Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Konserwatywne pojęcie własności

Konserwatywne pojęcie własności

Adam Danek

I

Własność należy do kwestii, jakim Prawica przypisuje znaczenie absolutnie podstawowe. Za przykład posłużyć może największa na świecie sieć organizacji antykomunistycznych, nosząca nazwę: Stowarzyszenia Obrony Tradycji, Rodziny i Własności (TFP) – wylicza ona własność wśród kilku bronionych przez siebie fundamentów każdego ziemskiego porządku. (We współczesnych realiach konserwatywne pojęcie własności, o którym będzie tu mowa, odnosić się może wyłącznie do własności prywatnej, ponieważ wszelkie koncepcje „własności społecznej” mają charakter lewicowy, a zatem ex definitione niezgodny z konserwatywnym stylem myślenia.) Amerykański reakcjonista Ryszard M. Weaver (1910-1963) nazywa z kolei własność „ostatnim prawem metafizycznym”, czyli ostatnią zasadą, która swej mocy nie musi dziś dowodzić przez odwołanie do instancji innych niż ona sama. W swym słynnym traktacie „Idee mają konsekwencje” (1948) Weaver pisze:

„Mówimy, że prawo do własności prywatnej jest prawem metafizycznym, ponieważ nie zależy ono od żadnej próby społecznej użyteczności. Własność prywatna opiera się na posiadaniu, to coś jest ‘jego’: proprietas, Eigentum – już sama budowa słów zakłada identyfikację posiadacza i posiadanego. Z kolei ogromna wartość tego pojęcia polega na tym, że coś, będąc prywatną własnością, usunięte zostaje z obszaru sporów. Dogmat tkwi w tym, że własność jest ‘jego’ – tu kończy się dyskusja. Relatywiści na polu nauk społecznych, którzy pragną podporządkować każdego wiecznej kontroli grupowej, uznają to za nieznośną przeszkodę. Ale czyż nie niesie to niejakiej ulgi, gdy czujemy, że możemy się cieszyć tym wspólnym prawem, które nie musi być weryfikowane przez światowych sofistów ani wznosić się i opadać z falą opinii? Prawo do użycia własności jako czegoś prywatnego jest (…) czymś w rodzaju sanktuarium. Jest to prawo, które się samo usprawiedliwia, którego do niedawna nawet nie wywoływano na forum dyskusji, by posługiwać się argumentem, jak jego ‘usługi’ uzasadniają jego trwanie w państwie, które poświęca się kolektywnemu dobrobytowi.”

Kolejne przypływy rewolucji targnęły się na wszystkie świętości; zanegowano rolę tradycji i rodziny, jak również obecność Boga w świecie, a nawet samo Jego istnienie. Instytucja własności oparła się atakom stosunkowo najlepiej. To w niej widzi Weaver przyczółek pozwalający rozpocząć kontrrewolucję, punkt oparcia, na którym wzniesie się odrodzony konserwatywny ład.

Nie ma dziedziny rzeczywistości wolnej od niebezpieczeństw. Nawet najbardziej dobroczynna zasada może w codziennym życiu wyrodzić się w patologiczne formy, zwłaszcza gdy zostanie wyrwana z kontekstu innych zasad, które ją uzupełniają i wyznaczają jej granice. Własność nie stanowi tu wyjątku. Z jej funkcjonowaniem – chociaż, podkreślmy, własność prywatna jako taka jest czymś naturalnym i dobrym – wiążą się pewne szczególne zagrożenia, z których tutaj omówione zostaną dwa.

II

Pierwszy rodzaj zagrożeń wynika z tendencji do absolutyzowania własności, zazwyczaj wynikłych ze skądinąd słusznego odruchu obrony własności prywatnej przed obłąkanymi wymysłami przeciwników tej instytucji. Jej podstaw szuka się najczęściej w prawie rzymskim z jego osławionym „ius utendi et abutendi” – „prawie używania i nadużywania” tego, co się posiada. Problem tkwi w fakcie, iż jako uprawnienie potraktowana tu zostaje również możność „nadużycia” własności, na przykład jej zmarnowania, roztrwonienia czy wręcz zniszczenia – zachowania bezsensowne, nawet (a może zwłaszcza) z płaskiego, ekonomicznego punktu widzenia. Takie, a nie inne ujęcie instytucji własności wyrasta z konkretnej koncepcji antropologicznej leżącej u jego podstaw – błędnej i niechrześcijańskiej. W koncepcji tej człowiek uważa się za swoistego demiurga: ponad jego wolą nie ma żadnych zasad określających, jak powinien władać rzeczą, która stanowi jego własność. Własność zaś to tylko bryła materii, która może posłużyć właścicielowi dosłownie do wszystkiego, ponieważ sama w sobie nie służy do niczego – nie posiada żadnego wyższego sensu. Problem ów rozważał m.in. konserwatysta Adam Henryk Müller (1779-1829), przedstawiciel niemieckiego romantyzmu politycznego, przez modnych politologów i intelektualistów uważany za – a jakże by inaczej! – jednego z prekursorów faszyzmu. Müller, podobnie jak św. Tomasz z Akwinu, wychodzi z założenia, że własność nie służy wyłącznie zaspokojeniu potrzeb jednostki, lecz sama w sobie posiada też pewną funkcję społeczną. Germańska tradycja prawna ujmuje ten fakt lepiej od rzymskiej, indywidualistycznej. Prawo rzymskie to wyraz mentalności czysto handlarskiej, prawo germańskie wyraża natomiast instynkt wspólnotowy, dlatego przyznaje własności odmienny status. Jako przykłady prawidłowego zrozumienia natury własności wskazuje Müller dwie zwłaszcza epoki. W pierwszej, biblijnej — starotestamentowej, własność (szczególnie ziemię) uważano za dobra należące do Boga, którymi ludzie na ziemi jedynie przejściowo dysponują. W drugiej, Średniowieczu, własność (i znów – szczególnie ziemię) przyporządkowywano nie jednostkom, lecz całym rodzinom i rodom. Oba przypadki łączy ujmowanie własności jako elementu szerszego ładu, w który właściciel musi się wpasować, dostosowując swą wolę do jego ograniczeń. Według Müllera własnością najlepiej gospodaruje szlachta ziemiańska, ponieważ w tej warstwie społecznej najsilniejsza jest świadomość, że własność ma charakter „depozytu” – czegoś, co się otrzymało i co trzeba będzie przekazać dalej bez uszczerbku. Źle radzą sobie z tym natomiast warstwy średnie, ponieważ majątek uważają jedynie za środek zaspokajania swych przemijających potrzeb i zachcianek, co z kolei wynika z upowszechnienia wśród nich rzymskiej koncepcji własności. Tymczasem nadużywanie własności z pobudek egoistycznych godzi nie tylko w moralność, ale i we wspólnotę, również polityczną. Ktoś mógłby się tu pokusić o uproszczenie: skoro zdaniem Müllera sposób, w jaki właściciel dysponuje własnością może szkodzić wspólnocie politycznej, to mamy do czynienia z socjalizmem! Nic bardziej mylnego. Müller po prostu konsekwentnie rozwija pogląd, iż własność stanowi filar zdrowej wspólnoty: cały porządek społeczno-polityczny opiera się m.in. na fundamencie własności. Budowę owego porządku opisuje pruski romantyk następująco: „Są w państwie trzy rodzaje własności: prywatna jako podstawa praw jednostkowych; rodowa jako podstawa praw szlachty i praw lennych i własność korporacyjna jako podstawa praw kościelnych”. Zwróćmy uwagę, że wśród trzech wyliczonych przez Müllera rodzajów własności nie ma własności państwowej.

Wracając jednak do meritum, jak można zneutralizować zagrożenie nadużywania własności i powodowanej przez nie demoralizacji, jednocześnie nie poddając tej sfery dalszej regulacji przepisami prawa pozytywnego (co z kolei powodowałoby zagrożenie, którego nie trzeba tu chyba objaśniać)? Odpowiadając na pytanie: kto nie będzie skłonny do bezmyślnego trwonienia czy niszczenia swej własności? Ten, kto ma dzieci, których przyszłość ma obowiązek zabezpieczyć. Dzieci, czyli dziedziców. Konserwatywną odpowiedzią na problem ewentualnego nadużywania własności będzie więc silne związanie instytucji własności z instytucją rodziny. Z ich połączenia rodzi się pojęcie dziedzictwa, fundamentalnie ważne dla myśli konserwatywnej.

III

Obok tego zagrożenia, znanego ludziom od dawna, współczesność stawia nas przed procesem nowym, jakim jest postępujące rozmywanie się samej własności. We właściwym porządku rzeczy własność i osobę właściciela łączy bezpośrednia więź. W epoce papierowego pieniądza bez pokrycia w złocie, czy jeszcze bardziej rozpowszechnionego pieniądza w formie abstrakcyjnych komórek w pamięci komputera, więź ta staje się coraz słabsza, słabsza niż kiedykolwiek. Najlepszego przykładu dostarczają tu ponadnarodowe koncerny, najwięksi dziś właściciele na świecie. Do kogo one należą? Formalnie do dziesiątków czy setek tysięcy ludzi niezdolnych do choćby cząstkowego ogarnięcia ich działalności, nie mówiąc o wpływaniu na nią w jakikolwiek sposób – czyli praktycznie do nikogo. Grozi to ni mniej, ni więcej, tylko dezintegracją instytucji własności jako takiej. Na dłużej oddamy teraz głos Weaverowi, który tak analizuje to niepokojące zjawisko:

„W tym punkcie chciałbym niezwykle stanowczo stwierdzić, iż to ostatnie metafizyczne prawo nie oferuje niczego na obronę tego rodzaju własności, jaki się zrodził z finansowego kapitalizmu. Wręcz przeciwnie – taka własność jest pogwałceniem samego pojęcia proprietas. Poprawienie pojęcia własności, aby pasowało do użycia w handlu i technice, stało się poważniejszym zagrożeniem dla samej własności niż cokolwiek w historii. Abstrakcyjna własność akcji i obligacji, legalne posiadanie nigdy nie widzianych na oczy przedsiębiorstw niszczy powiązanie między człowiekiem a jego majątkiem, bez czego prawo metafizyczne całkowicie traci swe znaczenie. Własność w tym sensie staje się fikcją użyteczną w eksploatacji. W takich warunkach staje się niemożliwe uświęcenie pracy. Własność, której bronimy jako formy zakotwiczenia, czerpie swoją tożsamość z indywidualności. Co więcej, skupienie ogromnych dóbr w formie anonimowej własności stanowi ciągłą zachętę ku dalszej ingerencji państwa w nasze życie i majątek. W sytuacji, gdy dobra są skupione i rozległe, na skalę często dziś spotykaną, wystarczy tylko niewielkie działanie, aby podporządkować je kontroli państwa. Jest powszednim zjawiskiem, że tendencji do monopolu towarzyszy tendencja do własności państwowej. Gdybyśmy posunęli naszą analizę jeszcze dalej, z pewnością byśmy odkryli, że biznes rozwija biurokrację, która dość łatwo może się przekształcić w biurokrację rządową. Duże organizmy przemysłowe do tej pory dość chętnie zwracały się do władz o pomoc, gdyż ich postulat niezależności oparty jest raczej na żądzy zysku niż na poczuciu honoru. Wielki biznes i racjonalizacja przemysłu stają się w ten sposób wspólnikami tego zła, które chcemy przezwyciężyć. Posiadanie za pośrednictwem akcji czyni własność czymś oderwanym, wydzielonym, przeznaczonym do abstrakcyjnych celów, a obszar odpowiedzialności akcjonariusza znacznie się zawęża, podobnie jak to się dzieje z wyspecjalizowanym robotnikiem. Ludzie szanujący własność prywatną są dziś zmuszeni do przeciwstawiania się działaniom podejmowanym w imieniu prywatnych przedsiębiorstw, gdyż korporacje i monopole są formą, w której własność odrzuciła związek osobowy z człowiekiem. Moralnym rozwiązaniem tej sytuacji jest popieraniem oddzielnego posiadania małych własności. Przybiera to formę lokalnych przedsiębiorstw, niezależnych farm, domów zamieszkiwanych przez swych właścicieli, gdzie własność zasadza się na indywidualnej odpowiedzialności. Takie posiadanie angażuje duży obszar woli, poprzez którą człowiek musi być w pełni osobą. To właśnie za umniejszenie woli należy się potępienie kapitalizmowi monopolistycznemu na równi z komunizmem.”

Jak pamiętamy, dzieło Weavera ukazało się dokładnie przed sześćdziesięciu laty. Od momentu napisania powyższych słów scharakteryzowany w nich proces nieustannie przybierał na sile.

Rozmywanie się własności ma jeszcze jeden skutek: zachęca do podejmowania zachowań nieetycznych. Skoro coraz trudniej ustalić co do kogo należy i kto podejmuje na tym jakie operacje, skoro zarządzanie majątkiem coraz bardziej wymyka się wszelkim możliwościom kontroli, perspektywa bezkarności kusi malwersantów i kanciarzy. Weaver konstatuje:

„Co więcej, istnieje naturalne powiązanie między poczuciem honoru a osobową relacją człowieka z jego własnością. Kiedy własność staje się w coraz większym stopniu abstrakcyjna, a równocześnie zanika poczucie powinowactwa, rodzi się silna pokusa do oszustwa skrywającego się za anonimowością. Hiszpańskie przysłowie mówi – niestety trafnie – że pieniądze i honor rzadko znajdują się w jednej kieszeni. W dzisiejszych warunkach pieniądze stają się anonimową zasłoną dla zamożności. Kiedy słyszymy, ile ktoś posiada, nie wiadomo już, co posiada. W dawnych czasach, kiedy istniał honor w pracy, było praktyką, że rzemieślnik umieszczał swe imię na produkcie, a duma rodziny połączona była z utrzymywaniem jakości. Czy były to statki Nowej Anglii, czy żelazo z Pensylwanii, czy tytoń z Wirginii, nazwisko producenta stanowiło publiczne przyjęcie odpowiedzialności za produkt. Wraz ze wzrostem kapitalizmu finansowego, gdy człowiek został oddzielony od swej własności, pojawiła się pewna istotna zmiana w nazwach firm. Nowe produkty straciły wszelki związek z jednostką i przybrały nazwy „General”, „Standard”, „International”, „American”, stanowiące oczywiste maski. Pod tymi maskami może być praktykowany każdy rodzaj oszustwa i nikt się nie wstydzi, ponieważ nikt nie jest zidentyfikowany. W rzeczywistości żadna pojedyncza osoba nie ponosi tu odpowiedzialności.”

Czy istnieje sposób na odwrócenie tego procesu? Niewykluczone. Zachowaniu kontroli nad własnością i rozwijaniu więzi z nią również sprzyja konieczność przekazywania jej potomkom, z pokolenia na pokolenie – a więc traktowanie jej jako dziedzictwa.

IV

Jak jednak należałoby powiązać instytucję własności z instytucją rodziny? Jak sprawić, by dysponowanie własnością przestało być bezosobowym i czysto technicznym manageryzmem, a stało się na powrót gospodarowaniem? (Zwróćmy uwagę na aspekt personalistyczny tego ostatniego terminu: tam, gdzie mamy do czynienia z gospodarowaniem, musi być gospodarz – właściciel i zarządca w jednej osobie.) Przykłady godnych rozważenia rozwiązań zastosowanych w tej materii odnajdujemy w nieodległej jeszcze przeszłości. Wzór mogłaby tu stanowić ordynacja – szczególnego rodzaju majątek ziemski, który na mocy postanowienia założyciela ordynacji musiał pozostać w rodzinie (nie mógł zostać zbyty przez kolejnych właścicieli), w dodatku w nieuszczuplonym stanie (kolejni właściciele nie mogli go użyć pod zastaw pożyczki ani w inny sposób obciążyć długami).

Może nas wszelako spotkać zarzut, iż ordynacje to anachronizm, element minionego świata arystokratów, mający się nijak do obecnej rzeczywistości. Z pomocą przychodzi nam Adam Doboszyński (1904-1949), który w swej głównej pracy „Gospodarka narodowa” (1934) podaje przykłady rozwiązań bliźniaczo podobnych do ordynacji, lecz implementowanych w społeczeństwach nowoczesnych, pozbawionych ziemiańskiej arystokracji: „Homestead Act” wprowadzony w stanie Teksas w 1839 r. oraz analogicznej do niego ustawy uchwalonej w 1909 r. we Francji. Na mocy każdego z tych aktów prawnych właściciel mógł ogłosić swą hipotekę raz na zawsze nie obciążalną, przy czym majątek nie mógł też być sprzedany za długi niehipotetyczne, zaciągnięte przez właściciela. Doboszyński czynił zresztą wprowadzenie podobnej ustawy w Polsce (proponował dla niej nazwę ustawy o „ojcowiźnie włościańskiej”) jednym z czołowych punktów swego „narodowego programu gospodarczego”.

Na zakończenie dorzućmy, że najlepsi właściciele, dający pozostałym dobry przykład, zawsze wychodzili z warstwy społecznej, gdzie konserwatywne rozumienie własności było najsilniejsze, z warstwy tożsamej wręcz z konserwatywnym rozumieniem własności – ze szlachty. Aby wspólnota była zdrowa, również gospodarczo, musi w niej w jakiejś formie odrodzić się szlachta i jej ideały. Szlachta zaś to nic innego, jak szczególne stowarzyszenie rodzin.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.