Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Kierunki marszu

Kierunki marszu

Adam Danek

Pan Michał Bąkowski od pewnego czasu niestrudzenie prowadzi ze mną dyskusję na temat tego, czym jest lub powinna być prawica w ogóle, zaś w szczególności w Polsce. W związku z tym po raz kolejny czuję się zobowiązany uściślić pewne twierdzenia, jakie padły w owej dyskusji z mojej strony. Przede wszystkim – celowo przejaskrawiony – pogląd, że szeregi prawicy mógłby zasilić nawet Andrzej Lepper czy Jerzy Urban, gdyby pod wpływem cudownego nawrócenia uklęknął przed ruinami Ołtarza i Tronu, poprzysięgając walczyć o ich odbudowę. Stanowi on egzemplifikację faktu, iż w obecnej dobie Prawicy pozostała jedynie ciągłość idei, a nie ciągłość pokoleń. Innymi słowy, zabrakło prawowitych elit, bezpośrednich dziedziców świata przednowoczesnego, których kolejne warty mogłyby przekazywać sobie sztandar Kontrrewolucji. Niestety, ich linia musiała wygasnąć, skoro przez glob przetoczyły się w krótkich odstępach czasu dziesiątki rewolt, z których każda stawiała sobie za cel ich unicestwienie. W rezultacie wytworzyła się sytuacja opisana niegdyś przez Karola Schmitta: zlikwidować demoliberalny chaos ma prawo każdy, kto znajdzie w sobie po temu wolę – i siłę. Na czele Prawicy stanąć może ktokolwiek, kto odważy się podnieść jej sztandar z pyłu.

No właśnie – p. Bąkowskiego zaniepokoiły moje odwołania do metafory sztandaru, co wyraził następująco: „Jak już mówiłem przy innej okazji, nie zamierzam poddawać się tej [lewicowej – A.D.] dyktaturze, co prowadzi mnie do istotnego sensu terminu ‘prawica’. Jeśli nie ma on być kolejnym pustym lewicowym garnkiem, do którego można zgrabnie wrzucić nieprawomyślnych, jeśli termin ‘prawica’ ma coś rzeczywistego denotować, musi to być pewien styl uprawiania polityki. Prawica powinna (…) oznaczać uprawianie polityki w imię jednostki, ponieważ wystarczająco wiele jest lewicowych ugrupowań, uprawiających politykę w imię kolektywu. W takim razie, sam akt zbierania pod sztandarem, stawania w szeregu, jest już koncesją, jest zaprzedaniem pra(wico)wej duszy lewicowemu czartowi. Bo jakże można w imię jednostki ludzkiej ‘patrzeć na równy tłumów marsz’?”. Jeśli to zarzut, wypada go uznać za zarzut trafiony, ponieważ stoję na przeciwnym stanowisku. Mianowicie, uważam indywidualizm za pierwszą rzecz, jaką Prawica winna odrzucić. Upadek Starego Porządku (ancien régime) przygotował przecież na płaszczyźnie intelektualnej nie kto inny, jak filozoficzni rzecznicy indywidualizmu – twórcy „praw człowieka”, będących przeciwieństwem praw Bożych. To w imię indywidualizmu oświeceniowi myśliciele domagali się wyemancypowania człowieka z wszelkiej tradycji, a ich ciemne myśli ziściły się krwawo w roku 1789. On też legł u źródła fal tzw. rewolucji demokratycznych lat 1848 i 1918, jakie przewaliły się przez Europę, niszcząc pozostałości tradycyjnych urządzeń. Wciąż aktualnym wyrazem indywidualizmu pozostaje retoryka praw – politycznych, społecznych, ekonomicznych, kulturalnych, seksualnych i diabli wiedzą, jakich jeszcze – obracająca każdą zachciankę egoistycznej jednostki w bożka, któremu wszyscy winni są posłuszeństwo lub przynajmniej respekt. Co znamienne, „interwencje humanitarne”, „pokojowe interwencje” bądź „eksport demokracji” organizuje się do państw niedostatecznie o ustrojach niedostatecznie demoliberalnych i niedostatecznie prawoczłowiekowych – czyli za mało indywidualistycznych. Ponieważ w kilku poprzednich epokach konsekwentnie niszczono wszelki obiektywny ład właśnie w imię roszczeń jednostki, podstawowe zadanie Prawicy lokuje się dziś dokładnie po przeciwnej stronie. Jest nim ocalenie resztek więzi wspólnotowych, a następnie ich odbudowa. Chodzi o więzi łączące osobę z innymi w rodzinę, kraj, naród, państwo, Kościół – więzi niedobrowolne, a zatem znienawidzone przez zwolenników modernistycznego i postmodernistycznego indywidualizmu. Nie powinno to bynajmniej budzić obaw o zagrożenie bytu osoby. Najbardziej wyraziste osobowości rodzą się w tradycyjnych układach stosunków społecznych, ponieważ głębokie zakorzenienie we wspólnotach daje ich tożsamości siłę i spoistość. Indywidualizm natomiast stanowi – wbrew pozorom – śmiertelne niebezpieczeństwo dla tożsamości poszczególnych osób, gdyż rozbijając tradycyjne i naturalne wspólnoty, doprowadza do umasowienia ludzkiego życia: tworzy społeczeństwo masowe i kulturę masową. Jeśli każdemu wolno być kimkolwiek, to większość staje się nikim. Komunizm oraz narodowy socjalizm także wyrosły na pożywce indywidualizmu – były patologiczną reakcją na indywidualistyczny świat bez twardych norm. Lecz jedyny pewny lek na anomię indywidualizmu to powrót do Tradycji, a tę twórcy owych doktryn mieli w głębokiej pogardzie. Z powyższych względów Prawica nie może „oznaczać uprawiania polityki w imię jednostki”. Dotyczy to również ustroju państwa i nie należy tu przywiązywać wagi do popiskiwania liberałów, którzy we wszelkich dążeniach do budowy silnego państwa i silnego rządu dopatrują się rzekomego „socjalizmu”, dokładnie tak, jak lewacy dopatrują się w nim „faszyzmu”. Dlatego z pełną odpowiedzialnością powtarzam słowa katolickiego konserwatysty z USA Orestesa Brownsona (1803-1876): „Nasłuchaliśmy się już dostatecznie dużo na temat wolności i praw człowieka; najwyższy czas usłyszeć coś o obowiązkach obywatela i prawach władzy”.

Swój artykuł zakończył p. Bąkowski adresowanym do mnie pytaniem: „I co dalej? Polska nie leży w politycznej próżni. Jeżeli nawet jakimś cudem Polacy wyleczyliby się z zarazy, to czy zewnętrzny polityczny układ, w jakim się Polska znajduje, sprzyja odzyskaniu autentycznej niepodległości? Inaczej mówiąc, czy Polska nadal leży między Niemcami a Rosją?”. Przyznaję, że sam nieraz zastanawiałem się, co by się stało, gdyby w Polsce naprawdę nastąpiła „rewolucja z prawa”. Spróbujmy to sobie wyobrazić. Prawica prawdziwa – Destra vera, jak ją nazywa prof. Jacek Bartyzel (ur. 1956), takim czy innym sposobem obejmuje w Polsce rządy; przystępuje do likwidowania liberalnej demokracji i jej ideologicznej bazy – prawoczłowieczyzmu. I co? Demoliberalne państwa zrywają z nią kolejno stosunki handlowe i dyplomatyczne. Wszczynają nagonkę propagandową na skalę całego globu. Na Polskę sypią się sankcje nakładane przez wszystkie organizacje międzynarodowe, do których przystąpiła przez głupotę lub sprzedajność swych elit rządzących. Partie polityczne, przerażone kresem własnego panowania, na wyprzódki nawołują o ingerencję z zewnątrz, skwapliwie obiecując w zamian służyć obcym interesom (to zresztą dla nich nie pierwszyzna). Na horyzoncie rysuje się perspektywa „pokojowej interwencji” ze strony Stanów Zjednoczonych, światowego żandarma liberalnej demokracji… Aby się przed tym wszystkim zabezpieczyć, Polska potrzebuje oparcia geostrategicznego – i tu wracam do pytania p. Bąkowskiego. Polska nadal leży pomiędzy, choć nie pomiędzy Niemcami a Rosją. Z jednej strony jej granice otacza cielsko kosmopolitycznego, demoliberalnego Molocha – jednego, choć o wielu paszczach, takich jak Berlin, Bruksela, Nowy Jork, Paryż, Waszyngton. Z drugiej jednak po staremu znajduje się Rosja – potężne państwo, które do demoliberalizmu i prawoczłowieczyzmu nie ma najmniejszej sympatii, przeciwnie – samo czuje się przez nie zagrożone. I na pewno nie będzie stawało w ich obronie. Sądzę więc, iż Prawica w Polsce powinna sobie postawić za cel zaistnienie strategicznego sojuszu polsko-rosyjskiego.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.