Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Tomasz Gabiś: Głosy zza Odry (o Bliskim Wschodzie, Izraelu i interwencjach wojskowych)

Głosy zza Odry (o Bliskim Wschodzie, Izraelu i interwencjach wojskowych)

Tomasz Gabiś

W niemieckich środowiskach niezależnych uważnie śledzi się rozwój sytuacji na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, umieszczając ją w szerszym kontekście polityki światowej i geopolitycznych przesunięć. Jak stwierdził – odnosząc się do sytuacji na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie – znany austriacki publicysta i bloger Andreas Unterberger, tworzą się dziś nowe sojusze, rysują nowe linie podziału, dawni wrogowie się jednają, dawni przyjaciele skaczą sobie do gardeł, coraz bardziej niespokojnie jest na Bliskim Wschodzie i w strefie postsowieckiej, coraz częściej różnice zdań i interesów pomiędzy podmiotami politycznymi rozstrzyga się przy pomocy broni. Świat stoi na rozdrożu: albo zwycięży zdrowy rozsądek i wola pokoju, albo zapanuje chaos i dominować będzie prawo pięści, co w przyszłości doprowadzi do wojny na większą skalę.

Gérard Bökenkamp rozpatruje to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej, jako efekt państwowego (militarnego) interwencjonizmu. Przypomina, że polityka gospodarczego interwencjonizmu w skali jednego kraju zawsze prowadzi do wysokich podatków, błędnych decyzji gospodarczych i zadłużenia państwa. Dzieje się tak, ponieważ centralni planiści, nie zważając na to, iż nasza wiedza nawet w odniesieniu do naszego najbliższego otoczenia jest ograniczona, mylnie sądzą, że: wiedzą co dzieje się w całym społeczeństwie, potrafią przewidzieć, co zdarzy się w przyszłości, umieją sterować złożonymi procesami społeczno-gospodarczym i realizować dalekosiężne plany wymyślone przy biurku. Ta hybris jest podstawową cechy tzw. moderny. I taka sama zuchwałość dominuje w „myśleniu” o polityce zagranicznej; rządzi nią nie rozpoznanie realnego świata faktów i ograniczonych zasobów, lecz ideologiczne mrzonki i fantazje o wszechmocy. Przy biurkach w Ministerstwach Spraw Zagranicznych i Ministerstwach Obrony projektuje się nowe społeczeństwa. To, czego nie da zaplanować w skali jednego kraju, chce się planować w skali międzynarodowej. I tak samo osiąga się skutki przeciwne do zamierzonych. Tutaj zamiast wzrostu gospodarczego mamy gospodarcze kryzysy i depresje, tam zamiast „nation building” – etniczne wojny domowe. Polityka globalnego, wojskowego interwencjonizmu może całe wielkie regiony wtrącić w chaos i to właśnie dzieje się na Bliskim Wschodzie. Niczym nieuzasadnione przekonanie o posiadaniu wiedzy o skomplikowanym świecie oraz przecenianie własnych sił są korzeniami fałszywych decyzji w polityce zagranicznej. Polityczni planiści ulegają iluzjom, że są w stanie zrozumieć całą polityczną, społeczną i kulturalną złożoność obcych krajów i pokierować nimi w stronę „demokracji”, co jest wyrazem bezgranicznej megalomanii.

Prowadzi się wojny w imię „demokracji”, np. wojnę przeciw Irakowi, burząc skomplikowaną regionalną równowagę sił, a nieprzewidzianym efektem jest chaos i nowe konflikty. Czasowo i lokalnie ograniczone interwencje wojskowe to nie to samo, co militarny interwencjonizm, którego celem jest przebudowa i „demokratyzacja” regionów i krajów z ich instytucjami, obyczajami i kulturami.

Zwolennicy takich operacji albo utracili kontakt z rzeczywistością, albo świadomie wprowadzają w błąd własnych obywateli. Tylko utopiści mogą wierzyć, że dzięki militarnej interwencji i centralnie dystrybuowanym pieniądzom uda się jakieś społeczeństwo podnieść na wyższy stopień rozwoju. To typowe zjawisko dla polityki interwencjonizmu: mydli się oczy obywatelom i wypiera ze świadomości każdą trzeźwą analizę sytuacji. Najwidoczniej, pisze Bökenkamp, odpowiedzialni za tę politykę politycy i dyplomaci Zachodu nie są w stanie ustalić priorytetów; pragną osiągnąć wszystko, nie wiedzą natomiast, jak tę politykę sfinansować i przy pomocy ilu żołnierzy. Jedyne, w czym są zgodni to to, że jest za mało żołnierzy i za mało pieniędzy.

Zasadniczym celem polityki zagranicznej, stwierdza Bökenkamp, nie jest urzeczywistnienie fantastycznych projektów, ale ograniczenie ryzyka dla bezpieczeństwa własnego państwa. Polityka interwencjonizmu ostatnich kilkunastu lat nie uczyniła świata bezpieczniejszym, stabilniejszym i bardziej pokojowym, wręcz przeciwnie. Militarny interwencjonizm w imię ideologicznych wizji zaprowadził świat w ślepą uliczkę. Bökenkamp apeluje, aby w polityce zagranicznej powrócić do rozsądku i realizmu, chłodnej kalkulacji kosztów i pożytków, aby oprzeć ją na faktach, a nie na utopijnych wizjach.

Henning Lindhoff pisze, że jedno jest dzisiaj pewne: wojna, terror i zadawanie śmierci nadal są opcjami dla wszystkich bloków władzy na całej kuli ziemskiej. Na Bliskim Wschodzie pojawiają się coraz to nowe tlące się ogniska konfliktów (podsycane przez USA). Bliski Wschód pozostaje wiecznym polem bitwy, a rządy wystawiają czeki in blanco dla, utuczonego przez biliardy dolarów z podatków, kompleksu wojskowo-przemysłowego. Retoryka wszystkich stron staje się coraz bardziej brutalna i wojownicza. Rosja i Chiny (prężące muskuły na Pacyfiku) są przekonane, że ich amerykański kontrahent jest słabszy niż kiedyś, że nie będzie w stanie przezwyciężyć wewnętrznych problemów, którymi są nierozwiązywalna kwesta zadłużenia, megalomańska, niemożliwa do realizacji reforma służby zdrowia, interwencjonizm państwowy prowadzący do kryzysów i zubożenia społeczeństwa, plajty miast. Zatem działać będą zgodnie z tym przekonaniem, wprawiając w ruch konstelacje sił na eurazjatyckiej „Wielkiej Wyspie”.

W innym artykule Lindhoff zauważa, że Rosja i USA (na ich czele stoją dziś dwaj przywódcy Obatin i Pubama) uprawiają twardą geopolitykę. Od ponad 100 lat Bliski Wschód uważany jest za jeden z kluczowych obszarów na drodze do dominacji nad kontynentem eurazjatyckim; „arabska wiosna”, niepokoje w Tunezji i Egipcie, wojny domowe w Libii, Iraku i Syrii jawią się jako krwawa zapowiedź wielkiego wybuchu, który dotknie zarówno kraje regionu, jak i zachodnie demokracje. Zdaniem Lindhoffa Obama i jego stratedzy odczuwają silną pokusę, aby wykorzystać konflikt wojenny jako sposób rozwiązania kryzysu systemu fałszywego papierowego pieniądza. Dolarowe imperium widzi przepaść na drodze, po której kroczy. Grożą kolejne „fiscal cliffs” i bankructwa miast. Ucieczka w konflikt militarny pozwoli reprezentantom ludu uniknąć ogłoszenia plajty, zbudowanego na kredycie, systemu pieniężnego. W przeciwnym razie musieliby ukorzyć się przed wyborcami, ujawnić swój cały model egzystencji jako politycznych przywódców i w końcu poszukać sobie jakiegoś pożytecznego zajęcia. A to nie wchodzi w grę. Jednakże nawet ci, którzy zgrywają Pana Boga, nie przeszkodzą w nadejściu korekty ze wszystkimi jej następstwami. Jedyną szansą na przetrwanie jest ukrycie prawdziwego stanu rzeczy za wojenną mgłą. Nie byłby to pierwszy raz w historii, gdyby wojna miała na celu odwleczenie nieuchronnego końca zbankrutowanego systemu papierowego pieniądza bez pokrycia.

Dodajmy tutaj, że według niektórych niemieckich komentatorów to system papierowego pieniądza bez pokrycia odpowiedzialny jest za „arabską wiosnę”. Banki centralne w USA, Japonii i Europie coraz bardziej poluzowywały politykę pieniężną, prasy drukarskie były rozgrzane do czerwoności. Masy pustego pieniądza wlewały się na rynki rolne. Rezultatem były rosnące ceny żywności. A pamiętać trzeba, że na Bliskim Wschodzie zaopatrzenie ludności jest szczególnie mocno zależne od importu żywności, wiele krajów regionu musi kupować co najmniej połowę swojego zapotrzebowania na żywność. „Arabska wiosna” była więc m.in. skutkiem rosnących cen żywności – polityka zwiększania ilości papierowego pieniądza prowadzi do inflacji i wraca tylnymi drzwiami w postaci rewolt i buntów ludowych.

Axel B.C. Krauss pisze, że nagle ni stąd, ni zowąd pojawiła się w mediach organizacja nazywana „Państwo Islamskie”. Nie wiadomo, skąd wzięli się ci okrutni terroryści; wyłonili się jakby z „nicości”, a przecież nie wzięli się znikąd, są owocem agresywnego interwencjonizmu, jego promotorzy zwalczają teraz zagrożenie, które sami stworzyli. Zgodnie z doktryną Brzezińskiego, pisze Krauss, należy utrzymywać niepokoje na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Autor przypomina, że były minister spraw zagranicznych Francji Roland Dumas ujawnił, iż interwencja w Syrii była przygotowywana i planowana w USA, Arabii Saudyjskiej, Katarze, Turcji i Wielkiej Brytanii już na dwa lata przed początkiem protestów w Damaszku i Aleppo. W Turcji i w Jordanii powstały obozy szkoleniowe, stamtąd rebelianci byli przerzucani przez granice do Syrii, CIA organizowała przerzut uzbrojenia, finansowego wsparcia udzieliła Arabia Saudyjska. Naiwni „dziwią się” potem niepożądanym skutkom operacji, ale niesłusznie, ponieważ chodzi o element strategii, której celem nie jest zapobieżenie „libanizacji” czy „bałkanizacji”, lecz je wywołanie.

Frank W. Haubold zajął się sytuacją w Libii – będącej kolejnym, wręcz modelowym, przykładem kraju odczuwającego na własnej skórze skutki „demokratycznego” interwencjonizmu. Rzekoma libijska „rewolucja” to bombardowania plus akcje jednostek specjalnych. Kulminacją operacji był zaplanowany i medialnie celebrowany lincz na Kaddafim. Po obaleniu dawnego reżimu powstały obozy jenieckie dla pokonanych, nastąpił odwet, masakry, tortury i mordy. Media zagrzewające wcześniej do interwencji mającej w Libii zaprowadzić demokrację, teraz nabrały wody w usta. Ówczesny sekretarz NATO Rasmussen po upadku Kaddafiego oświadczył: „nasza misja została wypełniona”. Misja wypełniona, Libia powraca do epoki wojen klanowych, Trypolis, Syrta czy Faludża spadają do poziomu wielkich slumsów opanowanych przez rywalizujące milicje, wojna domowa już praktycznie trwa.

Informując o tym, co dzieje się w Iraku, Libii czy Syrii, niemieckie media uprawiają, zdaniem Haubolda, tendencyjną propagandę wedle życzeń swoich mocodawców, przedstawiają obraz regionu mający niewiele wspólnego z rzeczywistością. Niemieccy dziennikarze i komentatorzy degradują sami siebie do chłopców na posyłki dla potężnych i przygotowują psychologiczno-polityczny grunt pod kolejne wojny. „Wolne media”, „niezależni dziennikarze” – te określenia nic już dziś w Niemczech nie znaczą. Zawód dziennikarza stał się w tym kraju jednym z najmniej szanowanych zawodów. Jak to ujął pisarz Michael Klonovsky: „Coraz więcej much plujek broni się przed porównywaniem ich z dziennikarzami”.

W jednym z wywiadów udzielonych w zeszłym roku, zmarły niedługo potem w wieku 90 lat, znany niemiecki pisarz polityczny, podróżnik i reporter Peter Scholl-Latour mówi, że po raz pierwszy był w Iraku w 1951 r.; potem odwiedzał ten kraj wielokrotnie, zarówno za czasów Saddama Husajna, jak i po wkroczeniu Amerykanów. Według niego dotychczasowa integralność terytorialna dawnego Iraku należy już do przeszłości. Irak w obecnych granicach wymyśliła brytyjska archeolożka i agentka brytyjskiej Secret Intelligence Service Gertrude Bell. Dawne granice wytyczone przez mocarstwa kolonialne rozpływają się, podział Iraku już się praktycznie dokonał. Od 2003 roku, kiedy to ówczesny prezydent USA Bush chciał wznieść w Iraku „latarnię morską demokracji”, cała strategia USA w regionie zakończyła się fiaskiem; region stał się bardziej niestabilny niż kiedykolwiek przedtem. Ogromną cenę płacą za to jego mieszkańcy. Trzeba było zacząć „demokratyzację” od sojuszniczej Arabii Saudyjskiej, będącej wszak monarchią feudalną. Według Scholl-Latoura kraje zachodnie powinny wesprzeć prezydenta Assada w Syrii, ponieważ jest on mniejszym złem. Scholl-Latour zawsze stał na stanowisku, że „demokratyzacja” Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej czy to w wyniku interwencji militarnej, czy popieranej przez Zachód „arabskiej wiosny” to całkowita utopia. Parlamentarna demokracja typu zachodniego nigdy tam nie powstanie, gdyż nie pasuje do tamtejszych warunków.

Wiele uwagi w niemieckich środowiskach niezależnych poświęca się Izraelowi i jego polityce. Nic dziwnego, że spore zainteresowanie wzbudziło odtajnienie przez Waszyngton dokumentów potwierdzających istnienie arsenału atomowego Izraela. Chodzi o dokumenty dotyczące wizyty premier Izraela Goldy Meir w USA we wrześniu 1969 r. Wprawdzie nadal utajniona jest treść rozmowy Nixona i Meir, w której trakcie najprawdopodobniej amerykański prezydent uznał wprost Izrael za państwo atomowe, ale z dokumentów wynika, że rząd Nixona zgodził się na izraelski program nuklearny i zezwolił Izraelowi na przejście z poziomu „posiadacza wiedzy o broni atomowej” na poziom „posiadacza rzeczywistej broni atomowej”. Zawarto wówczas kompromis, polegający na tym, że Izrael ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza posiadaniu broni atomowej – był to taktyczny manewr, który Izrael stosuje do dzisiaj. Jak przypominają niezależni komentatorzy, zgodnie z amerykańskim prawem zakazane jest wspieranie pieniędzmi pochodzącymi z podatków krajów, które mają zdolność zbudowania broni atomowej, nie podpisały układu o nieproliferacji lub odmawiają wpuszczenia inspektorów z IAEA. Izrael spełnia wszystkie te kryteria, a mimo to wspomagany jest pieniędzmi podatników.

W niezależnych mediach niemieckich odnotowano też ukazanie się książki długoletniego korespondenta zagranicznego telewizji publicznej ARD Wernera Sonne, Staatsräson? Wie Deutschland für Israels Sicherheit haftet (Racja stanu? Jak Niemcy ręczą za bezpieczeństwo Izraela). Książka, oparta głównie na rozmowach z politykami, dyplomatami i byłymi pracownikami służb specjalnych, zaczyna się deklaracją wygłoszoną w 2008 r. w parlamencie izraelskim przez Angelę Merkel: „Każdy rząd federalny i każdy kanclerz przede mną czuł się zobowiązany do wypełnienia historycznej odpowiedzialności za bezpieczeństwo Izraela. Ta historyczna odpowiedzialność jest częścią racji stanu mojego kraju: to znaczy, że dla mnie jako dla kanclerki RFN bezpieczeństwo Izraela nigdy nie podlega negocjacjom”. Z książki wynika, że od czasów Adenauera stałym elementem polityki niemieckiej jest zasada, że gdy idzie o bezpieczeństwo Izraela, obowiązują inne kryteria niż w stosunkach z pozostałymi państwami.

Według Sonnego bez wypłat miliardowych odszkodowań Niemiec dla Izraela zaraz na początku lat 50. i bez rozpoczętych w tym samym dziesięcioleciu tajnych niemieckich dostaw broni młode państwo Izrael prawdopodobnie by nie przetrwało. Począwszy od rządów Adenauera nieprzerwanie trwały transfery finansowe i dostawy broni dla Izraela; częściowo poza wiedzą opinii publicznej i poza prawem. Niemiecka technika przyczyniła się do unowocześnienia izraelskiej broni pancernej, rząd niemiecki uczestniczył w finansowaniu izraelskiego programu atomowego, pomoc wojskowa osiągnęła szczyt po wojnie nad Zatoką Perską 1990/1991.

Wprawdzie na płaszczyźnie poglądów i odczuć opinii publicznej rośnie dystans wobec Izraela i jego polityki, to jednak – twierdzi Sonne – nie ma to najmniejszego wpływu na niemiecką politykę i dyplomację. Współpraca w dziedzinie wojskowej kwitnie, stosunki izraelskich instytucji wojskowych i policyjnych z Bundeswehrą i policją niemiecką są bardzo dobre. Kooperacja tajnych służb jest tak ścisła, jak zawsze. Niemiecki wywiad BND (Bundesnachrichtendienst) będący „ramieniem rządu federalnego, jeśli chodzi o bezpieczeństwo Izraela” znakomicie współpracuje z Mosadem. Ta współpraca idzie tak daleko, że – jak ujawnił jeden z byłych pracowników BND – Mosad od dawien dawna swobodnie działa na terytorium Niemiec. Ryzyka żadnego izraelskie służby nie ponoszą, ponieważ w Niemczech w razie wątpliwości rozstrzyga się zawsze na korzyść Izraela.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.