Jesteś tutaj: Publicystyka » Łukasz Kobeszko » Kontrrewolucja w nowym tysiącleciu czyli trochę uwag o kondycji młodej prawicy narodowej

Kontrrewolucja w nowym tysiącleciu czyli trochę uwag o kondycji młodej prawicy narodowej

Łukasz Kobeszko

Dzisiejsze czasy jak ognia unikają wielkich manifestów, patetycznych inscenizacji, podniosłych symfonii. Kilkunastominutowe suity, grane przez artrockowe grupy lat 70. leżą gdzieś w muzycznych archiwach, wracają do nich jedynie grupki romantycznych pasjonatów. Wagnera wystawia się co roku na festiwalu w Bayreuth, ale ponad 270 minut muzyki potrafi wciągnąć nielicznych. Najgrubszą chyba dziś książką jest spis telefonów. „Cichy Don” Michała Szołochowa (ktoś zapyta dlaczego akurat ten przykład?) nie jest bohaterem masowej wyobraźni. Z dłuższych filmów robi się skrócone remake`i. Kto wysiedzi dziś na całym Kurosawie? Przełom wieków wpycha nam do głowy szybkość i skrótowość. A także niechęć do powagi. Lepiej wszystko obrócić w żart. Taka post — postmodernistyczna stylistyka. Kogo obchodzą sprawy wielkie? Miło pośmiać się ze Średniowiecza, Inkwizycji, Habsburgów, II wojny światowej. Nie jesteś za demokracją i społeczeństwem otwartym? — ha, ha, ha, masz jednak to poczucie humoru. Chodzisz na jakąś starą Mszę, tyłem do wiernych i po łacinie, no, nie, nie żartuj. Piszesz o kryzysie w Kościele? Naprawdę tak myślisz? Przecież wszystko jest w porządku, Kościół pomaga biednym. Księża to dopiero potrafią młodzież zająć — zamiast siedzieć po klatkach schodowych to mają teraz siłownię na parafii. Po co im jakaś polityka, kogo to dzisiaj obchodzi, do nich trzeba o konkretach, zresztą lepiej zajmij się sobą, źle ci czy co…

Pisanie w pierwszej osobie liczby mnogiej nie jest zbyt dobrze dziś widziane. Tak jak wszelkie uogólnianie. Spróbuję jednak to zrobić. Jeśli ktoś zupełnie nie odnajdzie tu cząstki własnych przeżyć — cóż — niech mi to nie będzie poczytane za pychę.

Kontrrewolucjoniści przełomu wieków. Gdy wspomniane zespoły artrocka wydawały najlepsze płyty, Bóg sprawił, że przychodziliśmy na świat, albo niebawem mieliśmy się na nim pojawić. Sobór Watykański II zadomowił się już mocno w naszych kościołach. Chrztu nie pamiętamy, Pierwszą Komunię już tak, bardziej tez jeszcze za mgłą, początki lat 80. Nie każdy pamięta, ja w każdym razie nie, czy na klęcząco czy już w szpalerach, stojąc. Bardziej pamiętam jasny garniturek i zdjęcia z księdzem w albumie. Kiedyś zdarzyło mu się na niedzielnej Mszy powiedzieć jakiś fragment po łacinie. Nikt nic nie rozumiał. To akurat zapamiętałem. Ale inni nie znają tego księdza, co się z nim później stało?

Dorastaliśmy, przyszedł reżim demokratyczny. Rożne były nasze do kontrrewolucji drogi — najpierw wisiało w pokoju zdjęcie Marszałka, płyta z „I Brygadą”, goń bolszewika pod buławą wodza naszego, tak jak na pierwszej płycie „Legionu”. Socjalista, bo socjalista, ale gonił czerwonych.

Potem, pierwsze artykuły i książki, Dmowski, Brygada Świętokrzyska, RNR Falanga, Piasecki. Nowe zdjęcia na ścianach. Zmieniały się tak szybko, jak plakat z Iron Maiden na plakat z Exploited. Potem królowie — najpierw Chrobry, bo najbliżej mieczyków, potem Jagiellonowie, potem Burboni, Jakobici, Habsburgowie. W końcu katolicka monarchia. Dyktatorzy, nawet najlepsi, przemijali wraz ze swoim pokoleniem. Ich następcy zazwyczaj nie dorastali im do pięt. Monarchia to coś najbardziej logicznego.

Niektórzy mówią, że instynktownie zawsze byliśmy tradycjonalistami. Tak, zaiste Msza Wszechczasów jest czymś najbardziej naturalnym, jak by była (bo i jest) od zawsze. Adam Michnik w rozmowie z x. Józefem Tischnerem i Jackiem Żakowskim — wszyscy wspominają o abp. Lefebvre, który zwalczał demokrację i chciał teokracji. Pomyśleliśmy wtedy — o to chodzi! Przypomina się migawka z 1988 r. z telewizji, okres późnej podstawówki, jakiś biskup wyświęca innych biskupów „bez zgody Papieża”. Wtedy prawie nikt nie wiedział, o co chodziło. Wpadają do ręki pierwsze książki. „Kościół przesiąknięty modernizmem” etc. Pierwsze Msze Tradycji. Mszał Rzymski, znaleziony gdzieś między książkami na półce. Zakurzony, babcia kupiła jeszcze przed reformą liturgiczną, chyba ostatni taki mszał, z 1963 r. z imprimatur bpa Karola Wojtyły…

Połowa lat 90., jesteśmy na studiach. Dlaczego wybrałeś politologię? No co ty, idziesz na filozofię? Co ty będziesz po tym robił? Kolejne spektakle demoliberalnej „elitki”, wybory prezydenckie, głośno krzyczy Liga „SLD = KGB”, w telewizji Cejrowski i pampersi, „Fronda” atakuje. Wszyscy naokoło — faszyści, tradycjonaliści, piszą o Korneliuszu Codreanu, renesans konserwatyzmu. Oczywiście w swoim piśmie pokazywali ciekawe rzeczy i do tej pory zdarzy się ciekawy materiał. Niektórzy się nawet na ten chwyt nabrali. Pampersi mówią w telewizji: chcemy, by wartości katolickie i konserwatywne nie były ignorowane w debacie publicznej w Polsce. Tylko tyle? To nie walczymy o zwycięstwo Jednego, Świętego, Powszechnego, Apostolskiego Kościoła na całej ziemi? O jego tryumf nad wszelkimi herezjami? Jaką debatę można prowadzić z heretykiem? Jaką debatę z wyznawcą fałszywej religii? Jaką debatę z Diabłem? Przyszłość to potwierdziła, chodziło o „miejsce w debacie”, pięć minut w telewizji, pracę w instytucjach rządowych po wygranych przez AWS wyborach. Potem stara melodia, ekumenizm, ruchy odnowy (czytaj: destrukcji) w Kościele, cześć dla uznanych „autorytetów moralnych”, nowa, sprotestantyzowana msza. Koniec snu.

Mamy przełom wieków. Zostaliśmy my, kontrrewolucjoniści. Jesteśmy w innej sytuacji niż Edmund Burke czy Józef de Maistre. Oni mogli liczyć na broń, chłopów wandejskich, emigrację porewolucyjną, mającą duże wpływy na salonach Europy. My nie mamy broni. Mamy Internet. Już nie tak, jak 5 lat temu. Mamy możliwość błyskawicznego dostępu do informacji, rozmów na listach dyskusyjnych, pisania i publikowania w sieci swoich artykułów. Wielu z nas w codziennych tam dyskusjach i sporach dalej wykuwa swoja tożsamość. O wielu rzeczach, ludziach czy ideach dowiedzieliśmy się dzięki ekranowi komputera. Nasze idee mogą być wszędzie. Ale i nigdzie. Czasami zaczynają się wątpliwości. Mała liczba odwiedzin na liczniku strony, po zajrzeniu do statystyk widzimy, że to często te same adresy. Znowu ten śmiech, że jesteśmy jakąś egzotyką.

Ale stanęlibyśmy na przegranej pozycji, gdybyśmy z możliwości prezentowania naszych idei nie korzystali. Nam nie chodzi o miejsce w „publicznej debacie”, bo i tak je mamy. Nie potrzebujemy na nie koncesji Systemu. Zresztą czym jest dzisiaj owa „publiczna debata”. Jak pisał już po II wojnie światowej Juliusz Evola, dzisiejszy, zniewieściały świat dyskutuje tylko o notowaniach giełdowych, dziurach w budżecie i wyścigach samochodowych. W takim świecie na równych prawach dyskusji w telewizji występuje dewiant sexualny, ofiara powodzi czy przywódca partii antysystemowej. Taka debata nas nie interesuje, choć zawsze gdy będzie taka możliwość, zaprezentujemy swe sztandary.

W przeciwieństwie do innych nie mamy złudzeń. Nie wiemy, w jakiej mierze można jeszcze mówić o niepodległych państwach, armiach narodowych, suwerenach sprawujących władzę. Słyszymy wokół powtarzane do znudzenia zaklęcia „Europa się jednoczy”. Na jakiej podstawie? Nie będzie to przecież Europa Karola V, Imperium W Którym Słońce Nigdy Nie Zachodzi, nie będzie to Europa Filipa II, budującego Escorial, jak pisał Reinhold Schneider, w rytm godzin brewiarzowych. Nie będzie to Europa wielonarodowej monarchii katolickiej Habsburgów, zniszczonej w 1918 r. Nie będzie to Europa Wagnera, walców Straussa, Wiednia, dyplomacji, która nie obraduje, a tańczy. Będzie to karykatura Europy, o jakiej pisał Evola.

Nie mamy też złudzeń co do kryzysu w Kościele, sięgającego samych jego szczytów. Nie boimy się nazywać prawdy po imieniu. Wiemy, że 30 posoborowych lat to 30 lat postępującej destrukcji i apostazji wielu. Nie zadawalają nas połowicznie środki, wiemy, że to my także jesteśmy dziś odpowiedzialni za dalsze trwanie Tradycji.

Jesteśmy więc w pewnym sensie współczesnymi arystokratami. Często nie tymi z nazwiska czy urodzenia, którzy skompromitowali swoim zachowaniem własny stan. Jak to kontrrewolucjoniści, jesteśmy arystokratami ducha. Nam zostało powierzone dziedzictwo błękitnych sztandarów, dziedzictwo starej Europy, legend, które jeszcze znali nasi dziadkowie. Opowiadanych i w zielonej Irlandii, i w chłodnej Skandynawii, na równinach Mazowsza i górskich wioskach Karpat.

Nie należymy więc do dzisiejszego świata, dla którego jedyną świętością jest tolerancja i multikulturowe społeczeństwo, a jedynym tabu — Holocaust. Nie chcemy „dobrodziejstw”, jakimi obdarza nas współczesna demokracja, a które, by powtórzyć za Ernestem Juengerem, sprawiają, że „życie staje się nudne jak myśli pasażera tramwaju o trzeciej po południu”. Wybory parlamentarne, prezydenckie, kolejne pokazowe festiwale łgarzy. Istniejemy obok tego wszystkiego.

Taki to już los nas spotkał. Nie znamy przyszłości. Miejmy jednak świadomość, jakich dóbr strzeżemy, nigdy nie zapominając, że jedyną siłą, która kieruje historią jest Wszechmogący Bóg, w którym wszystko będzie miało ostateczne i sprawiedliwe spełnienie.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.