Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Czy można zdradzić uzurpatora?

Czy można zdradzić uzurpatora?

Adrian Nikiel

Po blisko dwóch stuleciach od chwili śmierci na Wyspie Świętej Heleny postać wybitnego rewolucyjnego przywódcy Napoleona Bonapartego wciąż rozpala romantyczne umysły. Fascynacja jego dokonaniami – wyrażana w tygodniku, który przynajmniej w ramach stronnictwa rządowego chciałby być opiniotwórczy – musi jednak prowadzić na manowce, zasługuje zatem na krótką polemikę.

Są grzechy, które często usprawiedliwia się zdaniem, iż rzekomo miłość na wszystko pozwala. Afekt do korsykańskiego burzyciela resztek ładu Christianitas fundowany jest na przekonaniu, że jego nie obowiązywały zwykłe reguły Dekalogu, moralności, honoru, że właściwie to on, Bonaparte, wszelkie przykazania, zasady i prawa zdefiniował na nowo. Geniusz i legenda zdają się górować ponad wszystkim, nie wyłączając praw Kościoła Świętego. Mocarza nie wolno sądzić, gdyż jest stwórcą nowej rzeczywistości i raczej to on ma oskarżać i sądzić tych, którzy odmawiają mu posłuszeństwa.

Zastanówmy się, czy rzeczywiście bohater tych rozważań był człowiekiem (nadczłowiekiem?) zasługującym na hołdy i podziw. Pan redaktor Tomasz Łysiak, współtwórca, co w tym kontekście godne podkreślenia, Stowarzyszenia Sióstr i Braci Henryka II Pobożnego i Anny Śląskiej, zawiesza na kołku wszelkie konsekwencje, które powinny wynikać z tej afiliacji, a z zapałem godnym lepszej sprawy staje po stronie uzurpatora depczącego wszystko, co dobre i święte.

Przeanalizujmy zatem parę cytatów z felietonów zamieszczonych na łamach „Gazety Polskiej”. Na początek największe kuriozum:

Bonaparte, opuszczony przez najbliższych mu marszałków i „przyjaciół” w 1814 roku, był właśnie przez to zraniony mocniej niż przez sam fakt porażki i wymuszonej abdykacji. Gdy odchodząc na wygnanie, całował w Fontainebleau sztandar i orła gwardii cesarskiej – oddawał hołd wierności. Na Elbę jechał otoczony niewielką grupą najwierniejszych, w której byli także Polacy. Za sobą zostawiał zdrajców i tchórzy1.

Nie będę znęcał się nad inwencją pana Łysiaka, który życiową klęskę uzurpatora nazywa porażką. Jednak nie mogę milczeć, gdy redaktor „Gazety Polskiej” dokonuje perwersyjnego odwrócenia sensu słów, zdradę nazywając wiernością, a wierność – zdradą. Droga Bonapartego do przegranej w 1814 r. rozpoczęła się za panowania Ludwika XVI wraz z królewskim stypendium, dzięki któremu przyszły „cesarz republiki francuskiej” mógł rozpocząć naukę w Brienne-le-Château i błyskotliwą karierę wojskową. Dziesięć lat później, gdy francuskie elity sprzeniewierzyły się swoim obowiązkom, podporucznik Bonaparte z uznaniem pisał, że płynie nieczysta krew wrogów Narodu i Wolności. Nie był to wybryk egzaltowanego dwudziestolatka, który mógł szczycić się francuskim szlachectwem bardzo świeżej daty, lecz zapowiedź dalszego bezsensownego rozlewu krwi, który – nie licząc nawet ofiar wcześniejszych faz rewolucji – w ciągu kilkunastu lat rządów samowładcy kosztował życie kilkuset tysięcy Francuzów (i drugie tyle ofiar innych narodowości). Kolejne życiowe wybory młodego jakobina były pod tym względem przerażająco konsekwentne. Wolność, Równość, Braterstwo albo Śmierć.

Napoleon Bonaparte był zdrajcą i dezerterem, który nie wypełnił swoich podstawowych obowiązków oficera wobec trzech monarchów: Ludwika XVI, Ludwika XVII i Ludwika XVIII2. Wielokrotnie masakrował poddanych, którzy pozostali wierni świętej sprawie Burbonów. Czynił tak podczas oblężenia Tulonu i ślizgając się w krwi pomordowanych na schodach paryskiego kościoła pod wezwaniem św. Rocha. Jego sumienie, jeśli w tym przypadku można mówić o obecności sumienia, obciąża co najmniej współodpowiedzialność za porwanie i zamordowanie członka Domu Francji, xięcia Ludwika d’Enghien. Emigrantów i szuanów uważał za wrogów. Nic zatem dziwnego, że w drodze na Elbę towarzyszył mu, oprócz niewielkiej grupy z udziałem, niestety, Polaków, także widok oczekujących tyrana szubienic.

Zdradził trzech władców – a kto zdradza swoich królów, zdradza Ojczyznę. W epoce rewolucji Francja przebywała na wygnaniu i w krajowym podziemiu: w Warszawie, Mitawie, Koblencji, Turynie, Wenecji, Sztokholmie, Gandawie i innych miastach, gdzie schronili się członkowie Domu Francji i ich wierni poddani. Miejsce przyzwoitych ludzi było na wschód od Renu lub w więzieniach. Oportuniści zaś nie ukrywali, że na trupie Francji chętnie włączą się w instalowanie w Paryżu parodii monarchii, w której „pierwszy konsul” stanie się nową wersją Karola Wielkiego.

Z wcześniejszego felietonu p. Tomasza Łysiaka dowiadujemy się, że Napoleon Bonaparte, podobnie jak jego przyjaciel Ludwik Karol Antoni Desaix, (…) gardził pustymi dworskimi obyczajami, „kostiumem” i blichtrem światowym. A jednocześnie ponad wszystko stawiał takie cechy charakteru jak odwaga, honor i lojalność (…)3.

Znów można zadumać się nad szczególnym zastosowaniem nowomowy przez pana redaktora. Ale cóż, zgódźmy się z nim choćby częściowo: być może Bonaparte gardził – ale bezobjawowo, np. gromadząc wokół siebie dwór bardziej rozbudowany niż otoczenie towarzyszące Ludwikowi XVI, kreując nową „arystokrację” wraz ze skomplikowaną hierarchią rang i nowymi orderami, zatrudniając dawną służbę Ludwika XVI, zmieniając herb rodowy, obsadzając krewnych i powinowatych na fikcyjnych lub zagrabionych tronach, a także wżeniając ich do prawowitych dynastyj. W każdym innym przypadku świadczyłoby to zapewne o komplexach parweniusza, ale wiadomo – „cesarz” niejako z definicji nie miał żadnych słabości.

Odrzucający blichtr światowy uzurpator pokusił się nawet o odkrycie na potrzeby własnej propagandy nowego, nieznanego wcześniej Kościołowi starożytnego męczennika – „świętego” Napoleona. Jego lojalność sięgała natomiast tak daleko, że porzucił żonę, śpiesznie ogłaszając, że ich ślub kościelny był nieważny, kiedy tylko pojawiła się okazja na związek przynoszący większe korzyści – w dodatku pozwalający mu sugerować, iż zamordowany pod gilotyną monarcha stał się jego wujem. Honor i lojalność bigamisty. W tym kontekście kochanki można by już dyskretnie pominąć milczeniem, acz wyjątek warto uczynić dla mężatki, Marii Walewskiej, przez elitę Xięstwa Warszawskiego z motywów patriotycznych dosłownie stręczonej do nierządu4.

Ten jakże skromny człowiek wziął za własne rezydencje królewskie we Francji5, dzięki czemu po ponad dwustu latach pan Łysiak miał okazję, by roztkliwiać się nad całowaniem sztandaru i orła w pałacu w Fontainebleau.

Po trupie xięcia d’Enghien Bonaparte wdrapał się na „tron”, profanując w katedrze Najświętszej Maryi Panny w Paryżu sakramentalium, jakim jest koronacja6. Uważając, że jego osobista nobilitacja wywodzi się ze zwycięstwa podczas bitwy pod Marengo, i przekreślając tym samym zasługi swoich włoskich przodków i ojca (dzięki Karolowi Marii Buonapartemu szlachectwo rodziny zostało potwierdzone we Francji), konsekwentnie sam sięgnął po „koronę” – najpierw wiosną 1804 r. odegrał zaskoczenie złożoną mu propozycją, później zaś upokorzył papieża, 2 grudnia zmuszając go do kilkugodzinnego czekania w podupadłej podczas rewolucji świątyni i obserwowania farsy „samokoronacji”7. Uroczystość, przypomnijmy, była eklektyczną kompilacją wielu obrządków koronacyjnych z wykorzystaniem kopii korony Karola Wielkiego i oryginalnych regaliów Kapetyngów. Dziś nazwalibyśmy to snobizmem, ale wiadomo – geniusz ma to do siebie, że od niego zaczyna się historia Francji, która jednocześnie ma sięgać wczesnego średniowiecza.

Kilka miesięcy później poczuł się także „królem Włoch”, własnoręcznie sięgając w mediolańskiej katedrze po żelazną koronę Longobardów. Bonaparte umiał godzić dialektyczne sprzeczności, prezentując się jako człowiek, z którego woli wszystko się zaczyna, który kontroluje Kościół, wpływa na Jego nauczanie i nadzoruje (a nawet więzi) namiestnika Chrystusa, broni idei wolności religijnej, nadaje nowe prawa, obala królów, kreśli nową mapę Europy i świata, rabuje podbite kraje – a równocześnie na wszelkie sposoby imitując przynależność swojej „dynastii” do świata przedrewolucyjnego i oczekując akceptacji ze strony prawowitych monarchów.

Jeżeli powyższe fakty dowodzą pogardy dla pustych dworskich obyczajów, „kostiumu” i blichtru światowego, zapewne lepiej już nie dociekać, kim ogłosiłby się Bonaparte, gdyby nie wstrzymywała go legendarna skromność – chyba co najmniej jakimś galijskim bożkiem wojny? Można to wszystko podsumować jednym zdaniem: jeśli Ludwik Desaix rzeczywiście był takim wcieleniem spartańskich cnót, jak podaje pan Tomasz Łysiak, dobrze, że nie dożył największych tryumfów swojego przyjaciela8.

Publicysta nie dopuszcza krytyki swojego idola, o czym mogliśmy przekonać się, sięgając po kolejny felieton z „Gazety Polskiej”, tym razem zatytułowany Debata o wielkości i streszczający dyskusję dwóch historyków na temat dokonań Bonapartego9. Jednym z nich – i negatywnym bohaterem artykułu – był lewicowy historyk, pan hrabia Adam Zamoyski, który podobno nie był w stanie ukryć swojej nienawiści do Napoleona.

Jak manifestowała się domniemana nienawiść? Postawieniem znaków zapytania nad mitem wielkości bohatera sporu. Zapewne ze względu na szczupłe ramy felietonu przytoczony został tylko jeden przykład takiej myślozbrodni. Dla pana Łysiaka niedopuszczalne jest samo dociekanie, czy można Bonapartego nazwać autorem Kodexu Napoleona, natomiast nie budzi już jego niepokoju zawartość tego zbioru przepisów, który np. za „świętą”, owszem, uznawał własność, ale tylko tę znajdującą się na początku XIX wieku w rękach złodziei, uczestników rewolucji, a przede wszystkim, gwałcąc Prawo Boże, ułatwiał rozbijanie małżeństw i niszczenie rodzin. „Prawo” Bonapartego zostawiało samotną jednostkę w obliczu państwa totalnego. Tymczasem w felietonie możemy przeczytać wyrazy uznania: (…) trudno zaprzeczyć, że zmienił on [Bonaparte] losy świata, że na wielu polach wyznaczył nowoczesność funkcjonowania państw, którą odczuwamy do dzisiaj.

Pan Łysiak troszczy się i trwoży, podkreślając, że adwersarz hr. Zamoyskiego (…) argumentował świetnie. Debatę wygrał. Zdecydowanie. Na szczęście tym razem ewidentna wielkość została obroniona. Wierzymy na słowo, że i świetnie, i zdecydowanie (a nawet, że dziobnął go kapitalnie), acz nadmiar tych zapewnień musi budzić leciutki niepokój10… Przede wszystkim jednak: czy wielkość można obronić przez głosowanie? W ogóle – czym jest wielkość i czy jest ważniejsza od zbawienia? Bonaparte, w drugiej połowie swoich rządów wyklęty przez papieża Piusa VII, działał z gorączkowością pozwalającą sądzić, że przeczuwał, jak nietrwałe będą jego pomniki – lecz „Ludwik Filip I”, poszukujący uzasadnień dla własnej uzurpacji, ocalił jego mit. Zdołał jednak uruchomić procesy, na których końcu (jak na razie) były KL Auschwitz i GUŁag.

W średniowieczu uzurpator skończyłby życie pod toporem kata lub w jeszcze smutniejszych okolicznościach. W 1814 r., pod berłem wspaniałomyślnego króla Ludwika XVIII, Bonaparte – sprowadzony, można rzec, do właściwych rozmiarów – otrzymał w dożywotnie władanie xięstwo Elby. Jego rządy na wyspie miały być corocznie zasilane dwoma milionami franków z monarszej kasy. I gdyby znów nie zbuntował się przeciwko swojemu prawowitemu suwerenowi, można podejrzewać, że u wybrzeży Toskanii dożyłby spokojnego końca. Niestety, jeszcze kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy musiało zginąć, aby jego pycha została ostatecznie poskromiona w Longwood zagubionym na południowym Atlantyku11. Osobliwym zrządzeniem losu przyczynili się do tego uzurpatorzy hanowerscy.

*****

Z artykułów pana Tomasza Łysiaka płynie wniosek: w życiu publicznym, w przestrzeni medialnej spójność prezentowanych poglądów nie jest zaletą. Jednak pozwolę sobie na „nieżyciowość” i zadedykuję mu ostatnie zdanie: albo xiążę Henryk Pobożny, albo Napoleon Bonaparte – są biografie, postawy i konsekwencje, których nie można pogodzić.


1 Tomasz Łysiak, Kastet i uśmiechy, „Gazeta Polska” nr 26 z 24 czerwca 2020 roku, str. 111.

2 W ich żyłach – co może być ważne dla czytelników „Gazety Polskiej” – płynęła polska krew. Warto też dodać, że Bonaparte oczekiwał, iż król Ludwik XVIII dobrowolnie przekreśli Prawa Fundamentalne Królestwa Francji, przede wszystkim niedysponowalność korony. Król natomiast kilkukrotnie, listownie lub przez wysłanników, podejmował próby nakłonienia Bonapartego do porzucenia drogi zdrady.

3 Tomasz Łysiak, Desaix, „Gazeta Polska” nr 24 z 10 czerwca 2020 r., str. 95. Z artykułu wynika, że wiele cech charakteru Ludwika Desaix’go należy przypisać także Bonapartemu.

4 Cudzołóstwo miało przyczynić się do wskrzeszenia Polski. Być może pan redaktor zna przyjemniejsze określenie dla tego procederu?

5 Na podobnej zasadzie w Polsce Ludowej siedziby szlachty i ziemiaństwa stały się własnością Państwowych Gospodarstw Rolnych.

6 Kilka wieków wcześniej w tej samej katedrze francuski tron uzurpował sobie król Anglii Henryk VI.

7 Wydarzenia z 2 grudnia 1804 r. można śmiało nazwać oświeceniową farsą, gdyż tyran odrzucał nauczanie naszego Pana Jezusa Chrystusa, przysiągł bronić zdobyczy rewolucji oraz praw antykatolickiej republiki i z iście szatańską pychą tak zaaranżował bieg uroczystości, aby nie ulegało wątpliwości, że wszystko zawdzięcza sobie, a nie Bogu (przed którym nie zamierzał klęczeć) i Kościołowi Świętemu. Kult JA – bogiem Napoleona Bonapartego był Napoleon Bonaparte.

8 Pytanie do pana redaktora: gdzie był ten niezrównany heros, Ludwik Desaix, kiedy trzeba było bronić życia Ludwika XVI i innych członków Domu Francji?

9 Tomasz Łysiak, Debata o wielkości, „Gazeta Polska” nr 27 z 1 lipca 2020 r., str. 103.

10 Mieli przekonać salę – na oko było na niej kilkuset widzów. Każdy z nich na koniec miał zagłosować, wrzucając do urny głos na TAK (czarna karteczka) lub NIE (biała karteczka – czyżby dlatego, że kolor rojalistów?).

11 Jakże prorocze okazały się samokrytyczne przemyślenia Bonapartego nad grobem Jana Jakuba Rousseau, że dla świata byłoby lepiej, gdyby i pisarz, i on sam nigdy się nie narodzili!

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.