Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » „Ile świetnych zamiarów…”

„Ile świetnych zamiarów…”

Jacek Bartyzel

Przynaglany przez Redaktora „Sprawy Polskiej” do złożenia szczerych i wyczerpujących zeznań w przedmiocie okoliczności powstania Deklaracji Ideowej Ruchu Młodej Polski, tudzież wydania nie tylko głównych jej winowajców, ale i uczciwego osądu zawartych w niej treści, długo starałem się opierać memu dobrotliwemu instygatorowi, zasłaniając się zwykłymi w takich razach usprawiedliwieniami, jako to upływ czasu czy przyćmiona pamięć właściwa memu podeszłemu wiekowi, wreszcie niewielki stopień społecznej szkodliwości postępków przypisywanych mnie i moim wspólnikom. Ponieważ jednak moje próby uzyskania abolicji w połączeniu z prawem do amnezji zostały grzecznie, lecz stanowczo oddalone, zrezygnowany oddaję się do dyspozycji Wysokiego Urzędu Śledczego, pardon — Redaktorskiego, upraszając jedynie o wstawiennictwo przed Trybunałem Historii, aby ów raczył wziąć pod uwagę dobrowolność przyznania się do winy oraz szczerość skruchy. Upraszam także, by pamiętano, że zeznaję jedynie nie tyle co pamiętam, ile jak pamiętam. Publiczność zaś (ale to już szeptem) informuję, że donosząc najwięcej na siebie, staram się, ile możności, ratować kolegów.

1.

Pomysł napisania deklaracji ideowej zrodził się wraz z decyzją o powołaniu odrębnego, środowiskowego ruchu latem 1979 roku, i nie była to data przypadkowa; stało już wówczas jasne, że nasze usiłowania sklejenia na powrót Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela są beznadziejne, zresztą czuliśmy, że ta formuła tak doraźna i przypadkowa, już jest wyczerpana, a jako światopoglądowa podstawa działania — od początku jałowa. Odrzuciliśmy także, przedstawioną nam przez Leszka Moczulskiego propozycję przystąpienia jako jeden z nurtów do organizowanej przez niego Konfederacji Polski Niepodległej, ponieważ zdecydowani byliśmy na formułę ruchu ideowo-formacyjnego a nie partii politycznej; współpracy jednak nie wykluczyliśmy. Naturalnie, szczególnego rodzaju impulsem — i usprawiedliwieniem porywania się na samodzielność — było przesłanie dopiero co zakończonej pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego do Polski.

Projekt Deklaracji był dziełem Gdańszczan: trudno mi stwierdzić na ile kolektywnym, ale z całą pewnością największy wkład wnieśli do niego Olek Hall i Aram Rybicki. Po otrzymaniu projektu potraktowałem sumiennie apel o przedstawienie uzupełnień, względnie kontrschematu, przy czym ograniczyłem się do przedstawienia pełnej własnej wersji trzech pierwszych rozdziałów stricte ideowych, przechodząc do porządku nad preambułą, zaś do rozdziału ostatniego (Nasze zadania) dołączając jedynie podpunkt 2. Obrona tożsamości kultury narodowej.

Kiedy, w przeddzień planowanego zjazdu, spotkaliśmy się w gronie najbardziej zaangażowanych w spisek osób, wynikła kwestia techniki uzgodnienia obu wersji (bo co do zasady ich zintegrowania nie było wątpliwości. Wspomnę jedynie o nieco zabawnym epizodzie, jakim była dyskusja pomiędzy Aramem Rybickim, który gorąco optując za moją wersją, zachwalał ją m. in. z powodu „nowoczesności” języka, którą w niej dostrzegł, a ś.p. Jasiem Samsonowiczem, który zaoponował, mówiąc, że właśnie moja retoryka wydaje mu się staroświecka i „pachnie” Konecznym. Oczywiście rację miał Jaś, ale ja, co chyba zrozumiałe, skromnie spuszczałem oczy i milczałem). Aram, który zawsze miał zmysł najbardziej z nas praktyczny (gdyby nie on, to pewnie wydawalibyśmy co najwyżej gazetkę ścienną, a nie poważne, jak na owe czasy, pismo), zaproponował sesję nocną w dwóch roboczych „podkomisjach”: Olka z Jasiem i Arama ze mną. Kiedy zaś przyszło do pracy, rewelacyjny okazał się pomysł (oczywiście też Arama) użycia nożyczek; cięliśmy oba teksty akapitami i zdaniami, a następnie je „zszywaliśmy”. Żony (obie Małgosie i obie polonistki) sprawdziły jeszcze, czy rezultat naszej radosnej twórczości nie urąga zbytnio polskiej mowie. Ucieszył on, w każdym bądź razie, naszych kolegów, którzy tym razem nie byli tacy pilni, nie mieli więc wyjścia, jak solidarnie rekomendować tę wersję uczestnikom zjazdu, co też się i stało.

Tym samym, muszę przyznać się do ściśle osobistej odpowiedzialności za umieszczenie w Deklaracji takich wątków jak: wyraźnie „platońska” w duchu transcendentalizacja personalizmu i polemiczne przeciwstawienie go indywidualizmowi oświeceniowemu; przeniesienie akcentu z „bios” na „logos” w definicji narodu pojętego organicznie (jako „osoba zbiorowa”) i jako wspólnota celowa spoza walki o byt (to, z pewnością, ślad mojego zainteresowania romantycznym mesjanizmem narodowym); „burke'owski” w rozumowaniu wywód o znaczeniu tradycji i kryterium potwierdzalności instytucji życia politycznego przez historię; analiza stanu braku niepodległości jako potrójnej niesuwerenności (państwowej, politycznej i ideologicznej); utożsamienie państwa niepodległego z realizacją przez nie wartości „historycznej Ojczyzny”; wreszcie aluzja do konieczności rozwiązania przez ustrój państwowy antynomii silnej władzy i wolności (to pierwszy, rzecz jasna bardzo jeszcze delikatny, akcent „antydemokratyczny”, który udało mi się wprowadzić).

2.

Przysłowie, że każda pliszka swój ogon chwali jest psychologicznie prawdziwe nie tylko indywidualnie, lecz i zespołowo, choć też partykularnie; zawszeć to jednak przyzwoiciej zachwalać produkt „mądrości zbiorowej” (to, notabene, ulubione w naszym gronie powiedzonko z tych lat i naprawdę autoironiczne), do czego spiesznie przechodzę.

Jeśli przeto muszę wskazać rzecz, która wydaje mi się koroną zasług środowiska, to jest nią właśnie sam fakt inaugurowania działalności deklaracją ideową, czyli budowania tożsamości na fundamencie mocnych zasad, także tych „niepraktycznych” i „oderwanych” od bieżącego życia. Dziś może nie jest to tak wyraziste, ale wówczas stanowisko takie było całkowitym ewenementem, swego rodzaju „skandalem” (w ścisle biblijnym sensie słowa scandalon) dla innych grup opozycyjnych, „abstrakcyjnym” pięknoduchostwem. Narzuciły one sobie bowiem terror „praktyczności” i „użyteczności”, w grze o przetrwanie, a w nadziejach — na „dokopanie Czerwonemu”. Nie zawsze świadomie, wszystkie w zasadzie odłamy opozycji były wyznawcami XI tezy o Feuerbachu, toteż wszystkie z pogardą odnosiły się do „teoretyzowania”, a więc samo pojęcie „theoria” rozumiały tak jak Karol Marks: jako „oderwany od życia” projekt ideologiczny, a nie w sensie klasycznym — jako wysiłek zrozumienia i uporządkowania rzeczywistości. Jedyną dostrzegalną różnicą było większe wyrafinowanie środowiska KOR-u, które prowadząc grę najbardziej dalekosiężną i najstaranniej zaplanowaną, uprawiały mimikrę „apolityczności” i organizowania „ruchów społecznych”; w wersji na użytek poczciwych idiotów — powodowaną jedynie troską o uciemiężoną klasę robotniczą. Ale czyż sama nazwa i formuła ROPCiA nie była wybiegiem „chytrości rozumu”, wykorzystaniem okazji, jaką dawała propagandowa wojna Cartera z Moskwą na helsińskie „koszyki”? Jak mi się zdaje, w całym ROPCiU chyba jedynie mec. Karol Głogowski i jego dwuipółosobowy Ruch Wolnych Demokratów z pełną wiarą i nabożeństwem modlił się w Kościele Praw Człowieka. Innym jednak — epigonom przedwojennych stronnictw — wystarczały zapamiętane strzępy platform wyborczych sprzed półwiecza. Deklaracja RMP była na tym tle czymś naprawdę oryginalnym i ożywczym; zakorzenionym w dziedzictwie, a jednocześnie nowym i samodzielnie przetrawionym.

Dopiero z tego wynikają, mym zdaniem, dalsze, szczegółowe zalety Deklaracji: rozszerzenie formuły personalistycznej na relację jednostki do narodu („personalizm narodowy”); powiązanie uprawnień osoby z jej powinnościami wobec kręgu wspólnot uporządkowanych wedle ordo caritatis; silny akcent państwowy w pojmowaniu narodu, a tym samym wniesienie istotnego wkładu w przezwyciężenie swoiście polskiej antynomii narodu i państwa; wyjście poza propagandową hasłowość w mówieniu o niepodległości; realizm postulowanych środków i metod działania; wreszcie całkiem sensowna analiza sytuacji moralno-społecznej narodu.

Co się zaś tyczy oczywistych wad i braków Deklaracji, to parafrazując znane przysłowie, można powiedzieć, iż są one z reguły „wadami jej cnót” (pomijam banalną okoliczność niedojrzałości jej twórców). Autorzy wykonali solidną pracę myślową, by obudować „personalistycznie” i „wspólnotowo” kategorię praw ludzkich, ale nie potrafili całkowicie pozbawić jej indywidualistyczno-oświeceniowego zapaszku. Prawili, jak za panią matką, o powszechności tych praw, ale nie umieli zdobyć się na proste pytanie, czy z powszechnej, bo ontologicznej godności osób ludzkich, rzeczywiście wynika powszechność i równość praw ściśle politycznych. Tekst Deklaracji jest w ogóle tak przesycony zachwytem nad godnością człowieka, że można podejrzewać, iż dla autorów człowiek nie ma właściwie wad, a nawet jest coś jakby całkiem „niewinny” (wyjąwszy złych komunistów, ma się rozumieć); wyraźnie tedy widać brak antropologicznego realizmu, dostrzegania zepsucia natury ludzkiej. Ujawnia to nawet analiza zła moralnego w społeczeństwie, którego konformizm kładzie się wyłącznie na karb „systemu totalitarnego”. Odważnie, pod prąd zapiekłego antynacjonalizmu warszawskich „autorytetów moralnych”, twórcy Deklaracji postawili naród w centrum refleksji politycznej, a przede wszystkim miłości społecznej, ale nie potrafili się obyć bez reasekuracji stwierdzeniem, że naród jest …przede wszystkim wielką propozycją samorealizacji człowieka, co w najlepszym wypadku można potraktować jako pozbawioną treści, górnolotną figurę retoryczną, co jednak merytorycznie jest kompletnym fałszem; naród to nie żadna „propozycja”, lecz, jak już pisał Barres, „akceptacja pewnego determinizmu”. Uwikłaniem w powszechną wówczas retorykę jest także operowanie zupełnie fałszywą dychotomią ustrojów „demokratycznych” i „totalitarnych” — tak, jakby rzeczy te się wykluczały. Wreszcie, trudny do strawienia jest moralistyczny patos przenikający Deklarację. Reszta wad to to, czego w niej nie ma, albo jest tylko zamarkowane: głębszej refleksji ustrojowej, analizy geopolitycznej, problematyki gospodarczej. Do pewnego stopnia braki te usprawiedliwia jednak otwarte przyznanie się do tych słabości w końcowych pytaniach, zapowiadających ich podjęcie w przyszłości.

3.

Czego by tu jeszcze Deklaracji nie wytykać, śmiało można powiedzieć, że mimo wszystkich wad i braków nie przynosi ona jej autorom wstydu; była też — dzięki trzem filarom identyfikacji: osoba ludzka, naród, niepodległość — zupełnie niezłym punktem wyjścia do zbudowania wielkiej syntezy narodowo-konserwatywnej pod duchową i moralną busolą katolicyzmu. Wartość ta mogła zaowocować w czasie owej „boskiej niespodzianki” (bo przecież nikt z nas tego tak prędko się nie spodziewał) lat 1989/90, kiedy to Ruch mógł stać się „twardym jądrem” obozu polityki polskiej.

Kiedy rozmyślam nad tym, dlaczego tak się nie stało, dostrzegam coraz uporczywiej jedną przyczynę. Było nią przyjęcie przez nasze środowisko, już w latach 80., tego nieszczęsnego „daru Danaów”, jakim okazała się ideologia amerykańskiego „neokonserwatyzmu”. Oczywiście, nie wszyscy połknęli ten pasztet w równych porcjach i z tym samym entuzjazmem; niektórzy nawet wyraźnie się wzbraniali. Trudno tłumaczyć się także niewiedzą o tym, czym ów „neokonserwatyzm” okazał się w istocie na własnym podwórku; dzisiaj wiedzą wszyscy, że był on tylko ideologiczną dywersją nowojorskich talmudystów w obozie prawicy. Ale przecież nawet wówczas powinien dawać do myślenia i brzmieć ostrzegawczo wyjątkowo u nas idiotycznie brzmiący (bo w Ameryce można go jeszcze od biedy tłumaczyć heterogenicznością religijną społeczeństwa) slogan o „tradycji judeochrześcijańskiej”. My woleliśmy ogłuszać się frazesami o uskrzydlającym „duchu demokratycznego kapitalizmu” i „rehabilitować mieszczaństwo” myśląc, że tylko tak możemy zademonstrować swój antysocjalizm. I stało się, że kiedy przyszedł czas rozstrzygnięć, obezwładnionemu demokratyczno-wolnorynkową mistyką Kristolów, Podhoretzów, Novaków et comp. konserwatyzmowi urosły liberalne ośle uszy. Od Dmowskiego do Janiszewskiego — quelle chute!

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.