Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Gangrenę wypala się żelazem

Gangrenę wypala się żelazem

Jacek Bartyzel

Istotą prawdziwego konserwatyzmu jest pamięć i wierność. Dlatego trzeba naprzód przypomnieć, że w minionym, 2004, roku Kontrrewolucja Katolicka poniosła ciężkie i nieodżałowane straty.

13 stycznia ubiegłego roku, w 84 roku życia, zmarł w Madrycie karlistowski historyk, filozof i publicysta — Rafał Gambra Ciudad. Należał do ostatniego wielkiego pokolenia teoretyków karlizmu, z którego wcześniej odeszli już do Pana Franciszek Eliasz de Tejada y Spínola i Jezus Ewaryst Casariego y Fernández, a żyje jeszcze Alvaro d`Ors. Było to zarazem ostatnie pokolenie, które miało łaskę wzięcia chlubnego udziału w ostatniej kontrrewolucji zbrojnej. Gambra, który w Krucjacie 1936-1939 służył jako ochotnik w Legii Nawaryjskiej, otrzymał wiele odznaczeń, w tym Czerwony Krzyż Zasługi Wojennej. Napisał dzieła, które niepomiernie wzbogaciły kanon hiszpańskiego tradycjonalizmu, także — co ważne — w śmiałej konfrontacji z błędami religijnego i politycznego modernizmu, jak: Materialistyczna interpretacja historii, Milczenie Boga, Język i mity, Filozofia katolicka w XX wieku, Tradycja i mimetyzm, Jedność religijna i niszczenie katolicyzmu, Monarchia tradycyjna w myśli Melli. Kiedy w lipcu 2001 roku JKW Książę Sykstus Henryk Burboński podniósł opuszczony od lat sztandar karlizmu, proklamując swoje prawa do tronu i wolę odbudowania monarchii katolickiej, to właśnie profesor Gambra został przezeń powołany na funkcję szefa jego Sekretariatu Politycznego, czyli niejako premiera de iure.

Z kolei, w drugiej połowie roku (25 września) choroba nowotworowa pokonała cielesną powłokę — lecz nie ducha — innego wielkiego tradycjonalisty, Michała Daviesa. Porównanie jego drogi życiowej do Gambry unaocznia jak przedziwnie dziergany jest Boży plan opatrznościowy względem człowieka. Dla Hiszpana tradycjonalizm był dziedzictwem przekazywanym z dziada pradziada i przenoszonym jak wysoko świecąca pochodnia w sztafecie pokoleń; Walijczyk, wychowany w schizmie anglikańskiej, musiał sam „szturmować Niebo”, jako konwertyta, którego do nieskażonej błędem wiary doprowadziły studia nad dziełem innego wielkiego konwertyty — kardynała Newmana. A kiedy już odnalazł właściwą drogę, akurat wtedy w spustoszonej Winnicy Pańskiej zaczęły tykać „bomby zegarowe Soboru Watykańskiego II” (tak właśnie zatytułował jedną ze swoich książek). I oto ten „robotnik wezwany o jedenastej” nieomal z dnia na dzień stał się jednym z głównych organizatorów spontanicznego ruchu oporu przeciwko rozbiórce fundamentów Kościoła — na czele z liturgią rzymską. Jako wieloletni przewodniczący Una Voce Internationalis był akceptowany przez wszystkie odłamy tradycjonalistów, także te, których sytuacja kanoniczna pozostaje nieuregulowana, a jednocześnie przez Kurię Watykańską. Powtarza się często slogan, może i statystycznie prawdziwy, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale naprawdę nie widać dziś nikogo, kto miałby ten szczególny charyzmat łączenia ludzi, który pozwala walczyć o wspólną sprawę bez oglądania się na drugorzędne różnice i środowiskowe animozje.

Tymczasem, sytuacja duchowa i społeczna zagęszcza się coraz bardziej. Najwyraźniej, siły Mordoru przystąpiły do kolejnej ofensywy generalnej, której celem jest zduszenie ostatnich, tlących się jeszcze tu i ówdzie, płomyczków ognisk cywilizacji chrześcijańskiej. Przez ostatnie miesiące wielu z nas intensywnie przeżywało dramat — jednak o znamionach tragifarsy — według scenariusza napisanego przez nienawidzących światła, szkaradnych Orków z betonowo-szklanych czeluści Parlamentu Europejskiego, którzy nie dopuścili do objęcia stanowiska komisarza UE przez prof. Rocha Buttiglione. Nie mogliśmy jednak zdecydować się — i na tym właśnie polega tragikomiczny paradoks położenia — czy bardziej współczuć chadeckiemu politykowi, który, przyparty do muru, wyksztusił słowa oczywiste, bo zaparcie się byłoby już jednoznaczne z kwestionowaniem nauki Kościoła, czy też odczuwać zażenowanie, gdy słyszeliśmy jak wkrótce po tym nawoływał jednakowoż do głosowania za „konstytucją europejską”. Przede wszystkim zaś nie mogliśmy nie smucić się widząc, że dla „ostatniego polityka chrześcijańskiego” w Europie szczytem „bohaterstwa” było schronienie się za parawanem osobistego posłuszeństwa prawdom katechizmowym, zamiast jasnego odwołania się do obiektywnego i obowiązującego wszystkich prawa naturalnego.

Ujawniona przy okazji „sprawy Buttiglionego” zupełna delegitymizacja chrześcijaństwa w unijnej civitas diaboli ma już swoje kolejne casusy, które wkrótce trudno będzie zapewne zliczyć. Dokładnie za tę samą „myślozbrodnię”, czyli nazwanie homoseksualizmu grzechem, w demototalitarnej Szwecji pastora zielonoświątkowców skazano nawet na karę więzienia1. W Wielkiej Brytanii trwa nagonka (w której udział biorą także „konserwatyści”) na posiadającą „sprzeczne z jej pracą” poglądy minister edukacji, która należy do „groźnej katolickiej sekty” Opus Dei. Również i u nas energicznie równa się do „standardów europejskich”. Niestety, nie są to tylko odgórne działania opętanych feminazistek z neokomunistycznego rządu. Do roli tolerancjonistycznego gestapo przymierza się ochotniczo — zmumifikowana ostatnimi laty — Unia Wolności, która wystąpiła z hucpiarskim wnioskiem o delegalizację Młodzieży Wszechpolskiej (ma się rozumieć, za „faszyzm”). Co przykrzejsze jednak, do „policji myśli” zaczynają garnąć się także osoby związane z instytucjami kościelnymi, jak pracownicy Dominikańskiego Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach, którzy nową groźną sektę odkryli w… Sekcji Rycerskiej Lepanto Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi!

W tych wszystkich wydarzeniach winniśmy jednak widzieć nie powód do bojaźni i tchórzliwego eskapizmu, lecz przeciwnie — krzepiące promyki nadziei. Prześladowania są dowodem poważnego traktowania, strachu i respektu wroga. Nie ma nic przykrzejszego dla kontrrewolucjonisty od bycia uprzejmie i lekceważąco tolerowanym. Gdy nasi wrogowie są „letni”, również i nam grozi popadnięcie w „letniość”. Na szczęście, są „gorący”, więc i w nas może mocniej krążyć krew, rodzić się wola oporu i walki. Pewnie jeszcze daleko choćby do bitwy w Helmowym Jarze, a tym bardziej na Polach Pelennoru, ale Drużyna Pierścienia może już wyruszyć. Ma ona w tej, po ludzku rzec biorąc, nierównej walce niejeden oręż w postaci łask nadprzyrodzonych, które przecież zsyłane są tylko uczestnikom Civitas Dei. Jeden taki oręż przypominamy sobie i innym dzisiaj, kiedy właśnie mija 120. rocznica jego ogłoszenia. Mowa tu, rzecz jasna, o Syllabusie błędów nowoczesnego świata ogłoszonym przez papieża bł. Piusa IX, wraz z encykliką Quanta cura, w 10. rocznicę ogłoszenia dogmatu Niepokalanego Poczęcia, 8 grudnia 1864 roku. Czytajmy go jako diagnozę — i terapię — naszej zgangrenowanej rzeczywistości, dokładnie w myśl słów jego autora: Jam jest postanowiony od Boga niejako lekarzem ludzkości. Widzę, że społeczeństwo, które zowią nowoczesnym, jakkolwiek ozdobione pięknymi i dobrymi zaletami, toczy skir, otóż ja tego skira leczę żelazem encykliki. Nikt więcej ode mnie nie miłuje prawdziwej cywilizacji i prawdziwej wolności; lecz nie chcę barbarzyństwa pod maską fałszywej cywilizacji, ani tyranii pod szatą fałszywej wolności.

Autor jest Przewodniczącym Straży KZM


1 Już po napisaniu tego felietonu i po skierowaniu go do druku okazało się, że Sąd Apelacyjny uwolnił jednak oskarżonego od kary. Warto atoli zwrócić uwagę na osobliwe uzasadnienie wyroku, w którym podkreślono, że obwiniony „nie poszedł dalej niż Biblia, a opinie, nawet jeśli są obce większości obywateli i przybierają charakter prowokacji, powinny móc być wyrażane”. Wynikają zatem z tej sentencji dwie rzeczy: po pierwsze, iż „bardziej winna” jest Biblia, której z jakiegoś powodu jeszcze nie można skazać; po drugie, że jedynym branym obecnie pod uwagę powodem nie nakładania sankcji karnych na poglądy zgodne z prawem naturalnym jest — o paradoksie! — tradycyjnie rozumiana (także w tradycyjnej teologii) tolerancja, czyli cierpliwe znoszenie w imię wyższych racji przekonań obiektywnie złych i odrażających.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.