Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Inwazja z Północy trwa! – czyli impresje po koncercie

Inwazja z Północy trwa! – czyli impresje po koncercie

Adrian Nikiel

Historyczny, bo pierwszy w Polsce koncert młodego zespołu z Norwegii, okrzykniętego kulturalnym odkryciem roku 2011, czyli Team Me, rozpoczął się z ponad półgodzinnym opóźnieniem. Gdyby nie przekonanie, że to nic nie da, w tym miejscu wystosowałbym apel do wszystkich organizatorów koncertów we Wrocławiu, aby byli tak dobrzy i w zaproszeniach podawali rzeczywiste godziny rozpoczęcia imprezy… Na szczęście sam występ, który trwał ponad siedemdziesiąt minut, spełnił wszelkie oczekiwania. Artyści szybko wzbudzili entuzjazm wśród melomanów zgromadzonych w klubie Łykend.

Co rzucało się w oczy już przed występem, to dostrzegalna na widowni przewaga liczebna pań nad panami. Jeżeli mnie słuch (tj. znajomość języków obcych) i wzrok nie zmyliły, na koncert czekałem otoczony dużą grupą pięknych dziewcząt z Norwegii. Pozytywne zaskoczenie, że w naszym piastowskim grodzie mieszka (przebywa czasowo? przyjeżdża na koncerty?) tyle archetypicznych piękności z Północy. Nie było zatem zaskoczeniem, że wkraczający na scenę zespół został powitany tak, jak babcie dzisiejszych nastolatek musiały witać „czwórkę z Liverpoolu”.

Muzycy są w europejskiej trasie od początku października i na szczęście nie widać po nich oznak zmęczenia tym „jeżeli dziś czwartek, to jesteśmy w…”. Ich twórczość opisuje się terminem „indie pop”, ale to drugie słowo nie powinno nikogo zmylić, nie ma mowy o żadnych słodkich piosenkach ocierających się o disco. Przeciwnie, szczególnie w pierwszej części koncertu w niektórych utworach (o których tytułach niestety nie mogę nic napisać, dlatego spisuję tylko impresje) tworzyli taką ścianę dźwięku, że przychodziło mi na myśl, iż różnica między np. grindcore’em a indie popem stała się naprawdę subtelna. Mocne pochody perkusyjne. Oczywiście nie brakowało też utworów nieco spokojniejszych i z dającą się zanucić melodią. W pewnym momencie pojawiły się nawet jakieś skojarzenia lekko orientalne. Przyznam, nie opuszczało mnie wrażenie, że jeszcze lepiej taka muzyka brzmiałaby na koncercie plenerowym, wnętrze klubowe nakłada pewne ograniczenia. Może kolejny występ we Wrocławiu – mam nadzieję, że do takiego kiedyś dojdzie – warto zorganizować np. na dziedzińcu Arsenału?

Team Me występuje w sześcioosobowym składzie, podczas koncertu prawie wszyscy (chyba poza perkusistą) udzielali się wokalnie. Łatwo nawiązują kontakt z publicznością – frontmeni nie wahali się nawet zejść ze sceny do tzw. młyna. Należy odnotować – że sparafrazuję Skaldów – obecność prześlicznej keyboardzistki na pierwszej linii kontaktu ze słuchaczami. Co jeszcze wyróżnia zespół, to iście psychodeliczne poczucie humoru, doskonale widoczne na okładkach ich wydawnictw czy na stronie internetowej. W tym kontekście nie dziwiły ogromne balony, które artyści przesłali fanom ze sceny… Jak się łatwo domyślić, nie zabrakło bisów, połączonych nawet z przyśpiewką acapella.

Po koncercie stoisko z płytami i gadżetami Team Me przeżyło wielominutowe oblężenie. Z pewnością warto obserwować dalszy rozwój tej sympatycznej grupy. Nowy singiel pt. „With My Hands Covering Both of My Eyes I Am Too Scared to Have A Look At You Now”, który kręci się w moim odtwarzaczu, to dobra zapowiedź artystycznego kierunku.

Kulturowa inwazja z Norwegii – niech trwa! Polska kultura może na tym tylko zyskać.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.