Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Zamarłe echo prawieku

Zamarłe echo prawieku

Jacek Bartyzel

Miałem szczery zamiar nie odzywać się w ogóle, kiedy tylko usłyszałem wiadomość o targnięciu się na swoje życie przez Andrzeja Leppera. Stary i słuszny obyczaj nakazuje nam powściągliwość w mowie i piśmie, gdy o nieostygłym jeszcze nieboszczyku nie da się powiedzieć nic dobrego, tym bardziej, jeśli mamy do czynienia z podwójnym niejako – bo dotyczącym nie tylko bezpośredniej ofiary, lecz również jego rodziny (nie wiedziałem wcześniej nic o śmiertelnej chorobie jego syna) – nieszczęściem. Nieszczęściem, powtarzam, bo nie godzę się na tę potworną banalizację słowa tragedia, która stała się czymś nagminnym. Tragedia wymaga koniecznie wzniosłości, patosu oraz szlachetności osoby i charakteru. Klasyczna definicja tragedii mówi, że jest to śmierć lub upadek wielkiego człowieka, który pomimo szlachetności swojej duszy popadł w jakieś moralne zbłądzenie (hamartia), toteż musi ponieść jego konsekwencje.

Otóż właśnie: „wielkiego człowieka”! To powód, dla którego decyduję się złamać zasadę, bo niepodobna mi zdzierżyć tego festiwalu kłamstw, bredni i hipokryzji, który natychmiast urządziły żurnalistyczne kameleony, a za ich usłużnym pośrednictwem również powsinogi ze wszystkich chyba watah tej koczowniczej bandy, zwanej klasą polityczną. „Wielki człowiek”, „wybitny polityk”, ba, nieomal „mąż stanu” – to doprawdy jest nie do zniesienia, zwłaszcza jeżeli wspomni się, że te peany wznoszą często ci, którzy jeszcze niedawno suchej nitki na owej „wielkości” nie zostawiali. I wszystko to w jednym właściwie tylko celu: żeby sprostać gwałtownemu wzrostowi popytu mocodawców medialnych służalców na „męczenników kaczofaszyzmu”, bo kult jednej „męczennicy” Blidy nie może jakoś, mimo wysiłków „kanonizatorów”, przebić się powyżej zasięgu lokalnego. Rekord w tej dziedzinie ustanowił bez wątpienia red. Jacek Żakowski, który wciągając w tę grę, niczym kieszonkowy Mefisto, chętnego zresztą prof. Jerzego Osiatyńskiego, „wywiódł na jaśnię”, iż moralnym sprawcą śmierci Leppera jest… Andrzej Czuma. Warto przytoczyć ten wywód, bo mimo, a może raczej dzięki swej bełkotliwości, stanowi on małe arcydzieło podłości, utkane z niedopowiedzeń mających chronić przed odpowiedzialnością sądową, a jednak czytelne jak strzelenie w pysk. „ŻAKOWSKI: Jak do mnie ta informacja dotarła o jego tragicznej śmierci, to nie pomyślałem sobie o Andrzeju Lepperze, tylko pomyślałem o Andrzeju Czumie. Jak się czuje Andrzej Czuma, który zaproponował raport zaprzeczający istnieniu nacisków. (…) Zastanawiałem się jak dziś, jak teraz czuje się autor tej propozycji, jak jest ofiara [sic! – JB] śmiertelna. (…) Jak pan myśli, co poseł Czuma czuje teraz? OSIATYŃSKI: Trzeba by było być posłem Czumą. Ja nie chciałbym być w jego skórze teraz”.

Nikczemna insynuacja jako metoda ukrycia nikczemności – to właśnie powód, dla którego nie można jednak milczeć. Dość już także tego obrzydliwego procederu, który tak się u nas rozplenił (począwszy od Wałęsy), wznoszenia dla jakichkolwiek doraźnych korzyści pomników – choćby na jeden dzień – z materiału, którego powściągliwie nie nazwiemy po imieniu. Andrzej Lepper nie tylko, że nie był „wybitnym politykiem”, ale w ogóle nie był żadnym politykiem – jeśli chcemy zachować choćby cień związku ze szlachetnym, klasycznym sensem tego słowa, jako roztropnej służby dobru wspólnemu. Był natomiast na swój sposób wzorcową emanacją tego, co Nicolás Gómez Dávila nazywa „duszą plebejską”, a José Ortega y Gasset – „arystofobią” i „nienawiścią do lepszych” (odio a los mejores). Ten typ bez wątpienia jest odwieczny i powtarzalny w trudnej do ogarnięcia liczbie przedstawicieli gatunku ludzkiego, bo stanowi jedno z najbardziej dotkliwych następstw grzechu pierworodnego. Bogiem jego jest żołądek, wiarą przekonanie, że zawsze inni są winowajcami ich nieszczęść, nadzieją – rozkosz odwetu i grabieży, a miłością bezinteresowna nienawiść do każdego kłosa wyrastającego ponad łan. Ma on swoje niezliczone personifikacje w dziejach, jeśli tylko uda mu się, najczęściej w chwilach tego, co Szekspir nazywa (w Trojlusie i Kresydzie) zachwianiem „stopni kolejności”, wypłynąć na powierzchnię: homerycki Tersytes, ateński demagog Kleon, średniowieczna „żakeria”, „wojna chłopska” w XVI-wiecznych Niemczech, „czerń” idąca za kozacką rebelią w XVII-wiecznej Rzeczypospolitej, Jakub Szela, literacki Pankracy – to tylko przykładowe ich imiona i awatary. Tę czerń, jeśli tylko utraci (jak pisał Donoso Cortés) zdolność do bycia rządzoną, a podburzą ją tacy jak Lepper demagodzy, widzimy we wszystkich najpotworniejszych rewolucjach, od „zdobywania” Bastylii począwszy, poprzez „czerwone bluzy” proletariatu z Saint-Antoine (pod którymi całkiem zdurniały wówczas Mickiewicz dostrzegł tchnienie Ducha Świętego), który w czerwcu 1848 roku po wdarciu się do dzielnic arystokratycznych i burżuazyjnych wprowadził talony na kobiety (w Samoobronie było to prostsze, bo seksualne niewolnice same się prosiły), naszą rodzimą „rabację galicyjską”, kiedy „panów piłą rżnięto”, po bolszewicką i wszystkie inne, jakie po niej nastąpiły. Hałastra, którą zgromadził wokół siebie Lepper, nie miała, dzięki Bogu, okazji mordować, palić i rabować, musząc zadowolić swoje instynkty wywożeniem na taczkach, pobiciami i zniewagami, ale nie mam żadnej wątpliwości, że w innych okolicznościach byłaby zdolna do tego wszystkiego, co sankiuloci czy bolszewicy.

Chcecie więc prawdy o Lepperze i jego Samoobronie – czytajcie szekspirowskiego Koriolana, a zwłaszcza te wersy, którymi przemawiają „języki w gębie plebsu”, zawistni trybuni ludowi. Chcecie analizy naukowej – znajdziecie ją w klasycznych dziełach socjologów i psychologów, jak Psychologia tłumu i Psychologia socjalizmu Gustave’a Le Bona, Opinia i tłum Gabriele’a Tarde’a, Tłum zbrodniczy Scipio Sighele’ego czy Tłum i jego przewódcy oraz Echa prawieku naszego Jana Karola Kochanowskiego. To, jak mówi ten ostatni, wcielenie psychicznego typu gromadowca, w którym stadno-zwierzęca powłoka cielesna prawie całkowicie pokrywa i tłumi duchowe pierwiastki duszy; w którym odzywa się – jako „echo prawieku” – odwieczny zew hordy plemiennej, zazwyczaj (w epokach kulturalnego postępu, czynionego przez „indywidualistów”, typy arystokratyczne) biernego i zdolnego najwyżej do konsumpcji, ale w czasach kryzysów i zaburzeń przechodzącego w stan impulsywnego wrzenia, które – jeśli nie powstrzymane w porę – wybucha szałem orgiastycznego zniszczenia, a prowadzić może nawet do rebarbaryzacji. Rzeczą polityka – tym bardziej takiego, który chce zasłużyć na imię męża stanu – jest okiełznać ten tłum i nagiąć jego wyzwoloną energię do celów wyższych. Kto czyni przeciwnie – rozdmuchuje te rozbudzone już instynkty i podburza tłum do przemocy – ten nie jest żadnym politykiem, lecz demagogiem i wrogiem publicznym. Hańbą III Rzeczypospolitej (a największą prawdziwą winą Jarosława Kaczyńskiego) było, że ten kandydat na Pankracego mógł w ogóle wejść do „pałacu władzy” – ale to także przecież nieuleczalna wada każdej demokracji, która znosi podział na „wyższe” i „niższe”, i która w swojej istocie jest „nienawiścią do lepszych”.

Żałoba najbliższych, osieroconych, współczucie dla nich i modlitwa upraszająca Boskiego zmiłowania dla nieszczęśnika, to rzeczy oczywiste i obowiązek chrześcijański. Lecz wszelka apoteoza szkodnika w wymiarze publicznym jest skandalicznie niedopuszczalna. Najlepsze, co moglibyśmy zrobić, to jak najszybciej pozwolić zniknąć mu w najbardziej wstydliwych zakamarkach biegu zdarzeń.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.