Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Hohenzollernowie mają problem z legitymizmem

Hohenzollernowie mają problem z legitymizmem

Adrian Nikiel

Nowe dzieło pana prof. Grzegorza Kucharczyka, cenionego specjalisty w zakresie historii Niemiec, jest syntezą kilkuset lat dziejów południowoniemieckiej dynastii, której przedstawiciele wbrew wszelkim przeciwnościom losu cierpliwie budowali niezależną domenę, zdobyli królewską koronę oraz rangę mocarstwa dla swojego państwa, następnie zaś posunęli się o przynajmniej krok za daleko, niszcząc pozostałości Starego Ładu i sięgając po nienależną im koronę „cesarską”. W rezultacie utracili wszystko. Począwszy od XVI wieku i przylgnięcia do herezji protestanckiej wielu panujących z Domu Hohenzollernów można nazwać – mniej lub bardziej świadomymi – rewolucjonistami w koronach. Panorama biograficzna prof. Kucharczyka, mieszcząca się na prawie czterystu stronach, jest m.in. dobrym przypomnieniem, że tron, nawet marmurowy, jak ten znajdujący się w poznańskim Zamku, nie czyni automatycznie jego dzierżyciela Chorążym Tradycji. W dodatku w XX wieku byli i tacy członkowie dynastii, którzy skompromitowali się wiarą w narodowy socjalizm.

Xiążkę można określić też mianem pocztu panujących z Domu Pruskiego. Na nich, co nieuniknione, skupia się Autor. Trzeba jednak zaznaczyć – podsuwając przy tym tematy badawcze pokoleniu młodych polskich historyków – że właściwie każda opisywana w tym dziele pierwszoplanowa postać zasługiwałaby na własną czterystustronicową biografię. Wydaje się, że w rodzimej świadomości historycznej wciąż istnieją białe plamy w odniesieniu do tej rodziny, która na dobre i złe wpisała się w historię naszej Ojczyzny, począwszy od związków pokrewieństwa z Piastami i Jagiellonami.

Mocną stroną tego tomu jest dobrze napisany, przejrzysty wykład, w którym ważną rolę odgrywa polska perspektywa. Na relacjach polsko-pruskich (wcześniej polsko-brandenburskich) zdaje się ciążyć jakiś fatalizm. Sądząc po zestawieniu stworzonym przez Autora, strona polsko-litewska popełniła wszystkie możliwe błędy polityczne, które z kolei były niezbędnym czynnikiem sukcesu Hohenzollernów. Gdyby nie wielokrotnie zmarnowane okazje na rozciągnięcie przez Rzeczpospolitą bezpośredniego panowania nad Prusami Xiążęcymi, gdyby nie kolejne ustępstwa, być może władza (późniejszego) Domu Pruskiego nie wykraczałaby poza (przyjmijmy dla uproszczenia) Brandenburgię i drobniejsze posiadłości. Trudno uciec od myśli: czyżby to wszystko było karą Bożą za przyjęcie przez katolicką monarchię protektoratu nad luterańskim xięstwem stworzonym przez zakonników wyrzekających się Wiary Chrystusowej? Z perspektywy wieków, jak rzadko kiedy, widzimy idealny przykład równi pochyłej, tak często przywoływanej jako argument w rozmaitych sporach, a w tym przypadku naprawdę prowadzącej do klęski. Jej skutki odczuwamy do dziś.

Bardzo ciekawa praca prof. Kucharczyka powinna zostać przeczytana przez każdego polskiego monarchistę. Jednak z punktu widzenia legitymisty ma ona również wady, zapewne mniej widoczne dla niezaangażowanego ideowo czytelnika. Głównym problemem jest przyjęcie przez Autora perspektywy legalistycznej, co prowadzi do zatarcia podstawowych różnic między uzurpatorami i prawowitymi władcami, jak również utrudnia wnikliwsze spojrzenie na zjawiska i procesy ostatecznie prowadzące do katastrofy Niemiec.

Pierwszy znak zapytania pojawia się na stronie 31, gdzie protestancki uzurpator Gustaw Adolf Waza nazwany został „królem Szwecji”. W tym czasie, co przecież nie jest żadnym historycznym odkryciem, prawdziwy król Szwecji rezydował w Warszawie. Równie konsekwentnie na tronie w Londynie prof. Kucharczyk osadza dynastię hanowerską, przemilczając, że prawowitymi władcami Trzech Królestw byli i są nadal Stuartowie oraz ich potomkowie po kądzieli (m.in. Habsburgowie i Wittelsbachowie). Taki sposób prezentacji wydarzeń nieustannie towarzyszy też poczynaniom kolejnych Hohenzollernów, co prowadzi do pominięcia niektórych istotnych zagadnień, ważnych – przynajmniej moim zdaniem – dla pełnego zrozumienia nieszczęść, jakie polityka Domu Pruskiego przyniosła Niemcom, Polsce i całej Europie.

Oczywiście, nie można powiedzieć, że wszyscy Hohenzollernowie byli świadomymi, ideowymi czy też doktrynalnymi przeciwnikami legitymizmu1. Więcej: czasami ich polityka była zgodna z pryncypiami legitymizmu, często stawiali opór rewolucji w jej „czerwonym” odcieniu. Niestety, przyjmowali zasadę, że etyczne jest to, co służy interesowi pruskiemu2. Ten sposób myślenia czynił z królów pruskich „białych” rewolucjonistów, od czasów absolutyzmu oświeconego kierujących się błędną wizją monarchy jako jedynie najwyższego urzędnika państwowego, a nie Pomazańca Bożego. Większość z nich nie odbyła koronacji, a te, do których doszło, odbiegały od wzorca intronizacji przyjętego w Europie. Zdaje się, że dopiero w 1918 r. Hohenzollernowie mieli szansę zrozumieć (ale czy zrozumieli?), iż każdego urzędnika można zastąpić innym, bardziej sprawnym i lepiej spełniającym oczekiwania petentów. Do tego czasu zdążyli przyzwyczaić poddanych, że właściwie każdego króla można bez najmniejszych skrupułów pozbawić tronu, jeśli tylko będzie to w dowolnie rozumianym interesie Prus3.

Przyjmując interpretację legalistyczną, prof. Kucharczyk nie zaznacza zatem, że rozbiory Polski były również aktem rewolucyjnym, a po 1789 r. mieliśmy do czynienia na Starym Kontynencie z dwoma równoległymi procesami rewolucyjnymi. Zbrodnia rozbiorów nie była jakimś odosobnionym fenomenem. Rok 1810 zapisał się przecież rewolucją antykatolicką, jej ofiarą padły klasztory i dobra kościelne, a pośrednio, zwłaszcza na Śląsku, poddani pruscy polskiego pochodzenia. Osławiony Kulturkampf miał starszy o kilka dziesięcioleci precedens.

O ile oczywiście Autor prezentuje najważniejsze wydarzenia prowadzące do nadania w styczniu 1871 r. Wilhelmowi Wielkiemu tytułu „cesarza niemieckiego”, o tyle pomija, że nowe imperium wznosiło się na grząskim gruncie uzurpacji i świadomego zerwania z tradycjami autentycznego, uniwersalnego i katolickiego Cesarstwa, takim jakim ono było od czasów restauracji ottońskiej. W sferze metapolitycznej Druga Rzesza miała manifestować ostateczne odrzucenie wszystkiego, co się kojarzyć może z Rzymem jako stolicą świata chrześcijańskiego. Za fikcją „cesarstwa niemieckiego” kryła się tylko ontologiczna pustka. Szczegółowej analizy tego problemu z pewnością brakuje w dziele p. Kucharczyka. Trudno też doszukać się w nim fragmentów przybliżających opór stawiany przez poddanych lojalnych wobec władców niemieckich zmuszonych do przyjęcia pruskiego jarzma. Jedna bawarska anegdota nie wyczerpuje przecież tematu.

Szkoda, że prof. Kucharczyk pomija milczeniem niemal wszystkie kwestie i informacje związane z dziejami dynastii po roku 1945 (a i wcześniejszym fragmentem o latach 1918-1945 nie w pełni zaspokaja czytelniczą dociekliwość). Dość napisać, że na końcu xiążki życie czterech pokoleń, w tym dokonania trzech panujących (Wilhelm III [1941-1951], Ludwik Ferdynand [1951-1994] i Jerzy Fryderyk [1994-]), streszczone zostało na dosłownie niecałych czterech stronach. A przecież do opowiedzenia byłyby sprawy arcyciekawe! Interesujące byłoby poznanie przemyśleń kolejnych prawowitych monarchów na temat odpowiedzialności ich poprzedników za wywołanie I wojny światowej, a także na temat poparcia przez niektórych członków dynastii uzurpacji hitlerowskiej, w rekordowo krótkim czasie przerabiającej dotychczasowy „naród filozofów” w „naród morderców”. Czy współcześni Hohenzollernowie mają jakieś przemyślenia związane z tym, że polityka ich dynastii częściowo sprawiła, iż „Hitler stał się możliwy”? Gdyby nie doszło do nacjonalistycznego obłędu, jakim było tzw. zjednoczenie Niemiec, Hitler przecież nie urodziłby się w Wersalu4. Jakie wnioski z błędów poprzedników (vide np. str. 361) wyciągnął obecny król Prus Jerzy Fryderyk, znany z deklaracji, że nie chciałby odgrywać roli politycznej w Niemczech? – o tym xiążka niestety milczy.

W kontekście współcześnie bardzo bliskich związków z Cesarskim Domem Rosji (następca rosyjskiego tronu jest po mieczu Hohenzollernem, a wielka xiężna Kira Kiriłłowna była królową Prus w latach 1951-1967) niezwykle interesujące byłoby zaprezentowanie tych przewartościowań i wydarzeń, które sprawiły, że niewiele lat po wojennej masakrze obie dynastie stały się (ujmę to może z pewną przesadą) de facto jedną rodziną. Mogłoby się przecież wydawać, że krew przelana w latach obu wojen światowych będzie na wiele pokoleń barierą mentalną. Trudno też zapomnieć, iż w 1917 r. rewolucja bolszewicka stała się możliwa dzięki aktywnemu wsparciu władz niemieckich. Jak zatem doszło do pojednania? Inny, może mniej ważny, ale z pewnością ciekawy aspekt dynastycznej samoświadomości to nierównoprawne małżeństwa i rozwody niektórych członków rodu – związane z koniecznością zrzeczenia się praw do tronu i miejsca w linii sukcesji. Czy w ten właśnie sposób sprawdza się w praktyce dewiza, że brak władzy demoralizuje absolutnie?

Wspominam o tych zagadnieniach państwowo-dynastycznych, uwarunkowaniach psychologicznych i samoświadomości kolejnych cesarskich i królewskich pokoleń, gdyż Dom Pruski w XX wieku wydał również zawodowych historyków, autorów publikacyj poświęconych zarówno państwu, jak i dynastii. Ich nazwisk i dzieł nie znalazłem we wskazówkach bibliograficznych prof. Kucharczyka. Być może sprawy zasygnalizowane przeze mnie są tematami zasługującymi już na osobną monografię, ale pozostaje niedosyt, że recenzowana publikacja nie jest o jakieś sto stron grubsza i bogatsza w odpowiedzi na postawione wyżej pytania.

O tym, że ceniony Autor z pewnością mógłby pokusić się o tak wnikliwe rozważania, dobitnie świadczy rozdział Hohenzollernów poświęcony Wilhelmowi II. Ostatni „cesarz niemiecki” jawi się w nim jako postać tragiczna, niedorastająca do nimbu majestatu, którym pragnęła się otaczać, rozdarta między sprzecznymi tendencjami, odgrywająca rolę suwerena w systemie parlamentarnym, gdzie ostateczny bieg wydarzeń zależał nie od woli i rozkazów Najjaśniejszego Pana, lecz od decyzyj i pracy korpusu urzędniczego lub generalicji. Wilhelmowi II realna władza wymykała się z rąk, nawet przystąpienie Niemiec do wojny latem 1914 roku nie było jego suwerennym wyborem – nalegał na pokojowe rozstrzygnięcie konfliktu austriacko-serbskiego. Agresywna retoryka okazała się maską słabości. I choć „cesarz” nie ukrywał niechęci do swoich polskich poddanych, polski czytelnik podczas lektury nie uniknie odruchów współczucia. Marmurowy tron z poznańskiego Zamku, symbolu świetności „cesarstwa” i dominacji na Wschodzie, dla Wilhelma II okazał się zbyt duży. Jak zresztą wielki i symboliczny jest kontrast między „starogermańskim” stylem neoromańskim tej znakomitej budowli a ponurą rzeczywistością monarchii konstytucyjnej!

*****

Na koniec jeszcze kilka słów o błędach językowych, możliwych chyba do poprawienia w kolejnym wydaniu tej wartościowej publikacji. Str. 29 – niefortunna konstrukcja zdania sprawia, że można sądzić, iż Brandenburgia to niezależna kraina położona poza Cesarstwem. Str. 65 – z pewnym zdziwieniem przeczytałem, że Königsberg to niemiecka nazwa całego Xięstwa Pruskiego, a nie tylko miasta znanego Polakom jako Królewiec. Str. 343 – pojawia się tajemniczy termin polany architektoniczne.

Grzegorz Kucharczyk, Hohenzollernowie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2016, ss. 399.

www.wydawnictwopoznanskie.com

Tron Wilhelma II — fot. Adrian Nikiel

zdjęcie: Adrian Nikiel


1 Na str. 264 czytamy: Reakcja Fryderyka Wilhelma IV na paryskie wydarzenia była twarda, utrzymana w duchu legitymistycznego konserwatyzmu. Być może, ale tylko w warstwie werbalnej, bo o Bożej łasce, dzięki której panują królowie, król Prus pisał w liście do hanowerskiej xiężniczki Wiktorii, która tron w Londynie zajmowała jedynie z łaski parlamentu (tytułował ją „królową”), a nie do prawowitego króla Anglii, Szkocji i Irlandii Franciszka I Habsburga (1840-1875). Niezależnie od tej kwestii zgodzić się jednak można, że w gronie królów pruskich akurat Fryderyk Wilhelm IV był chyba najbliższy ideałom legitymizmu. I budzi też największą sympatię spośród bohaterów tomu.

2 Już w połowie XIX wieku odnotował to, cytowany na początku Hohenzollernów, Jan Donoso Cortés.

3 W tym kontekście warto zacytować paradoxalną, jeśli zważyć na dalszy bieg historii, deklarację Wilhelma I po koronacji w Królewcu: Wstępuję na tron jako pierwszy król, po tym jak znajduje się on [tron] w otoczeniu współczesnych instytucji. Zważywszy jednak na to, że korona pochodzi tylko od Boga, w pokorze przyjąłem ją z Jego rąk (…) – ss. 279-280.

4 Być może do tych narodzin w Wersalu nie doszło dopiero w 1919, lecz już w 1871 roku?

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.