Jesteś tutaj: Publicystyka » Waldemar Michalak » Dlaczego tradycja jest wrogiem?

Dlaczego tradycja jest wrogiem? Refleksje po lekturze artykułu prof. Jacka Bartyzela „Tradycja i jej wrogowie”

Waldemar Michalak

Z dużą uwagą przeczytałem w „Naszym Dzienniku” z 6-7 listopada 2010 r., dość długi artykuł profesora Jacka Bartyzela Tradycja i jej wrogowie i z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że zawarte tam myśli jak najbardziej odpowiadają współczesnej rzeczywistości.

Jednak, w moim odczuciu, prof. Bartyzel przedstawia trochę przestarzałą konkluzję; w końcowych akapitach pisze on bowiem, powołując się na amerykańskiego filozofa Johna Rawlsa, co następuje: „…liberał zupełnie jawnie przyznaje, że fundamentem życia zbiorowego ma być ignorancja. Jeżeli raz możliwe stało się budowanie świata ludzkiego w indyferencji i ignorancji prawa Bożego, to logiczną konsekwencją takiego wyboru musiało stać się także wykonanie następnego kroku i postawienie człowieka na miejscu Boga, uznanie że to sam człowiek jest lub powinien stać się bogiem”.

Moim zdaniem jest to diagnoza odpowiadająca przekonaniom wieku XIX i w dużej części wieku XX. Istotą tych przekonań był mit prometejski, a w narracji tego mitu, że użyję modnego dziś wyrażenia, Człowiek za pomocą nauki miał wydrzeć przyrodzie jej tajemnice i ujarzmić ją za pomocą techniki tak, aby ona Mu służyła. W konsekwencji Człowiek władający siłami przyrody miał się stać równy Bogu.

Paradoksalnie, mit prometejski skończył się zgodnie z własnym przesłaniem – klęską i karą w postaci zbrodni totalitaryzmu i niespełnionej obietnicy raju na Ziemi. Lecz dopóki ten mit trwał, miał w sobie pierwiastek horyzontalnej „transcendencji”, z której wynikała konieczność poświęcenia siebie dla dobra przyszłych pokoleń, podporządkowania, a często ofiary z życia w imię idei, w którą się wierzy, i to dawało pewną podmiotowość. Bo proszę powiedzieć, który wzięty lekarz obrałby dziś taką ścieżkę kariery życiowej, jak „Che” Guevara, albo kto dzisiaj chciałby powtórzyć życiorys Ludwika Waryńskiego. Uważam, że obecnie sedno problemu opisanego przez prof. Bartyzela nie leży w ubóstwieniu człowieka, lecz wręcz przeciwnie – w jego uprzedmiotowieniu. W świecie współczesnych liberałów człowiek jest przede wszystkim zasobem siły roboczej o określonej wartości kapitałowej – przypominam, że kapitał to własność przynosząca zyski – lub targetem rynkowym o określonej sile nabywczej, a jeszcze bardziej zdolności kredytowej. Pan Profesor musi przyznać, że jak na bogów, nawet przez bardzo małe „b”, to trochę za mało. Nie mogę zaprzeczyć, że autor zwrócił uwagę i na ten aspekt problemu, opisując cele kształcenia w systemie bolońskim; notabene jest on kontynuacją przyjętych dla szkół średnich wymagań, jak i celów kształcenia stawianych przez PISA (Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów). Celem tak zintegrowanego systemu edukacji są przede wszystkim potrzeby rynku pracy, i to na poziomie niewykraczającym poza umiejętność operacji w schematach racjonalności materialnej i formalnej (przypominam klasyfikację Maxa Webera), z pominięciem wykształconej zdolności myślenia i postępowania w kategoriach racjonalności aksjologicznej i celowościowej, opartej na transcendencji horyzontalnej, w postaci na przykład troski o przyszłość narodu i dobro następnych pokoleń, oraz wertykalnej, rozumianej jako jednostkowe czyny godne uznania lub zasługujące na potępienie, w dążeniu do zbawienia. Chodzi o wykształcenie kogoś na kształt i podobieństwo samosprzedawalnego narzędzia mówiącego. I w takim kontekście tradycja jest śmiertelnym zagrożeniem dla liberalizmu produkcyjno-konsumpcyjnego, jako ideologii dominującej. Dlaczego? Ponieważ uczy myślenia w kategoriach racjonalności aksjologicznej, odwołując się zarówno do imponderabiliów wspólnotowych, jak i jednostkowych. Takich na przykład, jak sprawa niepodległości, dumy z własnej tożsamości narodowej czy nawet godności osobistej i wynikającego z niej zobowiązania moralnego. Na tym polega siła tradycji.

Żeby nie być gołosłownym: stacja TVN emituje reality show pt. „Top Model. Zostań modelką” (w jego treści orientuję się głównie z przebitek reklamujących poszczególne odcinki oraz z omówień). To, co mnie uderzyło w tym programie, to okoliczność, iż młode, wykształcone (przynajmniej na poziomie wykształcenia średniego) dziewczęta, z pewnym zapleczem kulturowym, o którym świadczy używane przez nie słownictwo, godzą się na poniżające praktyki, jakie są w tym programie wobec nich stosowane; na skrajne uprzedmiotowienie własnych osób, połączone z odarciem z godności osobistej, w zamian za obietnicę, że któraś z nich dostanie dobry kontrakt w Ameryce. Pojawia się pytanie: czy one godziłyby się na takie uprzedmiotowienie, gdyby układem odniesienia były dla nich przekazane przez tradycję wzorce i wartości?

Wykorzystując ten przykład można odpowiedzieć dlaczego i po co tradycja jest usuwana z obszaru świadomości? W odpowiedzi odwołam się również do celnego sformułowania z artykułu Stanisława Michalkiewicza Czwarta władza, a co z drugą? („Czas Najwyższy!”, 15 VI 2002, nr 640), gdzie autor, powołując się na Ernesta Skalskiego, napisał:,,Gazeta Wyborcza konsekwentnie rozbija wszelkie możliwe ogniska zbiorowej identyfikacji”. Otóż to: wiara, rodzina, tradycja są takimi ogniskami zbiorowej identyfikacji, tworzą – poprzez wspólnotę pojęć i wartości oraz zbiorowych doświadczeń i pamięci o tych doświadczeniach – struktury porozumienia, akceptacji i współdziałania, dając jednostce poczucie przynależności oraz określając jej tożsamość, zarówno indywidualną, jak i wspólnotową. I sam fakt istnienia takich ognisk zbiorowej identyfikacji jest zagrożeniem dla opartej na uprzedmiotowieniu i wyobcowaniu cywilizacji pieniądza. Gdy oglądałem manifestację „palikociąt”, dominującym uczuciem było nie oburzenie, lecz przerażenie, bo miałem przed sobą współczesny danse macabre. Oczywiście, zarządzanie społeczeństwem uprzedmiotowionym i zatomizowanym jest bardzo ułatwione; tym bardziej, że racje aksjologiczne sprowadzone do zysku, wszelkiej uciechy i korzyści, tożsame z racjonalnością formalną i materialną, a także celowościową, zostały zinterioryzowane (uwewnętrznione) na masową skalę, i tworząc świadomość zbiorową, skutecznie bronią uprzedmiotowienia i atomizacji.

I nie jest prawdą, że Platformę Obywatelską popierają ludzie młodzi, wykształceni, dobrze zarabiający, z wielkich miast, albowiem w takim wypadku poparcie dla PO byłoby na poziomie poparcia dla UPR. Prawdą natomiast jest, że PO ma poparcie tych, którzy chcą się identyfikować z takim paradygmatem, bez względu na wiek, wykształcenie, rzeczywisty poziom zamożności czy miejsce zamieszkania. Zaś to, co łączy pierwszą grupę z drugą, to przyzwolenie na łamanie wszelkich standardów etyki i moralności, o ile takie postępowanie spełnia kryterium skuteczności w dążeniu do nieograniczonej materialnej zamożności, jako wartości samej w sobie, a identyfikacja obu grup odbywa się poprzez sugestywny obraz wroga. Zauważmy, że historia wieku XX dostarczała obrazów wroga rasowego czy wroga klasowego, obecnie natomiast tworzony jest obraz wroga pokoleniowego. W tym obrazie wróg jest słabo wykształconym „moherem” z małej miejscowości, ma dużo lat, a więc jego możliwości nabywczo-kredytowe są pomniejszone, to nie jest żaden target, a zasób kapitałowy tej grupy jako siły roboczej też nie przedstawia większej wartości. Co gorsza, jest to przeszkoda na drodze do „nowoczesności”, siedlisko klerykalizmu, ksenofobii, homofobii, a nade wszystko potężne obciążenie dla budżetu, czyli blokada w drodze do dobrobytu. Jak utrzymuje zmasowana propaganda rządzących elit, takiemu wrogowi należy się tylko zorganizowana pogarda i lekceważenie, a przede wszystkim wykluczenie z prawa do zabierania głosu w obszarze życia publicznego. Zauważmy, że hasło: „róbta, co chceta” (z domyślnym dopowiedzeniem: „o ile możeta”) traci na atrakcyjności na rzecz hasła: „zabierz babci dowód”.

Można postawić pytanie: czym skończy się ten proces uprzedmiotawiania ludzi i rugowania ich podmiotowości, pamiętając przy tym, że każdy proces kończy się na produkcie, w postaci efektu finalnego. Trudno być futurologiem, ale już teraz widać pewne efekty tego procesu, na przykład takim efektem jest próżnia aksjologiczna, która generuje próżnię demograficzną, więc łatwo sobie wyobrazić co się stanie, gdy z jednej strony będzie społeczeństwo naszej post-cywilizacji, złożonej z ludzi starych i względnie zamożnych, z drugiej natomiast społeczeństwa i ludy złożone z ludzi młodych i głodnych, z obcych kręgów kulturowych i o silnej motywacji ekspansji. Takie spostrzeżenie jest banalne i oczywiste. Natomiast trwogę może budzić jeszcze inna konstatacja, a mianowicie taka, że pojęcie tolerancja nie będzie już miało ani znaczenia dawnego („cierpliwe znoszenie rzeczy niemiłych”), ani nawet obecnego („akceptacja, a nawet afirmacja wszelkich odmienności”), lecz przybierze najbardziej złowrogie znaczenie „braku woli oporu i stanu bezsilności wobec oczywistych zagrożeń”. Albowiem ludzie o właściwościach przedmiotowych, nastawieni i wykształceni do spełniania tylko i wyłącznie funkcji praktyczno-użytkowych w dziedzinie produkcji i konsumpcji opartej na rachunkowej kalkulacji strat i zysków oraz pozbawieni takich właściwości podmiotowych, jak wiara, rodzina, tradycja, mogą skończyć tylko tak, jak kończą przedmioty stare, brzydkie i bezużyteczne: na śmietniku i z poczuciem bycia śmieciem.

PS. W dominującym współcześnie odbiorze i wrażliwości zabiegi in vitro nie są (niestety) ingerowaniem w dzieło Stwórcy; takie rozumienie problemu mają tylko: Kościół katolicki i katolicy „niekremówkowi”. Dla wyznawców „nowoczesności” (a nowoczesność ma już za sobą też dwieście lat swojej „tradycji”) zabieg in vitro mieści się w dziale „usługi dla ludności”, które można reklamować w ogłoszeniach medialnych typu:,,Szewc świadczy usługi dla ludności, specjalność: obuwie damskie”; „Adwokat świadczy usługi dla ludności, specjalność: sprawy rozwodowe” i – analogicznie – „Klinika świadczy usługi dla ludności, specjalność: zabiegi in vitro – mamy podpisany kontrakt z NFZ”. Tak wyglądają rzeczywiste relacje międzyludzkie w świecie ludzi – przedmiotów.

PS 2. Wydaje mi się, że w dobie obecnej łacińską sentencję homo homini lupus est („człowiek człowiekowi wilkiem jest”) należałoby zastąpić sentencją: homo homini materia est (,,człowiek człowiekowi przedmiotem jest”).

Autor jest historykiem i wiceprezesem Klubu Konserwatywnego w Łodzi.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.