Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Depozyt legitymizmu

Depozyt legitymizmu

Jacek Bartyzel

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy świadkami następującej sceny. Znajdujemy się w zamkowej kaplicy w austriackim Frohsdorf – miejscu spoczynku ostatniego prawowitego króla Francji ze starszej linii Burbonów, Henryka V (hr. de Chambord), albo w Trieście, gdzie znajduje się nekropolia karlistowskich królów Hiszpanii. Wtem ktoś zaczyna głośno wyśmiewać owych „fikcyjnych” królów, szydzić z „legitymistycznych chimer” i perorować o zdominowaniu świata polityki przez „spory o głupoty”. Cóż pomyślelibyśmy sobie o tym tak niewcześnie wymownym retorze? Zapewne wiele, i to raczej niepochlebnych rzeczy, ale bez wątpienia nie przyszłoby nam nawet do głowy podejrzewać go, iżby mógł on być konserwatystą, monarchistą i kontrrewolucjonistą.

Polska jednak to taki dziwny kraj, w którym to, co gdzie indziej absurdalne i niemożliwe, może uchodzić za normalne. Świeżym przykładem tej osobliwości jest nauka głoszona przez szkołę – nazwijmy ją „warszawsko-siedlecką” – która z legitymizmu uczyniła sobie obiekt niewybrednych kpin (zob. Dlaczego legitymizm jest chimerą?, „Najwyższy Czas!”, 2-9 stycznia 2010, nr 1-2, s. LXII). Skądinąd jednak, magister et doctor owej szkoły tak bardzo się rozbawił „humorystycznym aspektem” legitymizmu, że nie zauważył własnej niekonsekwencji w punkcie wyjścia. Najpierw ogłosił bowiem, iż spór o legitymizm to spieranie się o głupoty i „rzeczy nieistniejące”, po czym… z werwą zaczął się o nie spierać (a właściwie nie tyle „zaczął”, co kolejny już raz spór ów podjął). Dobrze z kolei jest wyjaśnić, że dla „szkoły łódzkiej” w konserwatyzmie, z którą się spiera, legitymizm nie jest przedmiotem „sporu”, bo stanowi bezsporny właśnie składnik postawy kontrrewolucyjnej i obiekt intelektualnej kontemplacji.

W jednej rzeczy wszelako „szkoła warszawsko-siedlecka” się nie myli: w Polsce panuje rzeczywiście powszechna ignorancja odnośnie do istoty i sensu legitymizmu. Czemu jednak ignorancję tę celowo pogłębia, utrwalając fałszywe mniemanie jakoby legitymizm sprowadzał się do rygorystycznej obserwacji reguł sukcesji dynastycznej, czyli inaczej mówiąc do legitymizmu formalnego? Na łamach tygodnika nie ma oczywiście miejsca na dogłębne wyjaśnienie tej kwestii, przeto zainteresowanych muszę odesłać do mego opracowania szerzej ją objaśniającego (Legitymizm. Historia i teraźniejszość, Biblioteka Rojalisty, Wrocław 2009). Owe wspominane 0,02 % Polaków kojarzących pojęcie legitymizmu skłonne jest, niestety, postrzegać w nim jakiś egzaltowany „supermonarchizm”, co stanowi całkowite nieporozumienie. Legitymizm wszędzie i zawsze (a szczególnie dobitnie hiszpański, czyli karlizm) bazuje na sprzeciwie wobec absolutystycznego wypaczenia i anglikańskiej herezji „boskiego prawa królów”, pozostając obrońcą monarchii tradycyjnej, która jest potrójnie ograniczona (limitada): „z góry” (prawem Bożym), „z dołu” (uprawnieniami poddanych: stanów i wspólnot terytorialnych) oraz „wstecz” (tradycją, w ramach której mieszczą się także normy zwyczajowe sukcesji wypracowane w danej wspólnocie politycznej, a nie uniwersalne).

Istotą legitymizmu w ogólności jest odpowiedź na fundamentalne zagadnienie prawomocności władzy. Odpowiedź ta (jak piszą autorzy francuskiego Manifestu Legitymistycznego) brzmi: „żaden człowiek nie ma prawa rządzić drugim człowiekiem bez upoważnienia Boskiego”. Ponieważ jednak człowiek bytuje w dwu wymiarach egzystencji: naturalnym i nadnaturalnym, teoria legitymizmu odróżnia dwa rodzaje prawowitości: pochodzenia i wykonywania (w karlizmie nazywa się to odpowiednio: legitimidad de origen i legitimidad de ejercicio), względnie naturalną i teologiczną (w legitymizmie francuskim: légitimité naturelle i légitimité théologique). Reguły sukcesji, które na ogół są wszędzie podobne (ale wcale nie muszą być identyczne, bo stanowią wytwór doświadczenia historycznego konkretnej wspólnoty politycznej), należą do porządku prawowitości naturalnej. Są one zatem podporządkowane temu, co oczywiście wyższe, czyli prawowitości nadnaturalnej, która – jak pisze Gérard Saclier de la Bâtie – „implikuje rozpoznanie Jezusa jako Króla, i Ojca Niebieskiego jako zasady wszelkiej władzy. Ten aspekt prawowitości jest objawiony i wyrażony wprost w Biblii przez samego Boga”. Jest przeto oczywiste, że – jak zaznacza z kolei teoretyk karlizmu Francisco Elías de Tejada – „prawowitość pochodzenia jest służebna w stosunku do prawowitości wykonywania, obie zaś prawowitości wzięte łącznie są instrumentem w służbie Tradycji katolickiej i narodowej”.

Nie ma przeto nic niezrozumiałego – tym bardziej zaś „arbitralnego”, „instrumentalnego” czy „przeczącego świętej zasadzie legitymizmu” – jak sugeruje „szkoła warszawsko-siedlecka” w tym, że książąt niekatolickich wykluczono z sukcesji. Legitymista jest bowiem najpierw katolikiem, potem tradycjonalistą a dopiero w następnej kolejności monarchistą; sama forma jedynowładcza rządu (acz najdoskonalsza z punktu widzenia celu władzy – zachowania jedności pokoju, jak mówi św. Tomasz z Akwinu) jeszcze nie jest usprawiedliwieniem w oczach Boga.

Podobnie, w niczym nie umniejsza legitymizmu okoliczność, że motywacją ludowej kontrrewolucji w Hiszpanii był antyklerykalizm oraz centralizm rządu liberalnego, kasującego tradycyjne fueros (przywileje) wspólnot prowincjonalnych. „Lemat” karlizmu ma przecież następującą kolejność: Dios – Patria – Fueros – Rey. Król jest zatem prawowity (legítimo), jeśli zachowuje jedność katolicką w swoim królestwie, integralność ojczyzny i prawa wspólnot, a nie tylko z powodu odziedziczenia tronu w porządku sukcesji. Legitymizm karlistowski przeto podąża wiernie za pouczeniem Akwinaty, iż nie królestwo jest dla króla, lecz król dla królestwa.

Zupełnie mętne jest nawet wyobrażenie „szkoły warszawsko-siedleckiej” o samych regułach sukcesji. Różnica pomiędzy prawem sukcesyjnym w koronach hiszpańskich przed zainstalowaniem tam dynastii burbońskiej a zasadami sukcesji we Francji nie polegała wcale na nieznajomości za Pirenejami reguły primogenitury (dziedziczenia przez najstarszego syna). Akurat ta norma jest powszechnie znana i obserwowana (znało ją już starożytne królestwo Hetytów). W Hiszpanii nie obowiązywała jedynie ta reguła prawa zwanego salickim, która wykluczała możliwość odziedziczenia tronu przez kobietę w razie braku męskiego spadkobiercy. Prawo promulgowane przez Burbonów w Hiszpanii nie było jednak „czystym” prawem salickim, lecz semisalickim, co nie pociągało za sobą stosowania automatyczności dziedziczenia, lecz zachowanie również tych reguł, które obowiązywały dotąd w Hiszpaniach (las Españas), jak na przykład zgoda Kortezów. Anulowanie natomiast owej dynastycznej „sankcji pragmatycznej” przez Ferdynanda VII, po to aby odciąć drogę do tronu jego ultrakatolickiemu bratu Karolowi i przekazać koronę własnej córce było właśnie aktem arbitralnego despotyzmu monarchy traktującego koronę jako swoją osobistą własność, podczas gdy korona jest niematerialnym dobrem wspólnoty, i to król jest w jej dyspozycji a nie ona w jego.

„Szkoła warszawsko-siedlecka” nie rozumie także (a przypuszczam, że raczej nie chce rozumieć, bo „szkoła łódzka” pisała o tym wyraźnie w ich bezpośredniej publicznej konfrontacji), że powinowactwo polskiej tradycji politycznej z tradycjonalizmem hiszpańskim nie polega na próbie mechanicznego przenoszenia do Polski hiszpańskich (czyli jakichkolwiek innych) reguł sukcesji dynastycznej. To powinowactwo bierze się z analogicznej odporności tradycjonalizmu hiszpańskiego i polskiego na wszystkie nowożytne herezje polityczne, stanowiące następstwo rewolucji nominalistycznej: makiawelizmu, suwerenności, absolutyzmu, nowoczesnego Państwa-Lewiatana. Na ich tle staropolska res publica była takim samym „dziwolągiem”, jak karlizm niezmiennie broniący tomistycznej koncepcji dobra wspólnego, pomocniczości i władzy jako „sternika” koordynującego działanie wspólnot różnego szczebla i rodzaju oraz uznający – jak pisze Álvaro d’Ors – za swoje naczelne zobowiązanie (vigencia), „obalenie mitu suwerenności Państwa”.

Zgoła zatem bez sensu „szkoła warszawsko-siedlecka” robi ten ekstraordynaryjny wynalazek, że w Polsce od nastania monarchii elekcyjnej nie mogły mieć zastosowania reguły sukcesji dynastycznej. Fundamentalny problem legitymizmu znajduje się bowiem, jak wyżej wykazano, na innej i wyższej płaszczyźnie teologii politycznej. Jeśli zaś kiedykolwiek Opatrzność zechce w swoim miłosierdziu przywrócić naszej Ojczyźnie tron i jego dziedziczność, to jakieś reguły sukcesji niechybnie się wykształcą w sposób naturalny. Polski tradycjonalista nie ma tu nic do spekulowania: wystarczy, by w jego duszy panował habitus usposabiający go do przyjęcia tego daru.

Nie możemy natomiast w tym miejscu pominąć milczeniem najbardziej niemiłej strony metod polemicznych „szkoły warszawsko-siedleckiej”, jaką jest posunięcie się do tak niskiej insynuacji, jakoby doktryna legitymistyczna „szkoły łódzkiej” była „sponsorowana przez braci Kaczyńskich”. Odpłacać tym samym za nadobne nie będziemy, bo jesteśmy z tego pokolenia, któremu „Trybuna Ludu” czy „Żołnierz Wolności” podobnie insynuował sponsoring przez CIA. Możemy jedynie ubolewać nad tym, że wybitny, bądź co bądź, umysł tak bardzo mógł się uzależnić od konieczności codziennego zażywania „sproszkowanego leku” w postaci nienawistno-miłosnego sczepienia się z „pisuarami”, że zdolny jest wypowiadać sądy (eufemistycznie mówiąc) lekkomyślne.

Tak oto nałóg odnoszenia każdej kwestii metapolitycznej do przemijającej politycznej „bieżączki” prowadzi do pracowitego podpiłowywania metafizycznych i mistycznych korzeni prawdziwego tradycjonalizmu i monarchizmu, bez których konserwatysta staje się bezbronny wobec takich pokus, jak makiawelski „realizm”, heglowski kult państwa czy bismarckowski prymat siły. W legitymizmie bowiem nie ma niczego do „przenoszenia”, bo w ogóle nie uchodzi przy nim „majstrować”. Legitymizm to nic innego jak depozyt chrześcijańskiej tradycji politycznej, który od naszych poprzedników otrzymaliśmy i który winniśmy przekazać następnym pokoleniom.

 

Pierwodruk: „Najwyższy Czas!”, 16 I 2010, nr 3(1026), s. XL-XLI

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.