Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Kontrrewolucja z dna piekieł

Kontrrewolucja z dna piekieł

Adam Danek

Z przyjemnością przeczytałem artykuł p. Adama Wielomskiego p.t. „Homo miastovus” i popisuję się oburącz pod wszystkimi zawartymi w nim tezami. Jednak Autor pominął milczeniem pewne istotne zjawisko, któremu poświęcam niniejszy tekst.

Zgadzam się, ze to miasta wytworzyły rewolucyjną mentalność; ba, ze wstydem przyznaję, iż zdarzyło mi się popełnić na ten temat dwa czy trzy wierszydła. To prawda: bruki, chodniki i jezdnie tłumią „kosmiczny takt” (jak nazwał go Spengler), uniemożliwiając chodzącym po nich ludziom poczucie więzi z opartym na Tradycji porządkiem świata. Miejski zgiełk nie pozwala się wsłuchać nawet w poruszenia własnej duszy. Tysiące istnień tłoczą się na niewielkiej przestrzeni w ceglanych i betonowych klatkach. W tej gęstej, dusznej atmosferze bujnie rozkwitają patologie społeczne, szczególnie przestępczość. Na zapalnym miejskim podłożu kontestatorskie wybuchy to tylko kwestia czasu. Gdyby nie te wylęgarnie wywrotowych postaw, nie doszłoby do żadnej rewolucji: ani protestanckiej, ani antyangielskiej, ani antyfrancuskiej, ani bolszewickiej. Ale … Naturalnego ładu nie można bezkarnie gwałcić. Bóg stworzył każdą społeczność jako organizm. Kiedy wewnątrz wspólnoty rozwijają się nowotwory, ciała obce – miasta, z których wychodzą roznosiciele rewolucyjnej zarazy – organizm społeczny początkowo doznaje szoku, ale potem zaczyna się bronić przed wyniszczeniem. Wytwarzać przeciwciała.

Charakter wielkich, kosmopolitycznych aglomeracji nie zmienił się właściwie od Antyku, kiedy wyrosły pierwsze takie molochy. Na przykład, oto wiktoriańska Anglia – zindustrializowana, postępowa, materialistyczna – krótko mówiąc: nowoczesna. Merry old England od dawna pozostaje na pół bajkowym wspomnieniem; jej wdzięczny, wiejski i dworkowy krajobraz przesłoniły lasy kominów, pokryły magazyny i fabryczne kolosy. Brudne ulice Londynu czy Manchesteru roją się od lumpenproletariatu, elementu zdziczałego i niebezpiecznego. Ulicą rządzą gazety, których właściciele cynicznie, a przy tym profesjonalnie manipulują tzw. opinią publiczną zgodnie z interesem własnym lub zaprzyjaźnionych polityków. Mamy wiek demokracji: wiecowi krzykacze i partyjni demagodzy rozgrywają swe gierki w najlepsze, zgodnie ze swoją ideologią bądź wytycznymi frakcji parlamentarnej. Stara arystokracja musi wejść w biznes albo zostaje wysadzona z siodła. Wpuszcza na swe salony dorobkiewiczów ze słomą w butach, nowomodnych intelektualistów i awangardowych artystów. Wyszydzanie religii stało się tu obowiązkiem towarzyskim, celebrowanym do przesytu. Dyskutuje się o kursach giełdowych, Ibsenie, równouprawnieniu kobiet, emancypacji seksualnej, liberalnej teologii i tym podobnych (skąd my to znamy)… I nagle pojawił się człowiek, który z całej siły trzasnął cały ten zadowolony z siebie, gnijący z niezmąconym spokojem świat w jego upudrowany pysk i w pojedynkę wypowiedział mu wojnę o rząd dusz rodaków. Mieszkał w robotniczej dzielnicy Londynu, władał piórem tak, jak niegdyś rycerz powinien władać mieczem – diablo skutecznie, ale z fantazją – a nazywał się Gilbert Keith Chesterton (1874-1936). Oto widzimy inne miasto – Paryż za czasów Dyrektoriatu. Rewolucja antyfrancuska wytworzyła tu osobliwe stosunki porównywalne chyba wyłącznie do byłych republik sowieckich. U władzy i koryta gangsterskimi metodami utrzymuje się kasta niedawnych politruków i aparatczyków, którym nie chce się już podtrzymywać nawet pozorów ideowości. Chce im się za to obłowić bez wysiłku, więc uprawiają proceder do złudzenia przypominający „uwłaszczenie nomenklatury” w państwach postkomunistycznych. Ci, których trzymają pod butem, ulegli niemniejszej demoralizacji. Wzbiera fala zjawisk patologicznych, zwłaszcza wszelkiej maści przestępstw, od finansowych do seksualnych – ale po tylu wstrząsach naprawdę nikogo to nie obchodzi. W Paryżu, epicentrum kataklizmu, który zabił Francję św. Ludwika, dzieło zniszczenia skupia się jak w soczewce. W tę soczewkę patrzy ukrywający się gdzieś w trzewiach metropolii mężczyzna. Właśnie potajemnie powrócił do ojczyzny, skąd musiał uchodzić w 1791 r. To Ludwik wicehrabia de Bonald (1754-1840). Arystokratyczny reakcjonista spogląda w morze ludzkich nieszczęść i czerpie z niego natchnienie do walki z ich sprawcami, którą będzie prowadził jeszcze przez ponad trzydzieści lat.

Kiedy Bonald penetruje zakamarki wypalonej rewolucyjną pożogą stolicy, przychodzi na świat inny obrońca „Religii i Monarchii” (by przytoczyć jego własną formułę) Honoriusz de Balzak (1799-1850). Ów syn cwanego parweniusza, uwłaszczonego i wzbogaconego w latach wielkiego chaosu, znał od podszewki rzeczywistość tchnących zepsuciem ludzkich mrowisk. W monumentalnej „Komedii ludzkiej” zawarł jeden z jej najbardziej sugestywnych obrazów w historii literatury. Kolejne tomy cyklu tworzą kronikę „podróży do piekieł” odbywanych po zabłoconych paryskich brukach. Sam Balzac w całości odrzucał bagaż rewolucji antyfrancuskiej, na którym pączkowały wielkomiejskie molochy, trwając pod królewskim białym sztandarem. Na drugim końcu Europy w otchłań upadłego miasta zaglądał inny sławny kontrrewolucjonista światowej literatury Teodor Dostojewski (1821-1881). Na dnie jej wąwozów i kraterów dostrzegał okaleczone dusze, z których kamienno-stalowy polip wysysa życie i przerabia na godne litości człowiecze wraki. Jego dzieła miały ukazać, że ocalić tych potępieńców może jedynie integralny powrót do ortodoksyjnego chrześcijaństwa – przebóstwienie porewolucyjnego świata. To w przemysłowych ośrodkach zdemoralizowanych klęską, wrzących Niemiec narodziła się idea obalenia nowoczesnego anty-porządku za pomocą jego własnych wytworów – Rewolucja Konserwatywna. Czołowy filozof ruchu, Oswald Spengler (1880-1936), pozostawił niezwykle plastyczny portret „duszy miasta”: jego specyficznego stylu życia – i zgubnych owoców.

„Miejski asfalt rodzi wyłącznie demokratów, biurokratów i dziwki.” – powiada ostatni z wielkich wyrazicieli ducha Reakcji, Mikołaj Gómez Dávila (1913-1994). I on spędził całe życie w miejskim tyglu. Odgrodził się od jego natrętnego brzęczenia ścianami biblioteki – eremita w sercu metropolii, której dudnienie nie milkło nawet nocami, kiedy powstawały jego zapiski. Spuścizna tamtych nocy jeszcze długo będzie pokrzepieniem dla kolejnych pokoleń niegodnych żołnierzy naszej sprawy. Nie powinniśmy lekceważyć znaczenia, jakie mają dla niej kosmopolityczne miasta – symbol i esencja nowoczesności. Być może to z nich wyjdą kiedyś legiony Kontrrewolucji, skoro uformowały wielu jej generałów. Wszak nauczyć się walczyć można tylko na froncie, na polach bitew.

Oczywiście, piszę te słowa w gomułkowskim bloku z wielkiej płyty, gdzie mieszkam od urodzenia…

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.