Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Europejskie ostatki

Europejskie ostatki

Jacek Bartyzel

Onegdaj doszło do znamiennego sporu pomiędzy dwoma wybitnymi konserwatystami amerykańskimi: Peterem Viereckiem i Russellem Kirkiem. Viereck, myśliciel poważny, ale nazbyt skłonny do wsłuchiwania się w znaki liberalnego Weltgeista, utrzymywał, iż dobrą konstytucję można napisać w jedną noc. Kirk — konserwatysta „z gotycką głową”, zupełnie nie-oświecony — ripostował pytaniem: gdzie są te konstytucje, które w tylu miejscach witano ongiś z nabożną czcią, a dzisiaj nikt o nich nie pamięta?

W sporze tym rację miał oczywiście Kirk, który rozumiał, że prawdziwa konstytucja to nie świstek (zazwyczaj zmultiplikowany w gigantycznym tonażu makulatury) papieru, którym po niedługim czasie interesują się jedynie myszy, ale zapisany w duszach ludzkich oraz w obyczajach i instytucjach ustrój narodu, będący tym samym, co konstytucja ludzkiego organizmu, który swoje zdrowie zawdzięcza harmonijnemu podziałowi funkcji poszczególnych członków.

Prawda ta potwierdza się po raz kolejny teraz, kiedy przyglądamy się żałosnej tragifarsie pod tytułem Konstytucja Europejska, której kolejny akt odgrywany jest właśnie na brukselskiej scenie. W tym różnojęzycznym ensemblu nas interesuje oczywiście najbardziej, plączący się między nogami głównych gwiazdorów i w tłumie innych komparsów, chórek z Polski pod batutą Parteigenosse Millera, rozpaczliwie usiłujący przedrzeć się nieco bliżej w stronę proscenium pod błazeńskim transparentem z napisem Nicea, albo śmierć! — zresztą litościwie podrzuconym przez niewiele mądrzejszą opozycję.

Już nasze podejrzenia stwierdzone dowodem — pisał poeta. Dobrze pamiętamy, jak wyśmiewano i piętnowano tych zuchwalców, którzy mieli czelność wątpić w wiekopomną „wiktorię kopenhaską” i nie wykazywali także dostatecznego entuzjazmu dla wspaniałego rezultatu osiagniętego w Nicei. Teraz okazuje się, co warte są wszelkie ustalenia i zapisy. Jak zawsze, i dzisiaj liczy się tylko rzeczywista siła, realny potencjał, a gracz, który zasiada do stolika z marnymi blotkami, i który wierzy — albo udaje, że wierzy — w papierowe deklaracje, nie zasługuje nawet na miano szulera, a tylko idioty. I nic nie pomoże mu nawet zgrywanie się na obrońcę „tradycji judeochrześcijańskiej” — bo któż by zresztą uwierzył, że wnuczęta Aurory naprawdę staną na tych ordynansach.

To, o czym dzisiaj na brukselskich salonach mówi się otwarcie: że realnie zintegrowana politycznie Europa może być tylko kondominium niemiecko-francuskim (wzmocnionym przez wciśnięte między Francję i Niemcy kraje Beneluxu i ewentualnie Włochy), a cała reszta to tylko rezerwuar siły roboczej, surowców i rynek zbytu, było przecież oczywiste, kto w elementarnym stopniu zna geografię, historię, politykę i ekonomię. „Jedność europejska” potrzebna była tym dwu największym narodom kontynentu, aby zakończyć trwającą 500 lat rywalizację o panowanie, której żadna ze stron nie mogła rozstrzygnąć na swoją korzyść. Francuzi i Niemcy zrozumieli to ostatecznie po 1945 r., i ich dążenia są najzupełniej zrozumiałe, bo zgodne z ich interesami narodowymi. Ich Unia to przecież franko-germańska Europa Karla der Grösse/Charlemagne`a; to przezwyciężenie po 1150 latach traktatu z Verdun, scalające na powrót państwa Franków Zachodnich, Franków Wschodnich i środkowy pas władztwa cesarza Lotara od mokradeł Fryzji po Apeniny. Ale my byliśmy i jesteśmy poza tą Europą. Jesteśmy nawet poza limesem cywilizacji rzymskiej, który kończył się na Vindobonie. Gdyby nasi „statyści” naprawdę poważnie myśleli, w długofalowej perspektywie, o prawdziwie organicznej jedności europejskiej, to nie zaprzepaściliby tak łatwo, tak lekką ręką, próby politycznego zorganizowania naszej bliższej Europy, odbudowania tego (wschodniego) „drugiego płuca” Europy, o którym tak sugestywnie przypominał nam — rzekomo słuchany — Ojciec Święty, a którego aortami są Wisła, Niemen, Dniepr, Dunaj i Cisa. Naprzeciw Europy Karolingów, czy też pojednanych Burbonów i Habsburgów — Europa Jagiellonów! Jakże inaczej wyglądały wtedy rozmowy o parytetach i miejscach, o wspólnej europejskiej polityce zagranicznej, a także o „wartościach”, jakie mają być zapisane w konstytucji. Lecz na to trzeba by mieć klasę polityczną, która rozumie historię i przeznaczenie, która dziedziczy trudną wiedzę o sztuce rządzenia od swoich przedków, a nie demokratycznych nuworyszów, zdolnych odczytywać jedynie wyniki sondaży. Ci nasi współcześni towarzysze Kleoni potrafią tylko pocić się z podniecenia na myśl o wyimaginowanych funduszach i dopłatach, a przede wszystkim o posadach dla siebie. Teraz z przerażeniem odkryli, że tych synekur może być mniej niż się spodziewali. Nie zauważyli tylko tego, że przy okazji przeszachrowali Polskę.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.