Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Endecja — stronnictwo niezasłużonej renomy

Endecja — stronnictwo niezasłużonej renomy

Adam Danek

Polscy prawicowcy, którzy – co niewątpliwie zasługuje na pochwałę – wolą odwoływać się do rodzimych tradycji politycznych niż do cudzoziemskich, ze szczególnym upodobaniem sięgają po spuściznę endecji. Najczęściej okazują przy tym daleko idącą niechęć tradycjom konkurencyjnym wobec endeckiej (i nie mam tu na myśli lewicy socjalistycznej czy ludowej, ani pseudo-prawicy w rodzaju chadecji lub Piasta, lecz np. tzw. konserwatystów państwowych). Nierzadko po prostu redukują całokształt historii politycznej II RP do walki dobrego obozu narodowego z wstrętnymi ich zdaniem piłsudczykami. W oczach głosicieli tego typu poglądów Dmowski – którego kult bynajmniej nie ustępuje przesadą kultowi Marszałka – i jego pretorianie zawsze mieli rację w każdej materii; niezależnie od niuansów i zmian wewnątrz samego obozu narodowego posiadali monopol na prawdziwy patriotyzm i polityczną mądrość, zaś wszelkie inne ruchy były albo jawnie antypolskie, albo przynajmniej budzą takie podejrzenia. Paradygmat apologetów endecji uderza apodyktycznością, jednak stanowi on logiczny wniosek wyprowadzony z dwóch założeń, obu fałszywych. Pierwszy błąd polega na utożsamieniu obozu narodowego z narodem jako takim, na mierzeniu polskości rozmaitych postaci stopniem ich poparcia czy też sympatii dla jednej z licznie w ówczesnej Polsce rozplenionych partii (prawda, że największej, ale jednak tylko partii). Drugi natomiast – na traktowaniu obozu narodowego jako monolitu, na wszystkich płaszczyznach i etapach jego działalności, co prowadzi do szkodliwego pomieszania pojęć.

Po pierwsze i najważniejsze, termin „endecja/narodowa demokracja” nie stanowi synonimu dla pojęcia „obóz narodowy”. Ta druga nazwa posiada znacznie szersze znaczenie, ponieważ odnosi się do kilku pokoleń myślicieli i działaczy politycznych, zróżnicowanych ideowo oraz zrzeszonych w wielu ruchach, które łączyło utożsamianie się z polskim nacjonalizmem. Narodowa demokracja oznacza zaś początkowe ideowo-polityczne oblicze obozu narodowego, stworzone przez najstarsze jego pokolenie, a także myśl tych przedstawicieli pokoleń następnych, którzy je kontynuowali. Krótko mówiąc, nie każdy narodowiec był endekiem. A co do endeków, warto nieco oświetlić ich ideologię gwoli wyjaśnienia, do czego właściwie z taką pasją odwołują się dzisiejsi prawicowcy.

Doktryna narodowo-demokratyczna formowała się od lat dziewięćdziesiątych XIX wieku do końca pierwszej dekady wieku XX, na tej samej pożywce intelektualnej, z której czerpały inne nowoczesne ruchy nacjonalistyczne, to jest z przyziemnie materialistycznych nurtów pozytywizmu, thainizmu oraz darwinizmu społecznego. Na takim gruncie wyrosła wizja świata złożonego z narodów pogrążonych w ciągłej wzajemnej walce o biologiczne przetrwanie, zwiększenie zasobów ekonomicznych i terytorialnych oraz umocnienie polityczno-militarnej siły względem rywali. Nie istnieją żadne reguły tej walki poza empirycznie uchwytnym, bieżącym interesem – rządzi nią wyłącznie zasada, którą znany materialista innego (internacjonalistycznego) typu sprowadził do pytania „Kto kogo?” Kto moralizuje lub pozwala sobie na skrupuły, musi ulec bardziej bezwzględnym (w pismach z tamtego kresu Dmowski stwierdza, że nie dziwi się próbom brutalnej germanizacji Polaków, bo na miejscu Niemców każdy inny naród postąpiłby identycznie – egzekwował własny interes). Aby nie zginąć w tej walce, naród polski powinien wyzwolić się z romantyczno-uniwersalistycznych mrzonek tudzież krępującej zachowawczości, a za cel postawić sobie budowę materialnej potęgi na wzór nacji Europy Zachodniej. Czyni to koniecznym radykalne unowocześnienie polskiej mentalności, struktury społecznej, a także obyczajów i nawyków organizacyjnych. Do zasadniczych elementów unowocześnienia należy m.in. laicyzacja życia narodowego: Polacy mają się kierować na to, co osiągalne tu i teraz, zamiast doszukiwać się jakichś zasad ponad doczesnością, trwoniąc siły i marnując okazje w pogoni za tym, co nieuchwytne (najgłośniejsze rozwinięcie tej myśli zawiera broszura „Egoizm narodowy wobec etyki” autorstwa jednego z ojców-założycieli endecji, masona Zygmunta Balickiego). Stojące w poprzek tego trendu historyczne elity, zwłaszcza ziemiańskie i duchowne, muszą odejść na śmietnik historii. Naród nie jest ciągiem pokoleń połączonych przekazem tradycji, o jakim francuski nacjonalista Maurycy Barrès (1862-1923) pisał: „Naród to wspólne posiadanie starożytnego cmentarza i chęć zatrzymania go niepodzielnym”. Nie, naród to zbiorowość etniczna o trwałych aspiracjach do zostania kolektywem politycznym, czerpiąca ich legitymację ze świadomości bycia tą zbiorowością. Oto koncepcja narodu zrealizowana w 1789 r. – roku, który w prawicowej filozofii pełni rolę niezwykle ważnego archetypu. Negatywnego.

Nowoczesna, rewolucyjna koncepcja narodu implikuje m.in. traktowanie państwa wyłącznie jako jego emanacji, a co za tym idzie, reżim demokratyczny (jeśli sprowadzić naród ze społeczności organicznej do mechanicznego kolektywu – masy zglajchszaltowanych, anonimowych „jednostek” połączonych co najwyżej wspólnym pochodzeniem i językiem – egalitarna demokracja sama nasuwa się na jego formę polityczną). Endecja, co wielu – hołdując aktualnemu Zeitgeistowi, poczytuje jej za zasługę – krzewiła w Polsce parlamentaryzm, powszechność praw wyborczych oraz monopol partii na udział w życiu politycznym (czołowym zarzutem, jaki w swych „Myślach nowoczesnego Polaka” wytacza Dmowski przeciw konserwatystom ma być ich antydemokratyzm). W tej perspektywie powszechne na lewicy oskarżanie narodowej demokracji o wrogość do demokracji sprawia dość pocieszne wrażenie. Tym bardziej, że endecy z zachodniej demokracji czerpali nie tylko koncepcje ustrojowe, ale i ducha: stylu uprawiania polityki obejmujący z jednej strony przeznaczone dla gawiedzi rozwrzeszczane uliczne wiece i manifestacje, z drugiej zaś zakulisowe międzypartyjne targi w kuluarach Sejmu. I to do tego stopnia, że zręczność w parlamentarnym intrygowaniu stała się w II RP znana jako „grabszczyzna”, od nazwiska endeckiego lidera Stanisława Grabskiego. Jak wszystkie ugrupowania uznające liberalną demokrację, w kwestii tzw. wartościowań absolutnych zajmowała endecja stanowisko kompromisowe, czyli de facto je odrzucała. Przypomnijmy mało znany fakt: kiedy w 1925 r. część działaczy endeckiej Młodzieży Wszechpolskiej wnioskowała o potwierdzenie w dokumentach organizacji jej chrześcijańskiego charakteru, ich inicjatywa wywołała burzę i została szeroko oprotestowana („Toteż nacjonalista równie dobrze może być ateistą, panteistą i prawowiernym katolikiem” – oporował pierwszy prezes MW Jan Rembieliński); ostatecznie katolicyzm został zaakceptowany w zapisach, lecz jedynie jako „religia ogromnej większości Narodu Polskiego” – z przyczyn, można by rzec, demokratycznych. Ci, którzy dzisiaj potępiają (bądź chwalą) endecję za jej rzekomy fanatyzm (religijny, moralny) i antyliberalizm (filozoficzny, polityczny) zazwyczaj nie wiedzą, iż relatywizmu i liberalizmu było w jej obrębie niewiele mniej, niż w programach jej konkurentów.

Nacjonalizm narodowej demokracji cechuje się więc demokratyzmem w formie życia politycznego i relatywizmem aksjologicznym w jego treści. Sprawić, by narodowcy odeszli od tej niezbyt prawicowej formuły mógł chyba tylko wstrząs zdolny kompletnie zburzyć ich dotychczasowy styl myślenia o państwie, narodzie, polityce etc. I wstrząs nadszedł w postaci zamachu majowego. W łonie obozu narodowego rozpoczęła się rywalizacja zwolenników (nie)porządku liberalno-demokratycznego, czyli endeków właśnie, z tzw. młodoendekami, których nazwa jest o tyle myląca, że z drugą częścią akronimu „endecja” nie mieli już nic wspólnego. Owa walka o pryncypia znalazła wyraz w działalności Obozu Wielkiej Polski (1926-1933) – ponadpartyjnego ruchu głoszącego zasadę autorytetu i hierarchii w miejsce demokracji, zasadę „akcji bezpośredniej” w miejsce metod parlamentarnych oraz szybko ewoluującego w kierunku integralnego katolicyzmu. Wewnętrzna szamotanina skończyła się w 1934 r. w sposób nietrudny do przewidzenia – rozłamem, i to podwójnym. Z jednej strony z ówczesnego Stronnictwa Narodowego wyłamał się Związek Młodych Narodowców (później Ruch Narodowo-Państwowy), który poparł rodzącą się nową konstytucję i panujący w Polsce ład autorytarny, natomiast postawił sobie za cel nasycić rządzące środowisko pierwiastkami nacjonalistycznymi (co stało się faktem z chwilą uformowania się przezeń w 1937 r. w Obóz Zjednoczenia Narodowego). Z drugiej jego szeregi z hukiem opuścił dawny warszawski Oddział Akademicki OWP, tworząc Obóz Narodowo-Radykalny, za swoją ideę przewodnią uznający najpierw uniwersalizm katolicki, a dopiero po nim narodowy radykalizm. Te skrajne odłamy ruchu narodowego dokonały ostatecznego przejścia z pozycji narodowo-katolickich na katolicko-narodowe (według rozróżnienia prof. Bogumiła Grotta). Tą samą drogą, choć wolniej, podążało i umiarkowane Stronnictwo Narodowe, wszelako demoliberalne skrzydło endeckie (tzw. grupa profesorska) funkcjonowało w nim aż do tragicznego końca II RP.

Rekapitulując, powinienem wreszcie wyjaśnić tytuł niniejszego artykułu. Otóż zarówno dobra, jak i zła sława endecji jawi mi się jako niezasłużona. Niezasłużone komplementy wypowiadają o niej ci, którzy widzą w wyznawcach świeckiej, przyziemnej doktryny nacjonalistycznej bastion wiary, tradycji i opartego o nią porządku społeczno-politycznego. Podobnie ci, którzy oskarżają ją o fanatyzm religijny czy antydemokratyzm. Nawiasem mówiąc, choć ze stawianiem analogii między realiami współczesnymi a historycznymi trzeba bardzo uważać, wszystko to nieodparcie przypomina mi dzisiejsze opinie na temat Prawa i Sprawiedliwości, które porównywane bywa raczej do sanacji, niż do partii narodowo-demokratycznej. Nic w tym zresztą dziwnego – wbrew potocznemu mniemaniu piłsudczyków i narodowców łączyły liczne podobieństwa. Jedni i drudzy kładli w II RP podwaliny demokracji, parlamentaryzmu i systemu partyjnego, z tym, że o ile obóz belwederski stał początkowo na pozycjach jawnie lewicowych, o tyle endecy grali rolę parlamentarnej prawicy i za taką też się uważali, choć ich prawicowość pod wieloma względami była mocno życzeniowa. Zaznawszy dobrodziejstw stworzonego przez siebie ustroju, sanacja i obóz narodowy zaczęły go zdecydowanie kontestować, biorąc w drugiej połowie lat dwudziestych ostry zakręt w prawo (odpowiednio BBWR i OWP). W latach trzydziestych ostatecznie utwierdziły się na prawicy (OZN i ONR), choć w obu pozostały demoliberalne naleciałości („naprawiacze” — lewica legionowa u piłsudczyków, skrzydło profesorskie u narodowców). Endecja stanowiła tylko jeden etap w historii obozu narodowego i nie należy jej z nim mylić. W partyjno-medialno-biznesowym bagnie Republiki Okrągłego Stołu, nieprzyjemnie podobnym do republiki konstytucji marcowej, godna wydobycia z niepamięci i rozwijania wydaje mi się nie spuścizna endeckich filistrów, lecz ich nonkonformistycznych sukcesorów.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.