Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Jednostka a osoba

Jednostka a osoba

Adam Danek

Wielu spośród ludzi posiadających wyrobione poglądy – no, w każdym razie uważających się za posiadaczy takowych – darzy słowo „jednostka” swego rodzaju nabożnością. Jednostka, powiadają, jest pierwotna wobec państwa, a nawet i społeczeństwa. Tylko jednostki są rozumne i tylko one tworzą rzeczywistość społeczną – próby doszukiwania się jakichkolwiek bytów ponadjednostkowych wiodą ku przesądom (oraz, dodają nierzadko, „faszyzmowi”). Jednostka stanowi podmiot suwerenności, jej wolność zaś – wartość najwyższą, na którą nie może nastawać żadna instytucji ani zbiorowość (czego pilnują prawa człowieka i obywatela).

Często nie przeszkadza to czcicielom jednostki zaciekle bronić „prawa” jednostek do rozmaitych autodestrukcyjnych, przeciwnych naturze zachowań (twierdzenie, że natura ludzka nie pozwala na niektóre ekstrawagancje gwałci, oczywiście, wolność jednostki i trąci „faszyzmem”) i zarazem dowodzić ich racjonalności (sic!). Albo popierać mordowanie nienarodzonych jednostek – w imię wolności jednostki, rzecz jasna, ale innej. Lecz nie o tym chcieliśmy mówić. Spróbujmy ukazać, do jakich wniosków prowadzi postrzeganie życia społecznego w kategoriach czysto jednostkowych. Oto społeczeństwo składa się wyłącznie z jednostek – atomów poruszających się jego przestrzeni całkowicie swobodnie. Nie da się w jego obrębie wyróżnić żadnych trwałych struktur (nie wspominając o jakichś podziałach, ani tym bardziej o hierarchiach, bo to już jawny „faszyzm”!): wola jednostek jest suwerenna, więc wszelkie ich połączenia i grupy powstają kontraktowo, — po świadomym wyrażeniu zgody przez wszystkich zainteresowanych – i trwają jedynie tak długo, jak długo ich uczestnicy sobie tego życzą. Tak wyglądają relacje międzyludzkie w oczach zwolenników liberalizmu, świeckiego humanizmu, pragmatyzmu filozoficznego i tym podobnych doktryner, z których wszystkie tworzą tylko odmiany lub rozwinięcia pierwszej. Jakie są konsekwencje przyjęcia przez nie takiej a nie innej antropologii?

Po pierwsze, skoro jednostki są suwerenne i jednako wolne, muszą być traktowane równo. Prawa człowieka wymyśla się dla wszystkich jednostek bez wyjątku, takie same dla każdego. Zarazem uznaje się wszelkie ciała zbiorowe, do których przynależność nie ma charakteru dobrowolnego za nieistniejące. Oficjalnie służy to ochronie wolności jednostki i zapewnieniu jej możliwości nieskrępowanego niczym rozwoju, zwanego samorealizacją. Ale kiedy w imię jej wolności obali się wszelkie drogowskazy i ograniczenia (religia, tradycja, moralność) niezależne od jej woli, której nie można już podeprzeć niczym, co nie podlega dyskusji, niczym poza własnym widzimisię, staje się ona nieporównywalnie bardziej podatna na mody, ideologie i inne owcze pędy. Taka jednostka to codzienny materiał roboczy rozmaitych zawodowych zwodzicieli – agitatorów, socjotechników, specjalistów od marketingu, reklam i wizerunku – którzy fachowo wypiorą jej mózg i wmówią wszystko, co każą ich mocodawcy. Stary, jeśli chcesz mieć własny styl, to ubieraj się tak jak wszyscy i nie pytaj nawet, dlaczego, bo cała reszta cię wyśmieje. Tak, tak, liberalny indywidualizm prowadzi w praktyce do uniwersalizacji gustów, stylów i zwłaszcza opinii, formalnie wolnych, a przecież zręcznie sterowanych przez nie wiadomo kogo. Pod płaszczykiem frazesów o pierwotności i suwerenności jednostek zawsze kryje się „samotny tłum” ze znanej książki Dawida Riesmana. Społeczeństwo jednostek równa się społeczeństwo masowe. Od chwili emancypacji tłumów w imię wolności jednostki podczas Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej niewiele się w tej kwestii zmieniło. „Człowiek jest dzisiaj wolny jak zbłąkany wędrowiec na pustyni.” – uśmiecha się smutno Mikołaj Gómez Dávila (1913-1994).

Po drugie, skoro wszystkim jednostkom przysługuje jednakowa wolność, a państwo stanowi jedynie ich emanację (ujmowanie państwa jako bytu niezależnego od społeczeństwa z daleka cuchnie „faszyzmem”), musi mieć ono ustrój egalitarny. Społeczeństwo jednostek przekłada się na demokrację – państwo równości politycznej. Służy ona, ma się rozumieć, szczególnie ochronie praw i wolności jednostki, zapisanych w demokratycznej konstytucji, przyjętej w referendum przez tłumy jednostek, kierujących się swą suwerenną chwilową wolą. Ponieważ poszczególne jednostki nie różnią się istotnie od siebie, a ich wola nie podlega żadnym merytorycznym kryteriom oceny (myśl o ustanowieniu takich to faszyzm), jedynym możliwym sposobem podejmowania decyzji staje się reguła numerycznej większości. I owa większość, albo raczej ktoś, kto w jakiś sposób zdoła choć na moment wytworzyć jej poparcie dla swoich wymysłów, zyskuje daleko idącą władzę nad pozostałymi. Może nie wolno ich wbrew woli pozamykać w obozach ani pozbawić życia, ale wolno na przykład zmusić do odbycia zasadniczej służby wojskowej albo posłania dzieci do laickiej szkoły etc.

Po trzecie, w społeczeństwie równych jednostek istnienie jednostek wyraźnie przerastających inne automatycznie wywołuje niechęć. Jednostki w łatwo zauważalny sposób górujące nad otoczeniem zaczynają być postrzegane jako zagrożenie dla panującej w społeczeństwie równości, a zatem i dla wolności pozostałych (nikt nie może mieć więcej wolności od innych). Co dalej? Wystający gwóźdź trzeba zgiąć, powiada japońskie przysłowie. Jednostki przystąpią do przywracania zagrożonej równości, zmuszając tego, który ponad nie wystaje, by stał się „jak one bezwładny,/ Tak samo grzeczny i zarówno żadny”, jak napisał (skądinąd wybitnie konserwatywny jako myśliciel) Cyprian Kamil Norwid (1821-1883). Numeryczna większość, gdy tylko usłyszy hasło „Wolność w niebezpieczeństwie! Równość w niebezpieczeństwie!”, zgodnie i wedle procedur przegłosuje prawo zmuszające nierównych do bycia równymi. Tak liberalna demokracja rodzi socjalizm w stylu zachodnim; jego przyczyny nie tkwią w żadnych prawach społecznych czy ekonomicznych, którym socjalizm urąga całym swoim jestestwem, lecz w psychologicznym mechanizmie egalitarnej zawiści do wszystkiego, co nas przewyższa. W ostatniej instancji socjalizm jawi się zatem jako wykwit liberalnego indywidualizmu (sic!).

Opisane powyżej procesy stanowią praktyczne konsekwencje czegoś tak, wydawałoby się, abstrakcyjnego, jak przyjęcie pewnej ogólnej koncepcji człowieka – uznanie go za jednostkę: za egoistyczny i egocentryczny atom, fruwający sobie w próżni gdzie akurat zechce i dla kaprysu lub przypadkiem zderzający się z innymi atomami. W rezultacie tego założenia pojawia się uśrednione społeczeństwo, w którym „Nie ma już bohaterów, jest tylko chór.”, jak podsumował je Józef Ortega y Gasset (1883-1955). Filozof ów zresztą dał jeden z najlepszych opisów świata zawistnych jednostek w słynnym eseju „Bunt mas” z 1929 r. Ale przygnębiający obraz całkowicie się zmieni, jeżeli zamiast za jednostkę uznamy człowieka za osobę.

Te dwa terminy stosuje się często wymiennie, co stanowi poważny błąd, bo kryją one przeciwstawne koncepcje antropologiczne. W przeciwieństwie do jednostki, „człowieka bez właściwości” rodem z książek Musila, osoba zawsze posiada kontekst społeczny. Mówiąc prościej, osoby różnią się od siebie tysiącami szczegółów – są sobie nierówne (nie dochodzi do błędu utożsamienia wolności z równością), inaczej niż zglajchszaltowane jednostki. Społeczeństwo osób dobrze opisują słowa amerykańskiego reakcjonisty Ralfa Adamsa Crama (1863-1942): „Pierwszym prawem w Księdze Człowieka jest nierówność. (…) [Ludzie] znacznie bardziej niż cechami fizycznymi różnią się od siebie inteligencją, charakterem, zdolnością do robienia tego czy tamtego i do radzenia sobie w życiu. (…) Społeczeństwo, które tego nie uzna i podejmie próbę usunięcia tych różnic, nie przetrwa długo i ulegnie rozkładowi w smutnych i przykrych okolicznościach”. (Swoją drogą przytoczony cytat pochodzi z pracy o znamiennym tytule „Koniec demokracji” z 1937 r.). Ponadto osoba, by móc się harmonijnie rozwijać, potrzebuje interakcji z innymi osobami. Ramy dla nich tworzą naturalne wspólnoty: rodzina, społeczność lokalna, naród, państwo. Osoba nie zwiera żadnej umowy o wstępowaniu do nich, nie przyjmuje ich w głosowaniu ani nie wyraża osławionej „świadomej i dobrowolnej zgody” w inny sposób. Obowiązki zaś wynikające z przynależności do tych niedobrowolnych wspólnot traktuje jako element naturalnego stanu rzeczy, a nie zło konieczne, sztucznie ustanowione dla obrony jej interesów. Uczestnictwo we wspólnotach implikuje jakieś uporządkowanie nierówności pomiędzy ich członkami. Tylko wtedy istnienie nierówności posiada sens: silniejsi osłaniają słabszych, mądrzejsi prowadzą głupszych – nie ma mowy z jednej strony o demoliberalnej czy socjaldemokratycznej „pomocy społecznej” opiekuńczego państwa, a z drugiej o darwinizmie społecznym. Ale wówczas demokracja traci swą ideologiczną podbudowę…

Tak to przynajmniej wyglądało w klasycznej refleksji katolickiej. Niestety we współczesnym języku szlachetne słowo „osoba” sprostytuowało się, jak zresztą większość słów. Zawłaszczyli je różnej (a właściwie jednej) maści progresiści i chadecy, którzy sami siebie tytułują „personalistami”, choć znacznie bardziej niż na to, zasługują na przydane im przez innych miano katolewaków. Kręgi te, zwykle skupione wokół wyjątkowo napuszonych czasopism („Obłudnik Powszechny” w Polsce, „La Croix” we Francji), powtarzają wyraz „osoba” jak mantrę przy każdej okazji, choć w rzeczywistości pod jego osłoną przeszczepiają na płaszczyznę religijną społeczną i polityczną koncepcję jednostki liberałów. Hołdujący owej koncepcji zwolennicy tzw. nowej teologii byli głównymi inspiratorami opłakanych reform Soboru Watykańskiego II, a ich myśl do dziś wywiera decydujący wpływ na życie Kościoła. Skutkom poświęcono już setki tysięcy stron tekstu; kolejny argument na rzecz przywrócenia osobie należnego jej znaczenia. Osoba, nie jednostka, powinna być filarem porządku teologicznego, społecznego i politycznego.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.