Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Komorowski na granicy

Komorowski na granicy

Adam Danek

Trzeci tydzień lutego rozpoczął się od zainscenizowanej wizyty Bronisława Komorowskiego na przejściu granicznym w Kuźnicy Białostockiej, zlokalizowanym na granicy polsko-białoruskiej. Urzędujący prezydent zjawił się tam, aby w świetle fleszów skrytykować władze Białorusi za zwlekanie z ratyfikacją zawartej z Polską umowy o tzw. małym ruchu granicznym, a także oskarżyć je o grzechy przeciw światowej demokracji i „prawom człowieka”. Wygłosił ponadto szereg tez dotyczących polskiej polityki wobec wschodniego sąsiada. Wśród nich na pierwszym miejscu wypada postawić buńczuczną zapowiedź: „Będziemy stawiać na relacje z Białorusinami, a nie z państwem Białoruś”.

Jeśli p. Komorowski osiągnie coś podobnymi gestami, to nie ratyfikację umowy o małym ruchu granicznym przez stronę białoruską, lecz eskalację napięcia na linii Warszawa-Mińsk i – być może – w dalszej konsekwencji wzajemne retorsje między oboma państwami. Równie dobrze prezydent mógł zmiąć i podeptać egzemplarz umowy przed kamerami (lub podrzeć go, żeby wyszło bardziej efektownie). Z jednej strony narzeka, że Mińsk jeszcze nie ratyfikował dokumentu, z drugiej strony jednocześnie wygraża mu pięścią i deklaruje nieprzyjaźń – przez co tylko opóźni ratyfikację bądź w ogóle ją uniemożliwi.

Nie da się wykluczyć, iż zachowanie p. Komorowskiego to obłudna prowokacja, odegrana dla wywołania wrażenia: my wyciągamy do was rękę, a wy ją odtrącacie. Wpisywałaby się ona wówczas w rosnący od początku roku ciąg prowokacyjnych względem państwa białoruskiego działań polskich polityków z obozu rządowego, a wrażenie, że to Białoruś krzywdzi pełną dobrej woli Polskę w dwustronnych relacjach służyłoby legitymizacji kolejnych, zaplanowanych wcześniej kroków. Jakich? To już sfera domysłów. Intensyfikacja anty-białoruskiej agresji widoczna ostatnio w szeregach polskiej klasy politycznej wskazuje, iż mogą trwać przygotowania do następnej próby wywołania białoruskiego odpowiednika „pomarańczowej rewolucji”. Ale ekipa Aleksandra Łukaszenki niedawno odparła taką próbę z dużą sprawnością. Po co więc rządzący wciągają państwo polskie na drogę tromtadracji w polityce zagranicznej?

W ostatnich latach Rosja i Niemcy dążą systematycznie do osłabienia w Europie Środkowej i Wschodniej obecności amerykańskiej i zamiany jej w obszar przez nie kontrolowany. Ale wewnątrz bloku rosyjsko-niemieckiego także toczy się gra – o korzystniejsze dla jednej lub drugiej strony rozłożenie interesów i wpływów – a jej przedmiotem jest m.in. nasz wschodni sąsiad. W tej grze Polska przystawała dotąd na rolę posłusznego narzędzia „republiki bońskiej”, o czym świadczy choćby ujawniona w zeszłym miesiącu współpraca polskich i niemieckich służb specjalnych przy wywołaniu grudniowych zamieszek na Białorusi. W ten sposób Warszawa krok po kroku popycha pozbawiony alternatyw Mińsk coraz bliżej ku Moskwie. Czy polityka taka zaszkodzi Białorusi – nie wiadomo, bo Rosja to, bądź co bądź, państwo poważne, a przy tym pozbawione w swoich politycznych intencjach obłudy na modłę zachodnią, która walkę o wpływy każe pokrywać ideologicznym bełkotem o zbawczych charakterze demokracji i powszechnym obowiązywaniu wymyślonych „praw człowieka”. Na pewno natomiast zaszkodzi ona Polsce, która sama zadaje sobie polityczne i ekonomiczne straty. Gdy wokół niej trwa miękka rywalizacja między Niemcami a Rosją o kształt układu sił w Europie Środkowej i Wschodniej, Polska, zamiast godzić się w niej rolę cudzego narzędzia i przegrywać swoją przyszłość, powinna postąpić jak samodzielny podmiot i rozpocząć własną grę polityczną względem Berlina i Moskwy. Białoruś jest w niej potencjalnym sojusznikiem, trudnym do zlekceważenia, skoro silniejszych w polskim otoczeniu po prostu nie ma. Wzajemnie się wspierając i koordynując swoją politykę oba państwa zyskałyby na znaczeniu w regionie, zwiększyły stopień swej niezależności od Niemiec i Rosji oraz wprowadziły do rozgrywek na terenie Europy Środkowej i Wschodniej nowy czynnik, co nie pozostałoby niezauważone przez inne państwa, znajdujące się w podobnym położeniu.

Bieżące posunięcia obecnych polskich władz zmierzają do przekreślenia takiej możliwości. Do niedawna wydawało się, że kampanii anty-białoruskiej w kręgach rządowych przewodzi szef MSZ Radosław Sikorski. Teraz doszlusowuje do niego urzędujący prezydent. Myśl polityczna późnej sanacji dla uzasadnienia szczególnej pozycji politycznej przywódcy państwa sięgała po konstrukcje wypracowane jeszcze w XVII i XVIII wieku przez teoretyków francuskiej monarchii, takich, jak biskup Jakub Bossuet (1627-1704), wedle których ten, kto stoi na szczycie piramidy państwowej, wie więcej, niż jego ministrowie, więc jest od nich bardziej kompetentny; np. szef Obozu Zjednoczenia Narodowego płk Adam Koc (1891-1969) w radiowym przemówieniu wygłoszonym w marcu 1937 r. mówił o swoim zwierzchniku, że „z jego pozycji, na której się znajduje, sprawy i potrzeby Polski widać szerzej i głębiej, niż niejednemu z nas z pozoru się wydaje – tam widać jasno spraw i potrzeb Polski całokształt wielki i tak skomplikowany”. W systemie politycznym Republiki Okrągłego Stołu zasada ta najwyraźniej się nie sprawdza – głowa państwa okazuje się równie krótkowzroczna, co minister.

Jeżeli p. Komorowski faktycznie życzy sobie ratyfikacji umowy o małym ruchu granicznym przez Mińsk, to przede wszystkim nie powinien w niej przeszkadzać żałosnymi „demonstracjami siły”, a pod adresem tego, kto ma ją ratyfikować, kierować nie zaczepki, lecz słowa zachęty. Rzeczona umowa z pewnością okaże się dobrym pomysłem: przyniesie w pasach przygranicznych ożywienie handlu i turystyki oraz powstanie nowych podmiotów gospodarczych – ale porozumienie w tak wąskim zakresie to zdecydowanie za mało. W namacalnym interesie Polski leży przygotowanie pakietu dalszych umów, który stworzyłby prawno-międzynarodową podstawę dla możliwie wszechstronnej wymiany i współpracy ekonomicznej z Białorusią. Gospodarki, rynki i mieszkańcy obu państw mogą na niej jedynie skorzystać. Aby zrealizować ten cel, polskie władze muszą jednak dążyć do zbliżenia z rządem Białorusi takim, jaki jest – bo inny nie istnieje.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.