Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » JKM i Roman Dmowski

JKM i Roman Dmowski

Jacek Bartyzel

Pod postem, a właściwie memem, prof. Adama Wielomskiego o „Korwinozaurze” zaczęła się rozwijać dość ciekawa dyskusja, w której wysunięta została (przez p. Szymona Króla) teza o podobieństwie poglądów Janusza Korwin-Mikkego i Romana Dmowskiego. Uważam, że jest to teza fundamentalnie mylna.

1. W przeciwieństwie do JKM Dmowski z pewnością nie był nigdy liberałem w najbardziej elementarnym, filozoficzno-politycznym sensie tego słowa, którego sednem jest antropologiczny indywidualizm, uznający jednostkę za byt samoistny, samoposiadający się i niemal samowystarczalny, a z innymi jednostkami wchodzący jedynie – dla własnej korzyści – w interakcje kontraktualne, toteż i rozwiązywalne. JKM jest oczywiście liberałem w tym sensie – wielokrotnie nawet definiował Prawicę jako stawiającą w centrum Jednostkę, a contrario do kolektywistycznej Lewicy (to on pisze te słowa majuskułą, nie ja), co jest oczywistą nieprawdą (wynikającą też z błędu nieodróżniania jednostki od – zakorzenionej – osoby oraz kolektywu mechanicznego, uskutecznianego przez władzę totalitarną, od naturalnego organizmu): przypomnijmy, że klasyk konserwatyzmu Louis de Bonald pisał: „nowocześni filozofowie widzieli człowieka jako jednostkę i stworzyli fikcję człowieka indywidualnego, filozofię chcę stworzyć filozofię człowieka społecznego, filozofię my”. Dla Dmowskiego w centrum uwagi i troski jest oczywiście pewna zbiorowość, czyli naród, a różnica ta staje się jeszcze bardziej przepastna, odkąd, pod wpływem tego, co zobaczył w Japonii, w Podstawach polityki polskiej zmienił swoją definicję narodu z woluntarystycznej (mówiąc w pewnym uproszczeniu: jednostka przystępuje do narodu, biorąc na siebie dobrowolnie obowiązki narodowe) na deterministyczną (w pewnej szerokiej sferze czynów jednostka nie ma własnej woli, tylko narodowe obowiązki narzuca jej bez pytania o zgodę fakt, że się w tym, a nie innym narodzie urodziła), co liberała musi już wręcz napawać wstrętem.

2. Rzecz oczywista, że JKM jest ekonomicznym liberałem-leseferystą, bliskim wręcz łagodniejszej (minarchistycznej) wersji libertarianizmu, czyli nienegującej potrzeby istnienia „minimalnego” państwa. Czy Dmowski był leseferystą? Trudno wypowiedzieć sąd kategoryczny, bo gospodarka nigdy nie była w centrum jego zainteresowania i o niej mało co, jeśli w ogóle, pisał. Można wszakże ostrożnie powiedzieć, że w ogólnym sensie aprobował system kapitalistyczny, ale nie czynił z tego nigdy jakiegoś podstawowego artykułu „wiary politycznej”, tak jak JKM, poza tym na pewno nie zgodziłby się z absolutną suwerennością sfery ekonomicznej od interesu narodowego i polityki narodowej.

3. Prima facie obie postaci łączy cywilizacyjny okcydentalizm, a w szczególności anglofilia. Jednak i to podobieństwo jest pozorne. JKM jest „wykarmiony” myślą anglosaskiego liberalizmu klasycznego, acz raczej ekonomicznego niż politycznego. Dmowski natomiast podziwiał przede wszystkim to, co można nazwać „instynktem państwowym” Brytyjczyków oraz skutecznością i rozmachem budowania przez nich imperium. Przynajmniej we wczesnej fazie jego myśli cenił też angielski parlamentaryzm (i w tym można go po części uważać za politycznego liberała, za to JKM – nie), za to jednak, że był on tak skonstruowany, że nie dopuszczał do anarchii i eliminował z miejsca kierunki skrajne przez dwupartyjność. Bez wątpienia sympatyzował nie z angielskimi liberałami, tylko konserwatystami, ale też tych drugich postrzegał raczej nie jako zachowawców społecznych, tylko jako partię narodową i imperialną, odpowiednik nieistniejącego tylko z nazwy w krajach anglosaskich i protestanckich nacjonalizmu krajów romańskich i katolickich.

4. Jeśli chodzi z kolei o też na pozór podobny wątek „rusofilski”, to i tu występują zasadnicze między obu postaciami różnice i nie można go sprowadzić do tzw. orientacji prorosyjskiej w polityce zagranicznej. JKM jest chyba szczerze zafascynowany rosyjskim samodzierżawiem (co, jak zauważyłem już w dyskusji pod memem, w przedziwny sposób łączy z liberalizmem) i z wielu jego wypowiedzi można wyprowadzić wniosek, że Rosja carska w XIX wieku stanowi jego polityczny ideał, jako połączenie despotyzmu politycznego z brakiem zainteresowania sferą gospodarczą; w Rosji, jak wielokrotnie podkreślał, nawet wódkę mógł pędzić każdy, a państwo zadowalało się podatkiem propinacyjnym, utrzymując z niego i armię, i szkolnictwo. U Dmowskiego prorosyjski zwrot polityczny po 1905 roku był zimną, wykalkulowaną koncepcją geopolityczną w obliczu spodziewanej wojny, w której państwa zaborcze staną przeciwko sobie, i nie miał nic wspólnego z jakąkolwiek sympatią. Przeciwnie: gardził nie tylko caratem, ale i Rosjanami jako narodem (ich, w jego przekonaniu, niższość cywilizacyjna wobec Polaków też grała pewną rolę w decyzji o pójściu z Rosją, a nie z wyżej niż Polacy cywilizowanymi, więc przez to groźniejszymi, Niemcami), których notorycznie nazywa „kacapami”. Tu, prawdę mówiąc, więcej wspólnego miałby JKM z obu braćmi Mackiewiczami, rozmiłowanymi w rosyjskiej literaturze, niż z Dmowskim.

5. Jedynym pierwiastkiem stałym „korwinizmu” również obecnym w myśleniu Dmowskiego – bądź co bądź dziecka pozytywizmu – zdaje się darwinizm społeczny (dość powszechny w nacjonalizmach przełomu XIX/XX wieku, ale nawiasem mówiąc, starszy od Darwina i Spencera; pierwszym „darwinistą” avant la lettre, piszącym aprobatywnie, że i w świecie ludzkim „większa ryba zjada mniejszą”, był żyjący w XVII wieku Baruch Spinoza, zresztą pierwszy filozof żydowski, który wszedł do kultury europejskiej). Ale i tu trzeba zauważyć, że w ostatniej fazie myśli, po przełomie „katolicko-narodowym”, z pism Dmowskiego te wątki darwinistyczno-socjalne znikają. Czy przestał tak myśleć? Nie rozstrzygam, bo trzeba by tu mieć wgląd w jego duszę, ale pewne jest, że zdał sobie sprawę, iż tak odrażającej i bezbożnej doktryny nacjonaliście katolickiemu po prostu nie uchodzi głosić.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.