Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Artur Sobiela: Którędy do universitas?

Którędy do universitas?

Artur Sobiela

Jako wykładowca akademicki przeżyłem w tym roku szok cywilizacyjny. Zetknąłem się bowiem z nowym typem studenta: studenta-postmodernisty. (…) Takie pojęcia jak porządek, dyscyplina, autorytet, wykonywanie poleceń – to słowa już nie tylko tym młodym ludziom nieznane, ale wręcz dla nich niezrozumiałe (…). Upowszechnił się pogląd, że wykładowca to jest jakiś kelner, lokaj, który będzie biegał za studentami i prosił ich, aby cokolwiek przeczytali.

Dr hab. Adam Wielomski, Powrót do dyscypliny, Myśl Polska, 2008, nr 8 (1676), s. 19.

Szkolnictwo wyższe stało się masowe (…). Masa ciśnie w dół (…) teraz to jest masówka, która pełni różne funkcje, między innymi parkingu dla bezrobotnych.

Prof. zw. dr hab. Bogusław Wolniewicz, wypowiedź dla telewizyjnego programu Ring

Głęboką zapaść polskiego szkolnictwa wyższego widać gołym okiem. Dziewiętnastoletnia młodzież, napierająca tłumnie (choć i z tym „tłumnie” zaczynają się problemy, zważywszy na niż demograficzny, zniesienie obowiązku zasadniczej służby wojskowej, obiektywną trudność studiowania fachowych kierunków politechnicznych, nasycenie rynku czy brak perspektyw znalezienia pracy po kierunkach humanistycznych) na uniwersytety jest obecnie kompletnie nieprzygotowana tak merytorycznie, jak i – co smutniejsze – społecznie, do roli uczestnika wspólnoty naukowej universitas.

Powody takiego stanu rzeczy widzę dwa, z czego pierwszy jest nadrzędny. Jako (będący na początku swej naukowej drogi) historyk idei zawsze dostrzegam nadrzędność tychże właśnie IDEI — wcielanych przez realizujące je grupy polityczne drogą ustawodawczą — nad innymi czynnikami, które są już tylko wynikiem, skutkiem obranego KIERUNKU MYŚLENIA. Nadrzędną ideą, konstytuującą stan rzeczy AD 2011 (ale realizowaną de facto od drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych) jest EGALITARYZM. Wszyscy przedstawiciele elit politycznych III RP, niezależnie jak bardzo „różnią” się w oparach codziennej walki na personalnym froncie władzy, wspólnie prześcigają się w peanach nad „zauważalnym wzrostem w Polsce odsetka osób z wyższym wykształceniem”.

Ja natomiast jestem z przekonania anarchoindywidualistą, a co za tym idzie elitarystą oraz zwolennikiem wolności połączonej z odpowiedzialnością. Lubię także powoływać się na niezmienne prawa ekonomiczne, a takim niezmiennym prawem jest występowanie zjawiska inflacji. Z tego stanowiska, czego nie zamierzam ukrywać, czynię niniejsze obserwacje. Demokratyczni politycy zachwycają się jak zwykle liczbą i jak zwykle stosują protestanckie kryteria oceny rzeczywistości: w „złej” PRL było kilka procent ludzi z wyższym wykształceniem, teraz w „dobrej” demokracji, „dobrym” systemie mamy ich kilka razy więcej. Rosną słupki, biegną paski, szaleją wskaźniki, migają kolory. Gdzie w tym wszystkim podziali się ludzie i ich faktyczny poziom wykształcenia? Żeby odpowiedzieć na to przesadnie udramatyzowane przeze mnie pytanie, wróćmy do naszej inflacji. Tak jak od rzuconej na rynek bezwartościowej masy wydrukowanych państwowo pieniędzy nie poprawi się faktyczny stan gospodarki, tak od masy wydrukowanych dyplomów ukończenia uczelni wyższych nie wzrośnie magicznie „mądrość” społeczeństwa. Tak jak od ciągłego dodrukowywania (czy od lat raczej dodigitalizowywania) pieniądza obniża się jego wartość, tak w procesie masowej skolaryzacji obniża się wydatnie wartość wykształcenia, czyli jego POZIOM.

Nie będę tutaj szerzej udowadniał tego zjawiska na przykładach, chociaż jako prowadzący od czterech lat zajęcia dla studentów „ćwiczeniowiec” mógłbym sypać jak z rękawa anegdotycznymi historiami o tym jak od studentki drugiego roku stosunków międzynarodowych dowiedziałem się, że Józef Stalin był nazistą, jak studenci I i II roku tegoż kierunku nie potrafili wskazać mi na mapie Meksyku, nie mówiąc już o tak skomplikowanych obszarach jak Walia czy Katalonia. Ja, głupi, w swojej naiwności, myślałem że przygotowani do zajęć (uprzednio kilka razy podkreśliłem i spisałem wymagania) studenci będą odpowiadać na pytania o Adygeję, Emilię-Romanię, Estramadurę, Banat… Ale dość o tym. Te wstydliwe fakty są opowiadane sobie przez prowadzących jako anegdoty, jednocześnie jednak nie robi się nic, aby przeprowadzić faktyczną ZMIANĘ SYSTEMOWĄ, polegającą na powrocie do egzaminów wstępnych, powagi i autonomii uczelni, wymagań i dyscypliny. O tym wszystkim za chwilę.

Studenci zdegenerowani działaniem systemu, który stawia ich w pozycji nadrzędnej wobec prowadzącego zajęcia, jako „płacących” za naukę KLIENTÓW państwowych uczelni (o degeneracji prywatnych placówek nie chce mi się nawet wspomnieć), korzystają ile wlezie ze swoich PRAW. Przecież w ewentualnym starciu z prowadzącym czy przy „problemie” wystawienia zasłużonej oceny niedostatecznej poprą ich i tak czynniki nadrzędne: opiekunowie roku, kierownicy instytutów, dziekani… Gdyby bowiem zastosować normalne kryteria oceny, przynajmniej na kierunkach humanistycznych, uczelnie by się wyludniły nie tylko ze studentów, pracownicy naukowi, administracyjni i inni straciliby stanowiska, a rozbuchane, przeinwestowane, kiczowate budynki uniwersyteckie, trzeba by wynająć… Tylko komu?

Problem poziomu merytorycznego studentów nie jest jednak jedynym i w istocie najgorszym problemem, choć naturalnie jest wystarczającym sygnałem do antysystemowej rewolucji. Prawdziwym problemem wynikającym z przyjęcia egalitarnej ścieżki myślenia, jest „sproletaryzowanie” mas studenckich. Nie! Chwila, „sproletaryzowanie” to złe słowo, w istocie nobilitujące współczesną brać studencką. Proletariusz, robotnik, to człowiek godny, społecznie potrzebny, to fachowiec, profesjonalista, reprezentujący w istocie same pozytywne cechy, których w największym stopniu brak przygniatającej większości dzisiejszych „uczestników zajęć”. To jest raczej „schamienie” mas studenckich. Mas, które wyobrażają sobie, że to prowadzący będzie za nimi biegał i załatwiał wszystko, że ocena dostateczna należy się za sam fakt „uczestnictwa” (w tym wydatnie utwierdza ich wspomniana wyżej „wierchuszka” zarządcza uczelni, do złudzenia przypomina to znane ze starożytności ochlokratyczne sojusze „tłumu” z „arystokracją” czy średniowieczne „ludu” z „władcą” przeciw warstwie średniej, najdotkliwiej odczuwającej ciężar funkcjonowania systemu, w tym przypadku warstwą średnią są magistrowie, doktoranci, doktorzy, profesorowie, administracja, słowem wszyscy prowadzący zajęcia, seminaria, obcujący bezpośrednio z „uczestnikami zajęć”), że w związku z tym ostentacyjnie można się nie przygotowywać na zajęcia, że można zachowywać się jak na stadionie, jak na ławce przed blokiem, siedzieć jak w „szkółce” na lekcji w podstawówce czy gimnazjum, głośno wyrażać „zdania” i poglądy pozbawione elementarnego sensu, a czasami nawet cieszyć się i być dumnym z tego, że jest się idiotą…

To droga donikąd. Jako – powtórzę – anarchoindywidualista, nie mam złudzeń co do tego, że w panującym totalitarnym systemie demokratycznym nic się nie zmieni (chyba, że na gorsze). Nie pojmuję tylko faktu, jak odpowiedzialni politycy (bo i tacy w demokracji się zdarzają) nie zauważają tego, że z tak „wykształconej” merytorycznie i, co ważniejsze, społecznie młodzieży nic nie będzie. Że ludzie, którym wpaja się nie zasady wolności i odpowiedzialności, tylko beztroski i permisywizmu, nie będą dobrymi obywatelami. No, ale cóż, takim tłumem łatwiej będzie zarządzać. Czy oni są w stanie się zbuntować? Tylko, co ci „odpowiedzialni politycy” zrobią z tą armią potencjalnych bezrobotnych, nie mających w tym momencie ŻADNEGO FAKTYCZNEGO WYKSZTAŁCENIA ZAWODOWEGO. Czy to jest ideał pełnoprawnego członka wspólnoty politycznej i społecznej w demokracji? I wreszcie: skąd weźmiemy inżynierów, architektów, lekarzy, matematyków, fizyków, chemików, techników włókiennictwa, informatyków przemysłowych? Być może, a nawet na pewno, nie stawiając żadnych wymagań i rozpowszechniając wirus permisywizmu, infekujemy nim potencjalnych przyszłych przedstawicieli elity, którzy wybiorą drogę na skróty. Od małego dziecka jestem antykomunistą i takie stwierdzenia wciąż ciężko przechodzą mi przez gardło, ale nawet najwięksi konserwatyści przyznają, że w tej akurat materii „za komuny było lepiej”… Czyżby nawet kacykowie PRL rozumieli lepiej interes państwa niż demokratyczni politycy?!

Na koniec przedstawię bardzo krótko moją autorską „koncepcyjkę” reformy szkolnictwa wyższego w Polsce. Zasadza się ona na niezwykle ostrej elitaryzacji tej gałęzi szkolnictwa. Uczelnie powinny według mnie przekształcić się w małe placówki NAUKOWO-dydaktyczne, gdzie przyjmowani będą najlepsi, oczywiście wyłonieni w drodze egzaminów wstępnych, gdzie budżet będzie przeznaczony przede wszystkim na badania naukowe, gdzie powstaną wreszcie warunki do stworzenia prawdziwej wspólnoty universitas, ludzi autentycznie zainteresowanych wiedzą. Ludzi, którzy będą mogli również WYMAGAĆ większego zaangażowania od prowadzących, gdzie zajęcia będą odbywały się za pomocą nie tylko podstawowych środków dydaktycznych (których teraz niekiedy brakuje, a i np. niektóre mapy mają karygodne błędy, wynika to ze zmonopolizowania rynku przez niektóre firmy wydawnicze, kartograficzne itd.). Które to placówki pozwolą na więź mistrzów i uczniów, które będą kształtowały świadomą ELITĘ.

Zdaję sobie sprawę, że brzmi to wszystko jak rojenia nawiedzonego idealisty, zdaje sobie też sprawę z ogromu problemów społecznych, które stoją przed realnie rządzącymi w zglobalizowanym świecie, takim jakim jest w demokratycznej rzeczywistości — przede wszystkim konieczności zapewnienia społeczeństwu warunków do w miarę godnego, dostatniego i bezpiecznego życia. Gołym okiem widać jednak, że ten równie idealistyczny domek z kart zaczyna się sypać na wszystkich poziomach: finansowym, społecznym, politycznym, także edukacyjnym. Może czas pomyśleć o zmianie systemu?

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.