Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Dlaczego zamordyzm?

Dlaczego zamordyzm?

Adrian Nikiel

„Katechoni” wznoszący bardziej lub mniej trwałe bastiony logiki sakralnej są przerażająco monotonni i przewidywalni w swoich poczynaniach. Powtarzające się jak obroty koła schematy pochlebstw, pseudoreligijne rytuały, tysiące, a później miliony trupów „niewierzących” lub wierzących zbyt słabo. Śmiertelni bożkowie wymagają krwawych ofiar.

Do kompletu potrzebni są jeszcze masochiści, którzy uwielbiają to słodkie poczucie, że ktoś, najlepiej umundurowany, stoi nad nimi z pejczem – najwznioślejszą poezją potrafiący uzasadnić każdą zbrodnię reżimu. Natura ludzka została tak dziwnie stworzona, że nawet posłanie milionów ludzi do piachu nikogo do końca nie kompromituje. Zawsze przecież będzie jakiś „kierżeński duch”, który usprawiedliwi i rozgrzeszy wszystko.

Temu właśnie poświęciła swoją xiążkę pani dr Monika Milewska, wśród ludzi Prawicy najlepiej znana z kultowego dzieła Ocet i łzy. Jej najnowsze studium znów czyta się jednym tchem, gdyż jest to doskonała inspiracja do (ponurych) medytacyj nad cytatem: stwórzmy boga na własne podobieństwo / niech będzie mały i parszywy / wtedy wszyscy w niego uwierzą.

Autorka lustruje dążenia do samoubóstwienia wybranych przez siebie władców, korzystając z kategorii mitu. Często są to mity biegunowo różne, jak np. mit boskiego lub półboskiego pochodzenia i mit Antychrysta. Niektóre mity nakładają się na siebie, są wykorzystywane łącznie, jak np. mit solarny i mit nieśmiertelności. Nieśmiertelność z kolei łatwo połączyć z mitem wampira, specyficznym dla przypadku komunistycznej Rumunii. Wrogowie Kościoła nie wahali się nawet przed kreowaniem nowego Zbawiciela (oczywiście zbawiającego jeden naród lub jedną klasę społeczną). Analizie poddane zostały przekazy literackie i wizualne, a także inne metody propagandy wykorzystujące najnowocześniejsze środki techniki swojej epoki.

Rewolucyjny totalitaryzm aktualizował i doprowadzał do granic parodii mity starożytności, począwszy już od purytańskich i jakobińskich mitów cnoty. Muszę jednak wskazać pewną podstawową wątpliwość natury metodologicznej, która pojawia się podczas uważnej lektury – ważny czynnik nie został wystarczająco mocno uwypuklony. Opisując poczynania nowożytnych tyranów, pani Milewska przywołuje również przykłady starożytnych deifikacyj władców uważanych (uważających się) za potomków bogów, działających jednak w rzeczywistości, w której nie mogli znać naszego Pana Jezusa Chrystusa, a zapewne szczerze przekonanych o prawomocności swoich roszczeń do boskości. To jest fenomen pod każdym względem odrębny od totalitaryzmów ostatnich stuleci. Komunistyczni, narodowosocjalistyczni i pozostali zbrodniarze wiedzieli natomiast doskonale, kim jest Chrystus, wiedzieli, że walczą z Bogiem, i świadomie próbowali zająć Jego miejsce. Wiemy: Wer der Jugend den Glauben an Christus aus dem Herzen reißt, ist ein Verbrecher!, ale przecież takiego zarzutu nie można postawić tym panującym, którzy o istnieniu naszego Pana Jezusa Chrystusa po prostu nie wiedzieli. Dlatego znakomitą xiążkę p. Milewskiej można by śmiało podzielić na dwie publikacje, aby w pełni zachować wewnętrzną spójność.

O ile zatem część „starożytna” – bardzo interesująca – ma walor przede wszystkim religioznawczy i edukacyjny, lecz trudno byłoby bezpośrednio odnieść ją do świata po Weberowskim „odczarowaniu”, w którym żyjemy, o tyle część poświęcona Bonapartemu i totalitaryzmom dwudziestowiecznym jest przerażająco aktualna. Są potężne demony, od których odgradza nas tylko wierność tradycyjnemu Magisterium.

Wyjątkowo ciekawy w kontekście polskich „sporów o Napoleona” jest rozdział poświęcony postaci tego rewolucyjnego „cesarza” stojącego na czele republiki. Ten fragment xiążki jest przede wszystkim wstrząsającym oskarżeniem ówczesnej hierarchii Kościoła lokalnego. Pokazuje, jak niewiele trzeba, aby złamać człowieka. Niepotrzebne są tortury, wystarczą zaszczyty. W czasach, gdy w Vincennes przelano już niewinną krew potomka świętego Ludwika, młodego xięcia d’Enghien, a król Francji i Nawarry Ludwik XVIII przebywał na wygnaniu, każdego dnia zagrożony, że w końcu i jego dopadną siepacze uzurpatora, francuscy duchowni posunęli się do tego, iż żyrowali autorytetem Kościoła stworzenie kultu fikcyjnej postaci „świętego Napoleona”. Czy ludzie, którzy znieważali Kościół i podważali Jego nieomylność poprzez narzucanie katolikom fałszywego kultu, w ogóle wierzyli w Boga? Można sądzić, że jeżeli wierzyli w cokolwiek, to ich bożkiem był Święty Spokój.

Za szczęście w nieszczęściu można zatem uznać podniesienie przez Bonapartego ręki na papieża. Czy bez tego francuscy hierarchowie przekonaliby się, że uzurpator jest jak kamień z procy Antychrysta? Czy Restauracja byłaby możliwa? Rozdział poświęcony tej postaci uznaję za najciekawszy w całej xiążce, gdyż jest to przypadek z „pogranicza” – między próbą wtłoczenia Rewolucji w ramy chrześcijańskiego porządku a pojawieniem się współczesnych totalitaryzmów. Sytuacja „płynna”, w której obok Kościoła męczenników widać Kościół oportunistów. I w której pomoc Kościołowi przychodzi ze strony prawosławnych schizmatyków. Późniejsi uzurpatorzy już nawet nie próbowali udawać, że wywodzą się od jakichś swoich świętych imienników, lecz wydawali bezwzględną walkę Bogu i Jego Kościołowi. W najłagodniejszym – faszystowskim – wariancie totalitaryzmu Kościół miał stać się użytecznym narzędziem, reakcyjną pozostałością tolerowaną podczas włoskiej rewolucji statolatrycznej.

Casus faszystowskich Włoch (które, przypomnijmy, nie mogłyby powstać, gdyby w XIX wieku dynastia sabaudzka nie dokonała podboju Półwyspu Apenińskiego, zresztą również na własną zgubę) jest drugim (w mojej prywatnej hierarchii tematów) z najciekawszych przypadków omawianych w dziele pani dr Milewskiej. Udowadnia on, że antychrześcijańską doktrynę można wcielać w życie stopniowo, stwarzając nawet pozory, że reprezentuje się Partię Porządku. Kolejne uzurpacje Sabaudów – podboje Abisynii i Albanii, a następnie stworzenie fikcyjnego królestwa w Chorwacji – przedstawiano jako odbudowę cesarstwa rzymskiego. Antykościół nie musi atakować wprost, jak w przypadku III Rzeszy Niemieckiej i państw komunistycznych, może wręcz sugerować, że znajduje się po Prawicy Boga. Wiemy, jak na całym świecie wielu nawet najbardziej inteligentnych ludzi dało się na to nabrać…

Wrogowie Christianitas próbują przypisać faszyzm (rozumiany tak szeroko, że mógłby być wszystkim) do Prawicy. Podobną operację przeprowadzono w odniesieniu do narodowego socjalizmu, a są nawet ludzie, którzy sugerują, iż także komunizm, oczywiście w potępionym werbalnie wariancie stalinowskim, miał charakter prawicowy. Pani dr Milewska niezwykle dobitnie wykazuje, że żadna z tych doktryn nie ma nic wspólnego z Prawicą. Lewica stara się bowiem przekształcić przeszłość, manipulować nią, próbuje stworzyć przeszłość na nowo, a symbolem tej postawy jest niszczenie zabytków w ofierze własnej gigantomanii. Prawica stara się natomiast ustalić prawdę na podstawie dostępnych źródeł i tworzyć w ciągłości. Prawica to odpowiedzialność za własne życie, lewica to uszczęśliwianie na siłę. Prokrustowe łoże jest doskonałą prefiguracją polityki lewicy.

Postacią, której w tym kontekście należy się szczególna uwaga, jest także Mikołaj Ceauşescu, tyran, który kreował się na kolejnego z królów Rumunii, po 1989 r. przywoływany przez hunwejbinów postępu jako ten, który rzekomo „zakazał aborcji” rumuńskim kobietom i w związku z tym został wykluczony z panteonu nieświętych lewicy. Ten pozorny zakaz nie służył jednak ochronie bezbronnych czy zachowaniu zasad moralności chrześcijańskiej – celem było zwiększenie pogłowia komunistycznych niewolników. Nie zbawienie dusz było wartością, lecz była nią bezwolna masa. Masa zamknięta w wielkim obozie koncentracyjnym, jakim w utopii zbrodniarza miała stać się Rumunia. Ponieważ chodziło więc o eugenikę, a nie dobro obywateli Rumunii, aborcja była jak najbardziej dozwolona dla kobiet powyżej 45 roku życia, dla matek, które urodziły już kilkoro dzieci, a także w przypadku dzieci zagrożonych poważnymi chorobami. Należy też podkreślić, że wobec tragicznego stanu rumuńskiej medycyny i opłakanych warunków życia rodzin wysoka była śmiertelność dzieci już po urodzeniu.

Gdyby przypomnieć, że na drugim biegunie zbrodniczej polityki natalistycznej sytuują się komunistyczne Chiny z ich polityką przymusowych aborcyj, jasnym stałoby się, iż życie dzieci było wartościowane przez uzurpatorów jedynie pod kątem przydatności w realizacji celów państwa. Kolejny wyróżnik fałszywych bożków u władzy – poddani są dla nich przedmiotem, a nie podmiotem polityki. Człowiek – pozbawiony więzi z Bogiem, nieznający Boga – ma poświęcić wszystko, łącznie z własną tożsamością i poczuciem odrębności, w służbie państwa i idei. Lewica (być może) kocha ludzkość, ale ludzie mają być nawozem, na którym wyrośnie utopia Nowego Człowieka.

Przy okazji rozdziału poświęconego tragedii Rumunii warto wskazać jeszcze jeden, choć może mniejszej wagi, problem metodologiczny. Autorka w odniesieniu do powstania w grudniu 1989 roku używa określenia „rewolucja”. Jeżeli jednak zważyć, że komunizm to najskrajniejsza utopia, przeciwko komunizmowi protestować można tylko z prawa. Nie ma „antykomunistycznej rewolucji”, może być tylko Kontrrewolucja.

Podsumowując, człowiek rozumny jest zatem człowiekiem religijnym, a religijność, choćby najbardziej zdeformowana, jest immanentnym składnikiem natury ludzkiej. Religia musi mieć wymiar polityczny, nie ma bowiem takiej religii, której oddziaływanie ograniczałoby się do strefy świątynnej oraz życia prywatnego. Tym bardziej taką religią nie może być katolicyzm. Dążenie modernistów i ateistów do konsekwentnego rozdzielenia Kościoła i Państwa jest więc niemożliwe do realizacji, gdyż miejsce, z którego Bóg zostanie usunięty, musi paść łupem demonów, które zażądają dla siebie czci boskiej. Jedno jest pewne: w XXI wieku fałszywi bogowie nie zostali jeszcze odesłani na swoje miejsce w piekle.

Pani dr Monika Milewska znakomicie połączyła rygory pracy naukowej o charakterze interdyscyplinarnym z przystępnym językiem, co złożyło się na wyśmienitą xiążkę, nie tylko dla zainteresowanych historią idei, religioznawstwem, antropologią czy politologią. Można jedynie żałować, że Autorka nie publikuje częściej tak pasjonujących dzieł. Wciągającą lekturę uzupełnia doskonale dobrana ikonografia.

Monika Milewska, Bogowie u władzy. Od Aleksandra Wielkiego do Kim Dzong Ila. Antropologiczne studium mitów boskiego władcy, wyd. słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2012, str. 333.

www.terytoria.com.pl

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.