Jesteś tutaj: Publicystyka » Tomasz Wiśniewski » Duch pruski w obecnej Polsce

Duch pruski w obecnej Polsce

Tomasz Wiśniewski

Gdy Oswald Spengler pisał swój tekst „Duch pruski i socjalizm”, znał jeszcze z autopsji państwo pruskie, tę czołową siłę podtrzymującą Niemcy. Było ono najpotężniejszym z krajów związkowych, kilkadziesiąt lat wcześniej to właśnie Prusy doprowadziły do zjednoczenia Niemiec na swoich zasadach (czyli przez podbój). Spenglerowi mogło się wydawać, że dziejowy rozwój monarchii pruskiej musiał się zakończyć — byłaby to finalna faza wzrostu siły i ostateczne tej siły przeznaczenie. Warunki, w których rozwijały się Prusy, w których wykształciła się ich mentalność, prawo, instytucje, okazały się być tak twórczymi, że Prusy już jako niekwestionowana potęga nadały oblicze nowemu państwu niemieckiemu. Niemcy przyjęły te pruskie wartości i teraz miały walczyć o ich powszechne urzeczywistnienie, panowanie w szerokim świecie.

W swoim tekście Spengler rozwijał narrację na skalę międzynarodową, na same źródła „ducha pruskiego”, jego „socjalizmu” wskazując pobieżnie. Germańscy rycerze-zakonnicy, marchijscy osadnicy zmagający się z nieprzyjazną sobie (słowiańską) ludnością zamieszkującą tereny, które przyszli Prusacy mieli podbić mocą swoich przewag w rodzaju dyscypliny, poświęcenia czy obowiązkowości. Co powinno nas interesować, to ostateczne ufundowanie państwa pruskiego na dalekich kresach Niemiec, ziemiach skolonizowanych. Państwo to siłą rzeczy musiało w końcu oprzeć się na miejscowych zasobach ludzkich – w istocie, właściwie było strukturą germańsko-słowiańską.

Spójrzmy na mapę – w latach 1815-1918 (a nawet ‘45) Prusy zajmowały ogromną część dzisiejszego terytorium Polski. Z ziem historycznie należących do I Rzeczypospolitej były to tylko Pomorze i Wielkopolska, a cała reszta – Prusy właściwe („wschodnie”), Pomorze zachodnie i Śląsk, a także wschodnie skrawki Brandenburgii nazwane dziś Ziemią Lubuską – to ziemie par excellence pruskie, stanowiące podstawę bytu państwa pruskiego, przyznane Polsce dopiero w 1945 roku. Darujmy sobie szczegółową historię Prus, wystarczy nam stwierdzenie, że w momencie rozbiorów Rzeczypospolitej ziemie te znajdowały się w ich obrębie. Od wtedy do roku 1945 minął szmat czasu – błędem byłoby sądzić, że „dorobek” tych wieków nie odcisnął swojego piętna na tamtych terenach. Najbardziej widocznym jego śladem jest architektura, która w znacznej jednak części przetrwała zniszczenia czasów drugiej wojny światowej. Trzeba stwierdzić, że wręcz promienieje ona swoistym „duchem pruskim”. Nie chodzi oczywiście o jego bezpośredni wpływ na funkcjonowanie czy instytucjonalny kształt zamieszkujących tam społeczności. Budowle, o które nam chodzi: różne pałace, kościoły, kamienice, ratusze czy koszary, ta pełna reprezentacja dziewiętnastowiecznego neogotyku i nie tylko – są przecież wytworami tego ducha, a zarazem jego symbolami. Powstały w oparciu o jego wartości, miały istnieć dla zaspokajania potrzeb przepojonego nim społeczeństwa, a w końcu jasno go wyrażają, również w celu przekazywania dalej. Tym, co powoduje ich obecność, jest pewna obcość wyczuwana – choćby nieświadomie – przez Polaka rzuconego w wypełniony nimi krajobraz. Obcość ta jest wyczuwana tym mocniej, o ile istnieje świadomość historycznych różnic między kulturami materialnymi Polski właściwej i tych ziem. Jeśli się wie, jak wygląda Kraków czy Warszawa i z ich krajobrazem się utożsamia, to automatycznie wie się też, że Szczecin czy Wrocław są inne, obce, że nie jesteśmy w nich u siebie. To rzutuje na stosunek do tych ziem, na troskę, dbałość o ich zabytki czy funkcjonowanie. Działa to też w drugą stronę – osoba całe życie przebywająca w pruskim neogotyku podczas wycieczki w głąb kraju zostaje oszołomiona np. sarmackim barokiem; może nawet wydać się jej, że znalazła się za granicą! Tak powstałe dysonanse na pewno mają jakiś ukryty wpływ na spoistość społeczeństwa, jego atomizację i dezintegrację, narastanie kolejnych barier.

Wracając do naszej mapy historycznej: nie możemy nie zauważyć, że były obszar Prus pokrywa się z tzw. Polską A, a rozbioru rosyjskiego i Galicji – z tzw. Polską B. Potocznie podział ten jest wartościowany, rzekomo zokcydentalizowane terytoria postpruskie mają stać wyżej – np. gospodarczo czy technicznie – od reszty kraju. Faktycznie, przynajmniej w jednym aspekcie jest to jakąś prawdą – wystarczy rzut oka na rozłożenie linii kolejowych w Polsce. Bardzo zagęszczona na zachodzie, miejscami wręcz efemeryczna na wschodzie. PKP opiera się na infrastrukturze pozostałej z czasów minionych epok, a państwowość polska wniosła tu naprawdę mało. Oczywiście, można powiedzieć, że to żaden wskaźnik, że istnieją inne środki transportu i że dotąd nie było potrzeby zmiany kształtów zastanej sytuacji. Dobrze, ale tylko zwracamy uwagę na pewną proporcję. Wskazuje ona na brak „gospodarskich” działań ze strony kolejnych włodarzy rzeczonych ziem. W tzw. Polsce B struktury społeczne są bardziej zakorzenione, zżyte, świadome swojej wartości. Ludzie w dużej mierze mieszkają tam w stałych skupiskach od wieków, co wykształciło między nimi pewne więzi. Polska A tymczasem to teren zatomizowany społecznie, gdzie doświadczenia dziejowe pokiereszowały duchowy i kulturowy krajobraz, wyzuwając go z pierwotnych substancji ludzkich, a zapełniając nowymi. Jej ludność jest bardzo niejednorodna względem pochodzenia, została zesłana z wielu stron kraju, w znacznej części już do nas nie należących. W okresie minionych kilkudziesięciu lat programowo zamykana w blokach, stanowiła oczywisty cel inżynierii społecznej. Nie ma wykształconej świadomości wspólnoty i więzi z ziemią i jej historią. Tym łatwiej uległa zapadnickim, demoliberalnym prądom, które sama uznaje za wyraz postępu i swojej wyższości wobec bardziej zachowawczej reszty. Oczywiście, mówimy o tendencji dominującej w tych masach, a nie szczegółowo rozpatrywanej całości. Potwierdzają to np. wyniki wyborów. Ta nieukształtowana masa najczęściej porusza się między ostańcami pruskiej kultury i w naturalny sposób to ona, jako pierwsza zapamiętana, jako ta, której obraz jest znany od dzieciństwa, może stać się punktem odniesienia do postrzegania wszelkich innych kultur.

Można powiedzieć, że „duch pruski” jest dziś w Polsce obecny, i to w sposób zdecydowanie negatywny. Nie jest zły sam w sobie, ale wobec naszych braków jego przetrwanie, doskonale widoczne w krajobrazie tzw. Ziem Odzyskanych i nie tylko, pomimo ogromnych zniszczeń wojennych oraz kasaty samego państwa pruskiego (1947), stanowi tylko dowód na jego trwałość i doskonałość jako swoistego typu kulturowo-cywilizacyjnego. Dotychczas nic nie zostało zaproponowane na jego miejsce, w epoce ponowoczesnej prowadzenie świadomych działań kulturotwórczych jest absurdem, chociażby z powodu kompletnej pustki stanowiącej rdzeń tożsamości tej epoki. Duch pruski ma więc przed sobą jeszcze długą przyszłość, będzie świadczył o dawnej potędze martwego już państwa pruskiego i dezintegrował mentalną jedność struktur dziś zajmujących jego terytoria. Krzyżacy, Hohenzollernowie, hugenoci, hegliści i żołnierze Freikorpsów wystawili sobie pomniki trwalsze niż ze spiżu i póki co stoją one już długo po ich śmierci. Na razie nie widać nikogo, kto miałby możliwość ich zburzenia i postawienia swoich własnych, ale możemy się domyślać, kto to będzie i że znów nadejdzie z Zachodu.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.