siedział obok łoża śmierci. Pod względem literackim – majstersztyk, ale po stronie odbiorcy wywołujący potężne emocje (i dlatego nie jest to xiążka dla wszystkich). Na tych ostatnich stronach pojawiają się zresztą kwestie, których już zapewne nie rozstrzygniemy na tym padole łez. Jeżeli bowiem Tomasz naprawdę chorował na depresję, trudno uciec od niepokoju po przytoczonej wymianie zdań między panią Anją Orthodox a Zdzisławem Beksińskim: czy rzeczywiście jego czyn należało przyjąć do wiadomości jako świadomą decyzję dorosłego mężczyzny i odstąpić od ratowania go za wszelką cenę, czy raczej pozwolono samotnie umrzeć choremu człowiekowi?

Gdyby pokusić się o podsumowanie tego potężnego tomu tylko jednym zdaniem, mogłoby brzmieć: Tomasz Beksiński zapomniał lub też nikt mu tego nie powiedział, że bez Boga nic nie ma sensu, a poza tym nocy poślubnej nie spędza się przed ślubem. Za trwanie w grzechu zapłacił najwyższą cenę.

A jednak dzisiaj w jakimś sensie nieobecność Tomasza Beksińskiego jest logiczna – odszedł wraz ze swoją epoką, XX wiekiem, być może u szczytu swoich możliwości twórczych, zanim wyróżniające go z szarego tłumu zachowania i cechy charakteru zamieniłyby się w mimowolną autoparodię. Czy zresztą ktokolwiek byłby w stanie wyobrazić sobie dobiegającego sześćdziesiątki Tomasza, który znów w środku nocy dzwoni do przyjaciół, aby obgadać z nimi te same co zwykle smutki?

***

Zestawiając z rozmów, dokumentów i wspomnień Portret prawdziwy, pan Wiesław Weiss stworzył dzieło wyczerpujące, jak sądzę, oczekiwania, jakie w innym kontekście wyraził znacznie później, bo dopiero w 2017 roku, pan Jakub Zgierski:

Możemy oczekiwać więcej po pisaniu biograficznym, które – uwolnione spod wymogów czystości moralnej i naukowej – potrafi serwować nie tylko sprzężony, wysokogatunkowy, powieściowy realizm, ale też od czasu do czasu rozbłyskiwać oryginalnością formalną czy wręcz geniuszem. Kondycja biografa jest przecież niezbywalnie poetycka. Mówimy o pisarzu, który chodzi, przez lata, śladami dawno zmarłego przyjaciela, wprawia w ruch jego dawno zastygłe życie i samodzielnie ustanawia, co się z niego ostanie.

Wiesław Weiss, Tomek Beksiński. Portret prawdziwy, wydawnictwo Vesper, Czerwonak 2016, str. 703.

https://vesper.pl


1 Pan Wiesław Weiss – i chyba trudno uznać to za przypadek – do kwestii wiary i niewiary oraz wszystkich tego (grzesznych) konsekwencyj w życiu Tomasza podchodzi w sposób czysto informacyjny, jakby było to zagadnienie wymagające, owszem, odnotowania, ale pozostające w sferze swobodnych wyborów.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.