Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Marta Kwaśnicka: Jadwiga (Zwierciadło władcy)

Jadwiga (Zwierciadło władcy)

Marta Kwaśnicka

Jeśli w twoich żyłach płynie krew królewska, zmierz się z nią.

Władców nie pozostawiano w tych zmaganiach samych sobie. Stawiano przy nich doradców, którzy mieli prawo udzielać im wskazówek i liczyć, że zostaną wysłuchane. Porady te formułowano w odpowiednio kunsztowny sposób, bo nie godziło się ofiarować monarsze niczego, co nie byłoby drogocenne. I tak właśnie powstał gatunek zwierciadła władcy czy też księcia – speculum principis.

To fenomenalna forma. Widać w niej wszystkie cechy literatury, i to w stanie czystym. Speculum było słowami z ambicją prawdziwej przemiany rzeczywistości. Autorzy zwierciadeł nie pragnęli władać abstrakcyjnym milionem dusz, bo wystarczyło przekonać jedną, właściwą. Oczywiście, mogli je czytać i podziwiać wszyscy – literaci nie byliby literatami, gdyby nie liczyli na szerokie uznanie dla tego, co stworzyli. Zdarzało się zatem, że zwierciadła krążyły w odpisach, czytywano je dla intelektualnej rozrywki. Ale prawdziwy adresat był ściśle określony – i to kolejna cecha literatury. Bo tylko tekst pisany do (albo dla) kogoś nabiera precyzji, posiada ów wewnętrzny nerw, który sprawia, że postronni czytelnicy chłoną go z wypiekami na twarzy. To nie musi być wcale relacja miłosna, czasami nawet nie powinna taka być – ale bez konkretnego odbiorcy, zmieniającego się, czasami zbiorowego lub utajonego, do którego się pisze i który generuje płynący w tekście prąd, choćby sam nigdy nie miał rzucić okiem na rezultat, nie będzie żadnej prawdziwej sztuki słowa.

Specula nie kryły, że posiadają obiekty i adresatów, nie wstydziły się marzeń o wpływie na świat. Były znane już starożytnym, ale dopiero w czasach karolińskich okrzepły jako odrębna forma literacka. Rzadko były zwykłą apoteozą, traktatem o cnotach konkretnej osoby. Wychodziły od nich co najwyżej, aby szybko zmieniać się w dyskurs o władcy doskonałym, który rządzi swoim państwem ku zbudowaniu i pożytkowi poddanych.

Karolińscy teoretycy władzy wzorowali się na ogół na pochodzącym z VII wieku irlandzkim traktacie De XII abusivus saeculi Pseudo-Cypriana, który wymieniał dwanaście najpoważniejszych zagrożeń czyhających na ludy w ich drodze do zbawienia. Zauważał, że zło pojawia się wówczas, kiedy ktoś uchyla się przed wypełnieniem swojego powołania – na przykład wtedy, gdy mędrzec nie chce nauczać czynami, pozostając jedynie na poziomie słów, a bogacz nie rozdaje jałmużny. Klęska grozi także wówczas, kiedy król nie chce prowadzić ku dobru swoich poddanych. Im ktoś więcej otrzymał zdolności i władzy, tym więcej można od niego wymagać.

Karolińskie specula inkrustowano też cytatami z O państwie Bożym św. Augustyna. Biskup Hippony pozostawił sporo uwag na temat tego, czym powinien cechować się monarcha idealny: musi władać sprawiedliwie, miłosiernie i z pokorą. W V księdze De civitate Dei Augustyn zauważał, że sprawiedliwi władcy szczęśliwi są, jeśli swą władzę na usługi Majestatowi Bożemu poświęcają, używając jej nade wszystko ku pomnożeniu czci Bożej; jeśli chowają Bojaźń Bożą w sercu, i miłość, i wiarę; jeśli bardziej miłują owo królestwo, w którym się nikt nie lęka, że nie ma wspólników; (…) jeśli za swe grzechy nie zaniedbują składać przed Bogiem w ofierze pokory swej. Królestwo, w którym nikt nie lęka się, że nie ma wspólników, królestwo, w którym samotność nie jest straszna i gdzie nie trzeba bać się złośliwości czy zawiści innych; nie wiem, czy to nie najpiękniejsza definicja niebiańskiej harmonii. Tutaj tak nie jest.

Alkuin, piszący dla Karola Wielkiego, zachęcał go do praktykowania miłosierdzia, cierpliwości i pokory, ostrzegał przed zbytnią zapalczywością, poszukiwaniem czczej sławy i rozwiązłością. Kto sieje zawiść, ten podobny jest diabłu — napominał.

Forma rozkwitła w pełni dopiero pokolenie później, w IX wieku, bo pouczeń potrzebowali następcy Karola. Kiedy zabraknie wielkich monarchów, poddani zwykle rozpierzchają się w chaosie, kruszeją hierarchie, pogłębiają się podziały. Następcy z trudem jedynie utrzymują spokój w szeregach, jakie im powierzono, potrzebują rady i pokrzepienia. Zwierciadeł powstawało wówczas zatem dość sporo – nieodmiennie były procesjami wzniosłych rzeczowników i litaniami cnót. Najsłynniejsze są chyba Via regia opata Szmaragda z Saint Mihiel (dla Ludwika Pobożnego) i De regis persona et regis ministerio Hinkmara z Reims (dla Karola Łysego), ostatnie speculum doby karolińskiej. Potem uczeni filozofowie stopniowo ustąpili miejsca technokratom, którzy zaczęli udzielać monarchom przyziemnych, ale często bardziej skutecznych porad.

Gatunek jednak nie umarł – powrócił w chwale w XII i XIII wieku i dotrwał do czasów nowożytnych. Uprawiali go Jan z Salisbury, Wincent z Beauvais, św. Tomasz z Akwinu czy pierwsza europejska pisarka, Christine de Pisan, żyjąca na przełomie XIV i XV wieku, a zatem współczesna Jadwidze. Christine była córką alchemika na francuskim dworze. Sporo pisała, bo żyła z pióra. Kojarzy się ją zwykle z dziełami o Mieście Kobiet, ale miała na koncie sporo traktatów moralnych i politycznych – w tym Le Livre du Corps de Policie, czyli zwierciadło, w którym udzielała porad dotyczących edukacji księcia (jej współczesny biogram wspomina, że była pierwszą feministką i protestowała przeciwko patriarchatowi; odnotowuję to na marginesie z pewnym rozbawieniem, pamiętając o kulcie, jakim otaczała trojańskiego Hektora). Ostatnim wielkim – a może w ogóle największym – przedstawicielem gatunku był Machiavelli, chociaż jego speculum (mowa rzecz jasna o Księciu) dość mocno odbiegało od karolińskich pierwowzorów, i to w kluczowych punktach. Mniej było już skupione na civitas Dei i świętości panującego, mówiło za to całą prawdę o polityce. Historia ta pokazuje jasno, że często najdoskonalszy wykwit danego gatunku jest jego zaprzeczeniem i końcem.

*

Zwierciadło władcy, jako literatura in nuce, dotyka jeszcze innych strun. Każdy, kto aspiruje do wielkości, prędzej czy później zapragnie przejrzeć się w sztuce, zobaczyć siebie w cudzej myśli, zobiektywizowanego. Było tak już w średniowieczu.

Wiem o tym od dawna i ciągle nie mogę się nadziwić: jak wielkie jest nasze zaufanie do literatury. Oddajemy się jej we władanie, staramy się w niej przejrzeć i za jej pomocą zobaczyć prawdę o świecie. Chcemy, aby nas uwieczniła. Ufamy jej, jakby słowa były z najczystszego kryształu. W czasach Karola Wielkiego i Jadwigi miało to może jeszcze sens – bo i sztuka była wtedy niewinna, nie tak zdradziecka jak obecnie, kiedy ma za sobą długą historię nadużyć. Tyle razy przecież wychwalała tyranów, zło nazywała dobrem i zdradzała swoje wierne sługi, służąc mydłkom. Tak, waluta państwa liter dewaluuje się z każdym pokoleniem i nie jestem pewna, czy jesteśmy w stanie temu przeciwdziałać na większą skalę.

I w ogóle – czym jest to pisarstwo, o które tak walczymy? To jakiś strumień liter, zapis chwili wzruszenia, który zostaje na zawsze; emocjonalna skamielina, poruszenie, które pisarz ogląda pod szkłem powiększającym, aby naszkicować dobrze jego zarysy. W dodatku tekst zwykle sugeruje, że jej autor zawsze żyje w uniesieniu, a przecież nigdy tak nie jest. Zaraz wstanę znad tej filipiki i pójdę gotować ziemniaki, albo wyjdę na łąki pod Górką Pychowicką, żeby zobaczyć kikuty traw wysuszone przez pierwsze mrozy – i ta proza życia będzie tyleż prawdziwsza niż wszystkie literackie zaklęcia i uniesienia.

Lecz wrócę – bo literatura jest jak nałóg; kto wie, czy nie z tych najbardziej wstydliwych, w których najłatwiej się zatracić. Uwodzi nas i będzie uwodzić, będzie miała wpływ na nasze życie, chociażbyśmy tego nie chcieli. Są przecież pisarze, którzy, tworząc, napiszą to, co już przeżyli, tylko lepiej; będą się łudzić, że nikt się nie domyśli, ale znajdą się tacy, który zgadną. Inni, odwrotnie, stworzywszy powieść, będą ją chcieli przeżyć na własnej skórze i zaczną ją sami inscenizować w życiu. Jeszcze inni w ogóle ukryją się w tekstach, owiną się nimi jak kokonem. Będą tacy, którzy pod wpływem cudzych tekstów zmienią własne życie. Ale literatura jest mądrzejsza od wszystkich, bo sporo już w jej trzewiach przeżyto. Jeszcze nie raz może nas wystrychnąć na dudka. Wystarczy bowiem na chwilę spuścić ją z oka, a ona zdejmie nam maski, podstawiając pod nos jedno ze swoich luster. Poczyni za nas wyznania, wpisze w niekorzystny kontekst. I kiedy znajdujemy własny portret na dawno zapisanych kartach, nawet mocno wykrzywiony, to nie wiemy, czy to my jesteśmy panami literatury, czy też ona, ta diablica, od dawna ma w swoim posiadaniu nas.

Dlatego w sprawie sztuki słowa od lat zmagam się z agnostycyzmem. Są chwile, kiedy, jak na dziedzica romantyków przystało, wierzę w wielką moc literatury, w jej magiczną umiejętność nadawania kształtu i przemieniania rzeczy, kiedy wierzę, że potrafi wyciskać esencję z przedmiotu. Ale to rzadko. Na ogół nie wierzę w nią wcale. I nie wierzę jej.

I tyle razy, zanim przewrócę kartkę, obiecuję sobie, że nie będę odtąd szukać spokoju w krainie liter. Ale wiem, że tak nie będzie. Zresztą – jest nas więcej. Nadal więc z fragmentów, na które literaturę tłuczono tyle razy, brudnych kawałków o poszarpanych krawędziach staramy się ułożyć kolejne zwierciadło, wierząc, że tym razem na pewno już odwzoruje i przemieni rzeczywistość. I że to my stworzymy tę magiczną formułę. Wracamy jak nałogowcy.

*

W okresie dojrzałego średniowiecza zwierciadła i wszelkiego rodzaju poradniki władców mnożyły się jak grzyby po deszczu. Czasami bywały nieudane. Nie trafiały do odbiorców lub nie miały żadnego wpływu na to, jak rządzono. Do takich zwierciadeł należy to, które powstało dla Jadwigi.

Literacki poradnik miał pokrzepić królową i zachęcić ją do działania. Jadwiga wolała spędzać czas na modlitwach, a działanie, chociaż je podejmowała, zawsze sprawiało jej kłopot. Stąd zamówienie na traktat o dobrodziejstwach i mieliznach życia aktywnego. Wyszło od Piotra Wysza, a dzieła podjął się wspomniany praski dominikanin Henryk Bitterfeld. Był on zaangażowany w reformę zakonu dominikańskiego podjętą przez Rajmunda z Kapui, spowiednika św. Katarzyny Sieneńskiej. Dla Jadwigi Bitterfeld napisał (ale nie skończył) traktat De contemplatione et vita activa (O kontemplacji i życiu czynnym).

Nie miałam go przed oczami. Zawartość streszczam za książką profesora Ożoga, który miał okazję przeglądać speculum w Bibliotece Kapituły Metropolitalnej. Pierwsza część traktatu, De contemplatione (O kontemplacji), mogła powstać jeszcze przed zamówieniem Wysza i dotyczyła zapewne życia mistycznego, bo wielu był wówczas potrzebny taki poradnik. Druga część traktatu, niedokończona, pisana była już specjalnie z myślą o polskiej królowej, podobnie jak dedykacja, która rozpoczyna całość.

W liście dedykacyjnym Bitterfeld pisał, że, aby sprawić radość pobożnej władczyni, postanowił ofiarować jej traktat o najwyższym stopniu doskonałości, jaka możliwa jest na ziemi. Jest nią kontemplacja rzeczy Boskich, konieczna także wówczas (a może: zwłaszcza wówczas), kiedy prowadzi się życie czynne. Aktywność niesie bowiem rozproszenie i wytrąca z równowagi, zauważał dominikanin, a żadne działanie nie może być uporządkowane, jeśli nie jest zakorzenione w modlitwie. Nawet Chrystus, nauczając i uzdrawiając za dnia, noce spędzał na rozważaniach. W tekście pojawiają się też, oczywiście, Marta i Maria z Betanii. To wszystko brzmi dosyć górnolotnie, ale nadal jest prawdziwe, nawet bardziej niż wtedy. Świat stał się przecież pozbawiony kształtu, zamglony; łatwo utracić nawyk ostrego patrzenia i przeoczyć sprawy naprawdę ważne. Dzisiaj walczy się już niemal po omacku.

W drugiej, niedokończonej części traktatu, tej o życiu aktywnym, Bitterfeld – jak na autora speculum przystało – stawiał Jadwidze przed oczami władców z przeszłości, na przykład Karola Wielkiego. Tworzył też litanię cnót, które królowa sama powinna posiadać, aby właściwie kierować poddanymi. Twierdził, że najważniejszymi cechami władcy powinny być roztropność (prudentia), męstwo (fortitudo), wstrzemięźliwość (temperantia) i sprawiedliwość (iustitia). Dominikanin chciał omówić każdą cnotę osobno, zdołał jednak zająć się tylko pierwszymi trzema, ponieważ swojego traktatu nie skończył. Pracę przerwała zapewne śmierć Andegawenki.

Nie wiadomo nawet, czy Jadwiga chociaż częściowo zapoznała się w poradnikiem. Na pewno w żaden sposób jej nie ukształtował. Szkoda, bo sporo sobie obiecywałam po tym wątku. Wizja kobiety dojrzewającej na uczonych pismach doradców, kobiety, która rusza do działania pod wpływem cudzych dzieł, jest niezwykle pociągająca. Chętnie opisałabym taki wątek szerzej – może zatem zrobię kiedyś w innym miejscu, ale nie tutaj, bo akurat w przypadku Jadwigi i Bitterfelda tak nie było. Traktat powstał w ostatnim okresie jej życia, kiedy królowa była już dojrzała intelektualnie i duchowo, mógłby ją zatem jedynie utwierdzić w zajmowanej postawie. Pewnie zachęciłby do zdwojenia wysiłków. Co naprawdę wówczas czytała, możemy ustalić tylko w przybliżeniu. W jej bibliotece znajdowały się dzieła niektórych Ojców Kościoła, na przykład św. Ambrożego, pisma mistyków, Objawienia Brygidy Szwedzkiej. Pewnie to były jej lektury. Miała też od lat kontakty z krakowskimi intelektualistami – co bez wątpienia nie pozostało bez wpływu na jej osobisty rozwój.

Speculum Bitterfelda to zatem raczej świadectwo tego, jaki klimat intelektualny panował wówczas w Krakowie. A miasto pod Wawelem było już okrzepłe, dorosło do wielkości. Tuż po śmierci Jadwigi zacznie się jego felix saeculum, szczęśliwe stulecie, kiedy przez jego mury przewinie się plejada intelektualistów i świętych, a Jagiellonowie staną się europejską potęgą. Nie byłoby to możliwe bez Andegawenki. Spełni się też wtedy jedno z marzeń królowej – powstanie uniwersytet.

*

I jeszcze dygresja. Inne nie do końca udane zwierciadło znajduje się w Sienie. Podobne ambicje – wpływu na władców – miał bowiem wspomniany wcześniej fresk Dobre i złe rządy Ambrogia Lorenzettiego z Sali Dziewięciu w sieneńskim ratuszu. To malarskie speculum może z kolei stanowić ostrzeżenie dla artystów, aby w sztuce nie folgowali swoim słabościom. Lorenzetti miał ambicje filozofa, chciał tworzyć ideologię życia cywilnego. Pragnął, aby członkowie Signorii wierzyli, że odpowiednio stosowane cnoty – wiara, nadzieja, miłość, wstrzemięźliwość i wielkoduszność – sprowadzą do miasta złoty wiek. Siena pod berłem sprawiedliwej Rady stałaby się pogodnym miastem o różowych i błękitnych bramach, którego mieszkańcy tańczyliby przy dźwięku tamburynów.

Berenson ubolewa, że Lorenzetti nie potrafił powściągnąć przyrodzonego sieneńskim malarzom instynktu ilustrowania. Duccio radził sobie z nim, wybierając z portretowanego obiektu to, co najważniejsze, Simone przedkładał nad gadatliwość umiłowanie piękna, ale Ambrogio Lorenzetti nad swoim popędem zupełnie nie panował – więc poniósł artystyczną porażkę. Osąd jego malowidła zwykle jest bardzo surowy. Nie podobało się również zbytnio naszym eseistom, Herbertowi i Herlingowi. Artysta, jeśli chce stworzyć wielkie dzieło, musi panować nad swoimi instynktami – inaczej to one piszą czy malują za niego i to twórca staje się ich sługą, podczas gdy to one mogą – i powinny – służyć jemu. Dzieło tworzone słabością zwykle mówi o swoim autorze więcej niż on sam zaplanował, a wnikliwemu odbiorcy powie niemal wszystko. Lorenzetti mógł zatem być gadatliwy, ale pędzlem powinien był mówić jak najmniej.

Dajmy się ponownie uwieść pięknym frazom Berensona: Mając za zadanie namalować dobre i złe rządy, nie próbuje wydobyć z tych konceptów ich istoty i przyodziać jej w czytelną formę. Giotto za pomocą dwóch lub trzech figur pomógłby nam uchwycić na czym polegają dobre i złe rządy (…). Ambrogio Lorenzetti nie mógł jednak wymyślić niczego innego jak tylko wielkie panoramy przytłoczone figurami, które nie są w stanie przemówić same z siebie, muszą zatem przykuwać naszą uwagę znakami i zwojami.

Rzeczywiście, freski są zatłoczone, trudno je nawet rzetelnie opisać, bo trzeba byłoby zgrzeszyć tym samym, co ich autor, wielomównością. Postaci ludzkie wirują nam przed oczami na trzech poziomach. Ściana staje się autostradą o kilku pasach ruchu, po których poruszają się cnoty o łacińskich imionach, w prawo i w lewo. Wszystko to nie ma większego sensu, chociaż Quentin Skinner w swoim eseju o fresku za wszelką cenę starał się uporządkować całość w logiczne grupy. Jego tekst pozostawia nas jednak ze smutnym wrażeniem, jakie zwykle towarzyszy lekturze krytyki sztuki pisanej przez intelektualistę całkowicie pozbawionego smaku i słuchu artystycznego, używającego do analizy sztuki jedynie zimnego ognia swojego umysłu. Nie mam jednak wątpliwości, że z wielkiego talentu Lorenzettiego dałoby się wycisnąć dużo więcej. Chciałoby się stać przy nim podczas prac nad malowidłem, by w odpowiedniej chwili go powściągnąć: Ambrogio, weź głęboki oddech, zapanuj nad tym, spróbuj jeszcze raz.

Tylko czy nie byłoby to próżne moralizatorstwo, zważywszy, że sama namnożyłam już tutaj słów i napisałam sporo. Może nawet zbyt wiele.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.