Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Elity prawicy – trzeba chcieć je dostrzec

Elity prawicy – trzeba chcieć je dostrzec

Jacek Bartyzel

W swojej replice „ideologom PiS” („Dziennik”, 12 IX 2006, nr 123) prof. Marcin Król, zdegustowany poczuciem marnowania swojego cennego czasu na „pisanie w próżnię”, czyli przedstawianie rzeczowych argumentów „demagogom”, takim jak prof. Ryszard Legutko, w swojej łaskawej cierpliwości zdobywa się jednak na wytłumaczenie pospólstwu kto należy, a kto nie należy – i z natury rzeczy należeć nie może – do intelektualnej elity (czyli, jak z dużym wyczuciem semantycznym dopowiada – do „międzynarodówki intelektualnej”). Zasadniczo M. Król delektuje się zrobionym przez siebie odkryciem, że to PiS nie ma elit, co – nawet gdyby było prawdą – dla mnie, bezpartyjnego, byłoby rzeczą dość obojętną. Jednak autor i w tytule (Gdzie te elity prawicy?), i w treści swojej filipiki sugeruje, że elit w ogóle nie ma na prawicy, która jest przecież kategorią znacznie szerszą i trwalszą niż jakakolwiek formacja partyjna.

Zastosowana przez prof. Króla metoda dowodzenia swojej tezy jest osobliwa – lecz tylko w sensie heurystycznym, bo poza tym nie nowa i prosta jak cep. Sprowadza się ona do nieskomplikowanego sylogizmu o następującym ciągu: każdy prawdziwy intelektualista jest na lewicy, albo przynajmniej został uznany za godnego tego, by mieżdunarodnaja elita zechciała z nim dyskutować. Ergo: na prawicy nie ma żadnej elity ani żadnego intelektualisty. Ergo: prawica nienawidzi elit i wspiera antyintelektualne tendencje.

Pewien kłopot sprawia autorowi owego odkrycia jedynie obecność kilku wymienionych z nazwiska intelektualistów sympatyzujących z prawicą. Niewygodę tę atoli usuwa bezceremonialnie i w sposób mało wyszukany. Rafała Ziemkiewicza zbywa wspomnieniem niestałości jego poglądów (ja z kolei pamiętam Króla – konserwatystę, ale to już rzeczywiście prehistoria), a rzadkiej subtelności eseista Paweł Lisicki nie zasłużył nawet na podanie powodów zlekceważenia go. Jednak największe szanse przejścia do annałów erystycznej uczciwości i dobrego smaku ma rozwiązanie problemu „filozofa Legutki”, którego dzieła filozoficzne – jak się dowiadujemy – „pozostają nieznane, bo ich nie napisał”. Po przeczytaniu tegoż zerknąłem do stopki pod artykułem informującej, że Marcin Król jest filozofem i historykiem idei. Usiłowałem przypomnieć sobie jakież to dzieła filozoficzne sensu proprio napisał „filozof Król”? Niestety, znalazłem tylko prace z historii idei bądź książki publicystyczne.

Inne argumenty prof. Króla bywają wprost rozczulająco zabawne, jak na przykład uznanie za wzór dobrego przygotowania do rządów elity systemu kształcenia w francuskiej ENA. Jak widać, nie jest mu znany ani fakt powszechnej we Francji krytyki tego skostniałego systemu, ani to, że właśnie rządom „enarchów” Francja zawdzięcza swoje beznadziejne zakrzepnięcie w niewydolnym, socjal-etatystycznym ustroju. Jedno tylko się zgadza: wychowankowie tej uczelni ze wszystkich partii establishmentu rzeczywiście „mówią do siebie tym samym językiem”. Zaiste, wielkie osiągnięcie – w falansterze lub w mrowisku. Co się zaś tyczy równie pod niebiosa wynoszonych, elitarnych uczelni amerykańskich, to słynne ongiś wyznanie Williama F. Buckley’a, że wolałby być rządzony przez 50 ludzi z książki telefonicznej Bostonu niż przez 50 profesorów z Harvardu, usprawiedliwia w zupełności poniższa statystyka rozkładu głosów w wyborach prezydenckich bodaj jeszcze z 1948 roku: na kandydata partii komunistycznej w skali całego kraju głosowało 2 procent wyborców; w skali wszystkich wyższych uczelni – 15 procent; a na sześciu uczelniach zaliczanych do Ivy League – 48 procent! Jeżeli zaś prawdą jest, że Unia Europejska rozważa utworzenie kilkunastu specjalnych uczelni tego rodzaju, co Harvard i ENA, to przeciwnicy UE powinni zacierać ręce z radości, bo tak wykształceni absolwenci niechybnie utopią całą „konstrukcję europejską” w powodzi biurokratycznego bizantynizmu.

Ilekroć czytam tego rodzaju wypowiedzi, co M. Króla (a jest to naprawdę jeden tylko z trudnych do zliczenia przykładów), to zastanawiam się czy twierdzenia o nieistnieniu prawicowych elit wypływają ze świadomie złej woli, czy też są one objawem jakiegoś defektu intelektualnego raczej niż moralnego, choćby umysłowego lenistwa czy braku spostrzegawczości. Za pierwszym poglądem przemawiać może nagminny proceder bezczelnego hucpiarstwa, z jakim do grona intelektualistów zalicza się nawet, powiedzmy, kierowcę ciężarówki czy szansonistkę, jeśli tylko podpiszą się oni pod jakimś „słusznym” listem, wspólnie z „Jedlickimi, Szackimi, Walickimi czy Geremkami” (przepraszam wspomniane osoby za ten PRL-owski obyczaj wymieniania nazwisk oponentów w liczbie mnogiej, ale wiernie naśladuję elegancki styl prof. Króla). Mimo wszystko, przychylam się jednak raczej do drugiej odpowiedzi, ponieważ w negowaniu istnienia prawicowych intelektualistów postrzegam nawet coś więcej niż zwykłe roztargnienie, lecz fundamentalny błąd filozoficzny: pomylenia rzeczywistości realnie istniejącej z subiektywnymi jej wyobrażeniami oraz niezdolność do dostrzeżenia wszystkich idei faktycznie wyartykułowanych, poza przesłoną zbudowaną z idei „panujących” w danym czasie i miejscu, idei mainstream’owych, czyli, z przeproszeniem, międlonych w kółko przez tę samą grupkę „międzynarodówki intelektualnej”, przed którą bije czołem filozof Król. Możliwości są zatem dwie: albo myśliciele, pisarze, artyści prawicy są nieobecni w zdominowanym przez lewicę dyskursie publicznym, przemilczani w „opiniotwórczych” mediach, dlatego, że mamy do czynienia z pospolicie nieuczciwym zwalczaniem konkurencji, albo zachodzi właśnie wspomniana wyżej niezdolność natury umysłowej. Przyznam, że wybieram drugą ewentualność także, a nawet głównie dlatego, że zawsze wzdrygam się przed oskarżaniem przeciwnika o zwykle łajdactwo, nawet wówczas, gdy zachodzi uzasadnione ku temu podejrzenie.

Marcin Król pisze, że nie chce mu się już polemizować z przeciwnikami, z którymi nie ma o czym rozmawiać, pragnie tylko ostrzec czytelników przed skutkami myślenia „zamkniętego”. Mój cel nie jest tak wzniośle spolegliwy, chcę bowiem jedynie podać czytelnikom kilka najbardziej wymownych dowodów na istnienie prawicowej elity, której dostrzec nie potrafi prof. Król, a wraz z nim ci wszyscy, którzy nie wiedzą o ważnych książkach napisanych przez prawicowych intelektualistów, o instytutach, seminariach i ośrodkach studyjnych prawicy, o poważnych periodykach konserwatywnych i okołokonserwatywnych, z których przynajmniej niektóre, przy odrobinie wysiłku, można znaleźć choćby w salonach EMPiK-u.

Zacznijmy od – uprawiającej na najwyższym światowym poziomie realistyczną metafizykę i inne dyscypliny – Lubelskiej Szkoły Filozoficznej, na czele z o. Mieczysławem A. Krąpcem. Czyżby elity intelektualnej nie tworzyli pomysłodawcy i współautorzy tak bezprecedensowego dzieła jak Powszechna Encyklopedia Filozofii (także w wersji anglojęzycznej): ks. Andrzej Maryniarczyk, s. Zofia Zdybicka, Henryk Kiereś, Piotr Jaroszyński i inni? A jest przecież jeszcze drugi ośrodek refleksji w duchu tomizmu egzystencjalnego, z Mieczysławem Gogaczem na czele, którego uczniowie: Paweł Milcarek, Artur Andrzejuk, Tomasz Glanz założyli najpoważniejsze pismo broniące łacińskiej tradycji liturgicznej i dogmatycznej – „Christianitas”.

Opinię prof. Króla na temat prof. Legutki już mamy (nie)przyjemność znać. Czy równie pogardliwie oceniłby dokonania innych intelektualistów związanych z krakowskim Ośrodkiem Myśli Politycznej: Bogdana Szlachty, Miłowita Kunińskiego, Pawła Kłoczowskiego, Arkadego Rzegockiego, Dariusza Karłowicza, Marka A. Cichockiego? W tym samym Krakowie, wstęp do elity wzbroniony mają redaktorzy i autorzy „Arcanów”: Andrzej Nowak, Andrzej Waśko, Maciej Urbanowski, Elżbieta Morawiec?

Intelektualistą prawicy nie jest-że Adam Wielomski, autor erudycyjnych studiów o tradycjonalistach francuskich czy hiszpańskich, których w znacznej części – jak podejrzewam – prof. Król nie zna nawet z imienia? Nie są nimi inni historycy idei, ogarniający i odkopujący z zapomnienia coraz to nowe lądy myśli, polskiej i obcej, zakazanej w PRL a ignorowanej w III RP: Bogumił Grott, Ryszard Polak, Rafał Łętocha, Wojciech Muszyński, Grzegorz Kucharczyk, Paweł Skibiński, Nikodem Bończa – Tomaszewski?

Jeżeli odrzucamy przesąd, że intelektualistami mogą być wyłącznie posiadacze stopni i tytułów akademickich, to lewica może tylko pomarzyć o zaliczeniu do swoich szeregów takiego umysłu jak Tomasz Gabiś i szczycić się posiadaniem takiego periodyku jak (niewychodzący już, niestety) „Stańczyk”, którego autorami byli także Andrzej Maśnica, Artur Ławniczak czy Ryszard Mozgol. O niemałym zastępie inteligentnych publicystów prasy lżejszego kalibru nie będę już wspominał; spytam jedynie czy w literaturze pięknej nie zaistniały wiersze i dramaty Bohdana Urbankowskiego, Pawła Lisickiego, Krzysztofa Koehlera, Wojciecha Wencla, albo powieści Janusza Krasińskiego czy Andrzeja Horubały? Czekam, aż prof. Król podejmie się dowieść artystycznej i intelektualnej wyższości nad nimi „powieści dresiarskiej”.

Dokładnie tak samo wygląda obraz myśli i literatury światowej prezentowany w mediach mainstreamu, z których co i rusz dowiadujemy się, że Slavoj Žižek czy Fernando Savater są nie tylko „wybitni”, ale wręcz „najwybitniejsi” w swoich krajach, zaś poza kręgiem wyznających podobne poglądy przedstawicieli „międzynarodówki intelektualnej” rozciąga się najpewniej umysłowa pustynia. Bardzo wymowny jest w tym względzie następujący przykład. Każdy aspirant do elity intelektualnej, której zamkniętą listę sporządzają intelektualni sojusznicy prof. Króla, obudzony w środku snu z pewnością bez zająknięcia odpowie na pytanie, kto jest największym pisarzem kolumbijskim: Gabriel García Márquez. Podejrzewam jednak, że tylko ułamek promila wielbicieli autora Stu lat samotności potrafiłby zidentyfikować obiekt jego wyznania: „Gdybym nie był komunistą, chciałbym pisać tak jak Nicolás Gómez Dávila”.

Przedstawianie w tym miejscu najbardziej zwięzłej choćby listy nieznanych u nas prawicowych intelektualistów jest bezcelowe, bo musiałaby ona zająć przynajmniej jedną kolumnę gazety. Wystarczy wspomnieć choćby kilka nazwisk tych autorów, którzy mimo wszystko zostali u nas przetłumaczeni i wydani, więc można by oczekiwać, że znajdą należne sobie miejsce jako przedmiot recenzji, debat, miażdżących krytyk nawet. Tymczasem, tylko w ciągu ostatnich miesięcy wyszły w Polsce aż trzy powieści (Obóz świętych, Pierścień Rybaka, Sire) Jeana Raspaila – i co? Gdzie są ich recenzje, zwykłe informacje wydawnicze chociażby? Czy dlatego ich nie ma, że autor to tradycyjny katolik i rojalista? Ale przecież na przykład obiektywistka Ayn Rand była wojującą ateistką, a jednak jej powieści, w tym najpopularniejsza po Biblii książka w Stanach Zjednoczonych – Atlas zbuntowany, też przeszły bez echa. Czy dlatego z kolei, że nie wolno poważnie traktować apologii kapitalizmu? W ostatnich latach wyszły w Polsce dzieła takich, między innymi, wirtuozów różnych – bardzo różnych, podkreślam! – myśli prawicowej, jak Gustave Thibon, Russell Kirk, Plinio Corrêa de Oliveira, Julius Evola, Murray N. Rothbard. I nic – wielkie milczenie jest o nich.

Marcin Król ogłasza, że z „ideologami PiS” rozmawiać nie będzie, bo nie są oni zdolni do uprawiania „konkretnej polemiki”. Pozwolę sobie stwierdzić, że dyskusja z Królem na temat istnienia czy nieistnienia elit prawicy byłaby możliwa dopiero wówczas, gdyby zaczął on w ogóle dostrzegać kogokolwiek spoza swojej intelektualnej „międzynarodówki” – i cokolwiek spoza jej kręgu czytać. Obawiam się jednak, że tego nawet „nie chce chcieć”.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.