Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Fantomowa prawica V Republiki

Fantomowa prawica V Republiki

Adrian Nikiel

Xiążka pana dra hab. Aleksandra Halla ukazała się w 2009 r., lecz trudno doszukać się wzmianek o niej w mediach związanych z prawicą. Warto jednak po nią sięgnąć, czytana obok klasycznego dzieła Renata Rémonda oraz Umierać, ale powoli! p. prof. Jacka Bartyzela pokazuje granice między pays légal a pays réel we Francji. Jest to bowiem nie tylko interesująca historia prawego skrzydła Systemu, lecz także właśnie „Francji oficjalnej”, stworzonej i mogącej istnieć tylko w opozycji do Ancien régime’u.

Autor nie ogranicza się jedynie do wydarzeń z lat podanych w tytule. Zaprezentowane zostały ruchy polityczne, politycy i intelektualiści współtworzący scenę polityczną. Prezentacja sięga lat czterdziestych XX wieku i formowania się obozu gaullistowskiego, a poprzedzają ją rozważania o historii i definicji pojęcia „prawica”. Można wyróżnić więc dwie warstwy pracy: szczegółowe opisy rozgrywek partyjnych i sporów personalnych, a obok nich namysł nad tożsamością i ideami prawicy we Francji.

Nie ukrywam, że ostatnie trzy słowa powyższego akapitu napisałem z dużym wahaniem, bo z punktu widzenia reakcjonisty, reprezentanta prawicy integralnej, w obrębie pays légal można mówić przede wszystkim o prawym skrzydle lewicowego Systemu, istniejącego na tej samej zasadzie, jak położony najbardziej na prawo palec lewej dłoni. Jest to jednak cały czas lewa ręka, a zatem xiążka p. Halla dotyczy przede wszystkim „prawicy lewicy”. Z tego samego punktu widzenia można uznać, że takie „republikańskie” ujęcie tematu, w którym o prawicy kontrrewolucyjnej są tylko wzmianki, jest główną słabością xiążki. Niewątpliwie zostaje poczucie niedosytu po lekturze. Do rangi symbolu urasta, że o ile gdzieś na marginesie pracy pojawiają się monarchiści i hrabia Paryża, o tyle zabrakło nawet wzmianki o tym, kto po 1945 r. był prawowitym królem Francji. Podobnie jest zresztą ze wzmiankowanym ruchem Tradycji katolickiej skupionym wokół abpa Marcelego Lefebvre’a, nie ma zaś śladu po istniejącym już od lat sześćdziesiątych XX wieku stanowisku sedewakantystycznym.

Nie jest to oczywiście zarzut pod adresem Autora, ale po lekturze pozostaje przede wszystkim wrażenie, że ta republikańska prawica jest ideowo strasznie mdła (coś na kształt naszego swojskiego POPiS-u), przestrzeń do działania dla opozycji antysystemowej okazuje się natomiast bardzo wąska. Z kolei tam, gdzie bardziej patriotycznie nastawieni republikanie próbują wyjść z gorsetu politycznej poprawności, zaczyna się łączenie ognia z wodą, czyli tradycyj ideowych, których pogodzić się nie da. Pytanie wtedy brzmi: jak docenić wielkość Ancien régime’u, ale bez choćby próby powrotu do prawowitego ustroju?

Jakąś próbą odpowiedzi na to pytanie miał być gaullizm. Z cytowanych wypowiedzi gen. Karola de Gaulle’a wynika, że wyobrażał sobie V Republikę jako „monarchię elekcyjną”, której podstawą będzie „nowy legitymizm” (str. 25). Zabrakło, niestety, odautorskiego komentarza, iż taka interpretacja zasad ustrojowych powojennej Francji jest absurdalna, gdyż legitymizmu nie można ustanowić aktem woli jakiegokolwiek polityka. Legitymizm jest niezależny od subiektywnej woli ludzkiej. Żaden polityk, choćby najwybitniejszy i owiany legendą, nie może własną decyzją ustanowić ustroju prawowitego (który w normalnych warunkach – a Królestwo Francji jest tu wręcz sztandarowym przykładem – kształtuje się przez wieki). Nie może być też mowy o legitymizmie świeckim, areligijnym, neutralnym światopoglądowo.

Kiedy pod rozwagę weźmiemy nie deklaracje, lecz czyny, okaże się, że de Gaulle dokonał wręcz symbolicznego zerwania z tradycją Ancien régime’u, porzucając tę część Francji, która jako ostatnia została przyłączona do monarchii Burbonów – Algierię. Można pozwolić sobie na pewien intelektualny experyment – czy nadal uchodziłby za giganta francuskiej polityki, gdyby zgodził się np. na przyłączenie Prowansji do Włoch? Gdzie jest granica, za którą kończy się akceptacja dla pozbywania się fragmentów narodowego terytorium?

Temat restauracji wraca na str. 44, gdzie p. Hall przytacza wypowiedzi gen. de Gaulle’a, uzasadniającego „realistycznie” swoją akceptację ustroju republikańskiego tym, że większość Francuzów nie wyobraża sobie życia w innym ustroju. Realizm? Czy jednak oportunizm? Można jednak czerpać choćby nikłą pociechę z tego, że zgodnie z obecnym stanem wiedzy należy domniemywać, że nawet gdyby twórca „Wolnej Francji” stał się następnie dwudziestowiecznym generałem Monkiem, restaurowana byłaby jedynie uzurpacja orleanistyczna, a nie Ancien régime. Doświadczenie hiszpańskie uczy, że lepiej nie podejmować takich prób restauracji, które kończą się parodią monarchii…

Po raz kolejny jakiejś głębszej, odautorskiej reflexji zabrakło w akapicie (str. 48):

De Gaulle dobrze zdawał sobie sprawę z głębokiego pęknięcia historii Francji, które przyniosła Rewolucja. Tym bardziej pragnął być człowiekiem narodowej syntezy, afirmując wszystkie wątki narodowego dziedzictwa, w których widział wielkość i fundament, na którym można budować wspólnotę Francuzów. Dlatego jego ulubionymi bohaterami mogli być zarówno Ludwik Święty, Joanna d’Arc, Richelieu, Louvois, jak i Carnot, Hoche i Clemenceau.

W takim razie wobec milczenia Autora może od recenzenta coś z cyklu „naiwne pytania”: czy można równocześnie czcić Chrystusa i Beliala? Albo – na innym poziomie – podziwiać Rudolfa Hessa i Ottona Schimka?

Poświęcam tyle uwagi poglądom przywódcy „Wolnej Francji”, gdyż w pewnym uproszczeniu można stwierdzić, że stały się one – pozytywnym albo negatywnym, ale zawsze istotnym – punktem odniesienia dla kolejnych generacyj i stronnictw prawicy republikańskiej. Poza tym były chyba ostatnim przejawem republikańskiej „myśli twardej”. Później rzekoma – nie da się chyba tego inaczej ująć – czyli wewnątrzsystemowa prawica zrobiła, na szczeblu parlamentarnym, wszystko, aby nie odróżniać się od lewicy. Jej ewolucja w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci pokazuje, jak płynna jest tożsamość wewnątrz Systemu.

W tym miejscu, posiłkując się ustaleniami p. prof. Jacka Bartyzela, chciałbym polemicznie odnieść się do twierdzeń p. Halla, który w kontekście badań tożsamości ideowej Unii na rzecz Demokracji Francuskiej dość zaskakująco uznał, iż chrześcijańska demokracja nawiązuje (czy też – nawiązywała) do nauczania społecznego Kościoła katolickiego. Mogłoby się wydawać, że historia ostatnich stu kilkunastu lat już jednoznacznie wykazała, że w każdym kraju, w którym jakaś część prawicy zaakceptowała chrześcijańską demokrację jako nowe, „realistyczne” credo ideowe, ten experyment kończył się katastrofą, czyli ostrym skrętem w lewo i właśnie praktycznym odrzuceniem nauczania Kościoła. Społeczne nauczanie Kościoła, oczywiście bliżej niezdefiniowane, przydawało się tylko wtedy, gdy w imię „opcji preferencyjnej na rzecz ubogich” trzeba było przykręcić śrubę ludziom lepiej sytuowanym. W państwach, w których władzę sprawowali chadecy (chętnie też prezentujący się jako umiarkowane centrum), prawodawstwo dotyczące kluczowych zagadnień moralnych nie odbiegało od praw stanowionych przez socjalistów. We Francji chadeckość została zastąpiona pojęciem „liberalizmu społecznego” – efekty były tak samo opłakane. Rządząca centroprawica walnie przyczyniła się do rewolucji nihilizmu.

Po raz kolejny, być może już do znudzenia, powtarzać też trzeba, że pierwotnie chrześcijańska demokracja miała być nie nowym ruchem politycznym, lecz akcją dobroczynną, służącą podniesieniu poziomu życia warstw ubogich. Dziś natomiast autentycznie prawicowy chadek (czy to jednak nie jest oxymoron?), który wystąpiłby z postulatem delegalizacji rozwodów i aborcji, a domagałby się publicznie uznania Społecznego Panowania Chrystusa Króla, zostałby niechybnie uznany za wariata, wroga ludu i praw człowieka.

Kolejnym przykładem tej płynnej tożsamości może być głosowanie w 1981 r. nad zniesieniem kary śmierci we Francji. Lewicowy projekt został poparty przez część parlamentarzystów centroprawicy, w tym przez późniejszego prezydenta Jakuba Chiraca. Nie dziwi zatem, że Autor xiążki sam w pewnej chwili przyznaje, iż od czasów III Republiki aż do lat osiemdziesiątych XX wieku prawica republikańska, uznająca demokrację za wartość i wroga restauracji, wcale nie uważała się za prawicę, bardziej lub mniej świadomie sytuując się w centrum. Pozostaje to zresztą w zgodzie z twierdzeniami Renata Rémonda, który w swojej klasyfikacji prawic francuskich dowodził, że tylko legitymiści (szerzej: kontrrewolucjoniści) byli autentyczną prawicą. Inni, przez opinię publiczną również rozpoznawani jako prawica, politycy i intelektualiści: orleaniści, bonapartyści, gaulliści, liberałowie społeczni i chadecy, to w rzeczywistości lewica, która, owszem, przesunęła się na prawo, ale w swojej ewolucji zatrzymała się właśnie w centrum. W latach osiemdziesiątych XX wieku, w epoce tryumfów thatcheryzmu i rewolucji reaganowskiej (szkoda, że jednak nie kontrrewolucji…), przyznawanie się we Francji do prawicowości stało się nagle modne, ale ta zmiana miała charakter przejściowy, bez zakorzenienia i poważniejszych ideowych konsekwencyj. Nie stało się nic, co mogłoby powstrzymać kolejne fazy rewolucji nihilizmu. System nie został zakwestionowany, a rzekomi prawicowcy największą wrogością darzyli nie lewicę, z którą co parę lat wymieniali się stołkami w administracji, lecz najpoważniejszą siłę polityczną, która ośmielała się mieć wątpliwości co do stanu państwa i społeczeństwa – Front Narodowy.

Chwila swoistego ożywienia następuje w trakcie lektury, gdy na kartach xiążki pojawiają się „ludzie wyraziści”. Pan Aleksander Hall poświęca część swojej pracy rozważaniom o skrajnej prawicy i linii podziału między prawicą republikańską a Frontem Narodowym. Te fragmenty wciągają i skłaniają do szczególnego zastanowienia. Jest to ważne, gdyż polska recepcja Frontu odnosi się do tego wizerunku formacji, który ukształtowany został jeszcze w przełomowym dziesięcioleciu, Autor natomiast niuansuje ten obraz, pokazując ideową ewolucję Frontu i nie ukrywając błędów i niekonsekwencyj jego lidera, charyzmatycznego i niepokornego Jana Marii Le Pena (np. sprawa wojny z Irakiem, str. 271-272). Na marginesie warto zatem zaznaczyć, że w polskiej literaturze bardzo brakuje solidnej monografii FN czy też rzetelnej biografii jego założyciela. Najciekawsze fragmenty Historii francuskiej prawicy… tylko częściowo wypełniają tę lukę. Wobec charakteru całej pracy nie mogło być jednak inaczej. Co ciekawe, Autor zaznacza, że również Le Pen nie odnajdywał się w prostej dychotomii lewica – prawica.

Lata dziewięćdziesiąte to czas dalszego uwiądu ideowego republikańskiej prawicy. Politycy, którzy próbowali bronić Francji przed podporządkowaniem jej nowemu imperium – Unii Europejskiej, a odwoływali się m.in. do klasycznego gaullizmu, trafiali ostatecznie na polityczny margines, nawet jeśli ich opór budził uznanie dużej części społeczeństwa. Odnotowana jako wydarzenie w historii parlamentaryzmu francuskiego mowa Filipa Séguina w obronie suwerenności stała się ostatecznie tylko epizodem. Antyniepodległościowych tendencyj nie zdołała też odwrócić współpraca patriotycznych republikanów i rojalistów ze szkoły Karola Maurrasa. Konsekwencje są powszechnie znane…

Historia powtórzyła się jako farsa, gdy prezydentem Francji, a właściwie już tylko francuskiej prowincji Unii Europejskiej, został w 2007 r. Mikołaj Sarkozy, polityk z ambicjami renowatora idei gaullistowskich. Naśladując założyciela V Republiki, Sarkozy próbował wcielać w życie utopijną wizję Francji wszystkich tradycji. Wielkość Francji w jego deklaracjach mieli zatem tworzyć święci i wrogowie Chrystusa, królowie i mordercy królów, katolicy, heretycy i ateiści (por. str. 523). Xiążka p. Halla kończy się wraz z wyborami prezydenckimi 2007 r., życie dopisało do niej ciąg dalszy – nic nie zostało z rzekomej syntezy Ancien régime’u i Republiki, jaką miały stać się rządy tego prezydenta.

Aleksander Hall, Historia francuskiej prawicy 1981-2007, wyd. Konsorcjum Akademickie, Kraków-Rzeszów-Zamość 2009, str. 592.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.