Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Fatum orleanizmu

Fatum orleanizmu

Jacek Bartyzel

Zgon (19 czerwca 1999 r.) sędziwego pretendenta do Korony Francuskiej, Henryka księcia Orleańskiego, używającego również tytułu hrabiego Paryża, winien być powodem do refleksji nad stanem idei królewskiej w dzisiejszym świecie. Mówimy „winien”, a nie „jest”, bo sprawa wcale nie należy do oczywistych. Wiadomo, że monarchizm przestał być nawet już „skandalem” dla demokracji, mogą być za to jak najbardziej tematem do epatowania publiczności skandale, których dopuszczają się Książęta. Rzetelność nakazuje przyznać, że Zmarły (a także Jego syn, Henryk hrabia Clermont) też „zasłużył się” niestety dla przyczyniania prasie brukowej okazji do wzniecania tej jedynej dopuszczalnej dziś, operetkowej konwencji w przedstawianiu spraw monarchów.

Jeżeli nie będziemy jednak zatrzymywać się ani nad tragikomiczną querelle w Domu Orleańskim wokół konkubinatu Henryka-Juniora, ani nad utracjuszostwem Henryka-Seniora, który roztrwonił majątek, to nie tylko dlatego, że de mórtuis aut bene aut nihil. Naprawdę bowiem warto zamyślić się nad kwestiami, których znaczenie wykracza również ponad indywidualną odpowiedzialność moralną, z czego przecież zmarły Książę zdaje już rachunek przed Sędzią nieskończenie wyższym od kogokolwiek z nas.

Henryk Orleański miał do odegrania wcale ważną rolę w życiu narodu, którego władcą de iure, choć oczywiście nie de facto, czyniła go — przynajmniej w jednej z (nader dyskusyjnej) wykładni — tradycyjna konstytucja. Opatrzność obdarzyła go długowiecznością i umieściła kilkakrotnie w centrum przełomowych wydarzeń. Był pierwszym od 80 lat członkiem któregokolwiek z panujących we Francji rodów, który mógł zamieszkać, po zniesieniu „prawa o wygnaniu”, w ojczyźnie, a zatem z bliskości wpływać na bieg jej spraw. Z jego głosem liczyli się rządzący Francją mężowie stanu, od Pétaina po Mitteranda, a jego publicznie wyrażane poparcie w wyborach prezydenckich czy plebiscytach wpływało na decyzje niemałej części wyborców. Zwłaszcza podczas obchodów Millenium Kapetyngów w 1987 roku, okazało się, że posiadł w Republice szczególny status osoby/instytucji publicznej. Dane mu zatem było wiele, lecz mógł uczynić jeszcze więcej. Niestety, nie tylko że nie uczynił, lecz raczej zniszczył.

Nie, w żadnym wypadku nie idzie nam o to, że nie uwieńczył swego życia koronacją w Reims, gdyż cel taki był zupełnie w istniejących realiach niewykonalny. Nie było, nie ma i w dającym się przewidzieć horyzoncie czasowym nie będzie możliwości Restauracji we Francji. Dlatego nie ekscytują nas opowieści o planach, sugestiach i wynurzeniach de Gaulle`a na tę okoliczność. W polityce rozważa się różne pomysły i plany, marzy się także, ale rozważania, plany i marzenia nie są polityką; polityką są decyzje. De Gaulle mógł żałować, że hrabia Paryża nie stanął na czele Wolnych Francuzów i mógł nawet sądzić, że gdyby tak się stało, udałoby się mu przywrócić monarchię, ale ten żal i to domniemanie należą do dziejów psychologii męża stanu, a nie do historii francuskiej polityki. Co więcej, okazany przez Henryka Orleańskiego brak zdecydowania w 1940 roku, jego „lawirowanie” pomiędzy Pétainem a de Gaulle`m, skłonni jesteśmy poczytać mu wręcz za zasługę: królem przecież i tak by nie został, a powstrzymując się od jednoznacznego wyboru przynajmniej on jeden nie podzielił Francuzów na „marechalistów” i „gaullistów”, na „kolaborantów” Hitlera i „kolaborantów” Roosevelta i Stalina.

W istocie czym innym zawinił hrabia Paryża, i to już u początku swej publicznej działalności, jeszcze jako „Delfin”, za życia swego ojca, diuka Jana de Guise. To właśnie on był przecież inspiratorem „potępienia” Maurrasa i Akcji Francuskiej przez Szefa Domu Orleańskiego w 1937 roku. Żenować musi lektura „uzasadnienia” tej decyzji, podanego już przez samego ks. Henryka, w którym absurdalność zarzutów idzie w parze z naiwnym cynizmem. Przywódcy Action Française wypracować mieli jakoby doktrynę, która „inkorporuje do monarchizmu nacjonalizm pochodzenia jakobińskiego”, a w konsekwencji prowadzi do „odstąpienia od francuskiej tradycji monarchistycznej”. I mówił to człowiek, którego przodek założył czapkę frygijską i głosował w Konwencie za skazaniem na śmierć swego królewskiego kuzyna!

Oczywiście, książę Orleański dobrze wiedział, że cała doktryna nationalisme intégral od A do Z zbudowana była na zaprzeczeniu jakobinizmu. Wiedział również, że to raczej jego przodkowie mieli na sumieniu grzechy „jakobińskie” — nie tylko „obywatel” Filip Równość, ale również jego syn, uzurpator Ludwik-Filip. Prawdziwe intencje, stojące za kondamnacją maurrasizmu odsłonił Orleańczyk jeszcze wcześniej, bo w 1934 roku, w prywatnej rozmowie z Maurrasem i formalnym szefem Akcji, adm. Schwererem. Nawiązując do wygrania (ćwierć wieku wcześniej) przez maurrasistów rywalizacji z orleanistycznymi „starymi brodami” (les vieilles barbes) o kierownictwo w obozie monarchistycznym, powiedział: „Wówczas wy byliście młodzi, dzisiaj to ja jestem młody. Przyszłość należy do mnie; zrozumcie to!”.

Ks. Henryk był podówczas nie tylko młody, ale także niecierpliwy. Tak bardzo łudził się możliwością Restauracji i tak bardzo zirytowała go „nieudolność” Akcji, która jakoby przegapiła szansę przewrotu w lutym 1934 roku, że postanowił „spisać ją na straty”, a dojść do tronu przy pomocy kogokolwiek: bonapartystów, „Krzyży Ognistych”, czy nawet faszystów. Taka była rzeczywista geneza oskarżenia maurrasistów o jakobinizm, aby pozbyć się kłopotliwego „balastu”.

Przyszłość, jak wiemy, nie zgodziła się jednak „należeć” do hrabiego Paryża. Rachunek, który mimo to wystawiła za ambicje Orleańczyka, był droższy niż jego osobiste aktywa. Zapłaciła go cała monarchistyczna Francja. Utraciła ona to, co zawdzięczała geniuszowi Maurrasa: przywrócenie monarchizmowi pozycji głównej doktryny politycznej kraju, wyznawanej przez niemal całą elitę umysłową i polityczną pokolenia wychowanego na lekturze „L`Action Française”. Rzecz jasna, Maurras też nie był w stanie włożyć korony na skroń potomka Kapetyngów, ale za to dokonał innej rzeczy graniczącej z cudem: sprawił, że nawet republikański establishment zaczął myśleć o polityce i o Francji „monarchistycznie”, świadomie lub bezwiednie postępować według wytycznych doktryny „nacjonalizmu integralnego”.

Jeżeli zatem Maurras wyprowadził francuski rojalizm z politycznego „getta”, w którym znalazł się on po śmierci hr. Chambord (1883), to książę Henryk wepchnął go tam z powrotem. Iluzją okazały się chimery o puczu z nowymi sojusznikami, a idiom królewski zniknął z dyskursu politycznego. Stał się on na powrót tym, czym był przed Maurrasem: nostalgią garstki wiernych, sentymentem kilkunastu rodzin, antykwariatem pasjonatów genealogii i heraldyki…

W tej tragicznej omyłce co do wartości było zaiste coś z antycznej „hamartii” — nietrafienia do celu; coś, co przywodzi na myśl innego zaślepionego pozorami władcę — szekspirowskiego Króla Lir, który również dając się zwodzić fałszywym oznakom przywiązania podeptał prawdziwą miłość jedynej kochającej go szczerze córki i wierność jedynego oddanego sługi.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.