Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Listy czytelnika przez Wojciecha Dzieduszyckiego

Listy czytelnika przez Wojciecha Dzieduszyckiego

Gazeta Lwowska

Od Redakcji: Inaugurujemy nowy cykl artykułów, w którym co jakiś czas prezentować będziemy ciekawe – naszym zdaniem – wypisy z prasy polskiej. Rozpoczynamy cykl publikacją z pewnością interesującą, gdyż pokazuje ona, że nieporozumienia wokół idei legitymizmu nie są w Polsce czymś nowym. Współcześnie często spotykamy się z niezrozumieniem, czym naprawdę jest legitymizm, artykuł z „Gazety Lwowskiej” jest natomiast dziełem dziewiętnastowiecznego autora, który sytuuje się na pozycji obrońcy chrześcijańskiej tradycji właśnie przeciwko (całkowicie błędnie pojmowanemu!) legitymizmowi.

We współczesnej retoryce konserwatywno-liberalnej wiek XIX, szczególnie rozumiany jako lata 1815-1914, często podaje się jako pozytywny punkt odniesienia, czas kształtowania się „dzikiego kapitalizmu”. Tak, „dziki kapitalizm” ma oczywiste i trwałe zalety, ale nie można zapominać o drugiej stronie medalu – ten „długi wiek” to czas rewolucyj (oddolnych, ale też odgórnych, przeprowadzanych rękoma władców), rozbudowy machiny biurokratycznej, rozprzestrzeniania się trucizny demokratycznej i idei nacjonalitaryzmu. Wojciech Dzieduszycki w swoim artykule trafnie rozpoznaje źródła problemów i protestuje przeciwko rewolucji ustrojowej, przeciwko marszowi demokratów przez instytucje, dostrzega przy tym, że władza współczesnych mu monarchów nie opiera się już na trwałych podstawach, dzięki którym władali ich poprzednicy. A jednak, mimo całej przenikliwości, utożsamia legitymizm z biurokracją monarchij absolutnych, gdy rzeczywisty legitymizm pozostaje w ostrej opozycji do biurokracji, przede wszystkim rozumianej jako postępująca ingerencja anonimowego aparatu państwowego w codzienne życie poddanych. Owszem, prawowici władcy mogą panować również w ramach takiej formy ustrojowej, ale absolutyzm nie jest legitymizmem! Doszło więc zapewne do niesłusznego skojarzenia legitymizmu z legalizmem.

Możemy tylko zdziwić się, że autor tak celnie wskazujący zagrożenia dla ładu Christianitas nie orientował się w zagadnieniach najbardziej podstawowych, formułując przy tym swoiste „naiwne pytania” — odnoszące się m.in. do francuskiej uzurpacji Ludwika Filipa i tzw. cesarstwa Hohenzollernów (czyli podboju państw niemieckich przez wiecznie nienasycone Prusy). Mamy nadzieję, że publikacja „Listów czytelnika…” stanie się dla naszych Czytelników okazją do rozważań o prawowitym ustroju, jak również dodatkowym wyjaśnieniem naszej pozycji ideowej.

W artykule zachowaliśmy pisownię i interpunkcję oryginału. Poprawione zostały oczywiste błędy drukarskie.

X

Połowę prawdy przedstawiał absolutyzm, po roku 1815, on bowiem, wyznawał głośno to, że ludzie nie wymyślili urządzeń państwowych, że mają swoje źródło w stosunkach niezawisłych od woli człowieka, a zatem w łasce Bożej. Drugą połowę prawdy wypowiadało stronnictwo rewolucyjne, przezwane liberalnem, które wypowiadało, że nie naród istnieje dla rządu, tylko rząd dla narodu, i że dola człowiek winna być zawisłą od prawa, zabezpieczającego jego wolność jak długo nie popełni sądowo rozpoznanej zbrodni. Tak, jako się prawda dzieliła, tak się dzieliła tradycya na dwoje; tradycya chrześcijańskich społeczeństw stanowiła bowiem, że wielkie narody mają stać pod królem, ale że ten król ma być tylko wykonawcą woli narodu, o królu tylko pamiętał legitymizm, o woli narodu rewolucya. Obie potęgi zwalczały się długo, dziś republikańska i demokratyczna rewolucya, zwyciężyła w jednej Francyi, legitymizm absolutystyczny ostał się w jednej Rossyi, w innych krajach Europy przyszło do kompromisu, w zasadzie zgodnego z prawdą i ze starodawną tradycyą europejską, a nazywającego się rządem konstytucyjnym. Obydwa jednak skrajne obozy nie uwzględniały zgoła tradycyi narodów niepodległych, nienaruszalnych, a tworzących w związku swoim rzeczpospolitę chrześciańską. Rewolucya głosiła hasło kosmopolityczne, legitymizm przeciwnie, odgraniczał ostro państwa, ale granice tych państw stanowił nie według tradycyi, tylko wedle niedawnych traktatów, które dawne królestwa chrześciańskie pokrajały w sposób dowolny. Skoro odrzucono zasadniczy podział społeczeństw chrześciańskich, odrzucono takze tradycyjne przedziały w łonie każdego społeczeństwa, a na gruzach dawnych autonomii prowincyonalnych i gminnych i dawnych przywilejów korporacyjnych, powstawała wszędzie biurokracya scentralizowanego państwa, jednostajna, wszechwładna, mieszająca się do wszystkich spraw ludzkich, gwałcąca nieraz wszystkie uczucia ludności. Jedne tylko uczucia religijne stanowiły pod tym względem pewien wyjątek. Pamięć krwawych walk religijnych, była jeszcze świeżą, a społeczeństwo, które budowało na przekor wszelkiej tradycyi, znało chyba jeden tylko fanatyzm, fanatyzm bezkonfesyjny; ten fanatyzm odzywał się tylko w łonie skrajnego stronnictwa rewolucyjnego, a reszta ludzkości przyszła do przekonania, ostatecznie mylnego, ale politycznie wygodnego, że religia jest rzeczą obojętną. Rządy opiekowały się tedy bez różnicy wszystkiemi wyznaniami, pod tym jednym warunkiem, aby duchowieństwo wszystkich wyznań było zawisłem od rządu, rządowi pomagało, stało się częścią biurokratycznej hierarchii.

Z całej dawnej tradycyi, ostały się zatem tylko prócz religii na razie politycznie obojętne, język i obyczaj społeczeństw, a że tradycyę dawnych samoistności istniejących w łonie państwa odrzucono, przeto używano, jako języka państwowego, języka najliczniejszej albo najpotężniejszej grupy ludzi, w każdem państwie. Racyonalistyczne rozumowanie, panujące w Europie, stwierdziło, że rozmaitość języków jest przeszkodą w rozszerzeniu wspólnej oświaty w załatwianiu wspólnych interesów. Jednolita biurokracya państw nowożytnych, używała przeto nietylko panującego wyłącznie języka w załatwianiu coraz liczniejszych spraw państwowych, ale starała się ten język narzucić wszystkim poddanym każdego państwa za pomocą szkoły i urzędu. W państwie, którego granice powstały przypadkowo, musiały istnieć głębokie różnice społecznych ustrojów obyczajów i języków, które sprawiały, że jednolity biurokratyczny zarząd obrażał głęboko uczucia mieszkańców wielu prowincyj. Czem żywotniejszą była niegdyś tych prowincyj odrębność, tem silniejszem było uczucie niezadowolenia, wywołane przez niejednostajny zarząd biurokratycznych i absolutnych państw, pierwszej połowy stulecia. Wspólna opozycya przeciwko panującemu systemowi, łączyła kosmopolityczną rewolucyę z ludźmi, którzy cierpieli z powodu podeptania żywotnych u nich tradycyj. Obydwa te w istocie swojej przeciwne kierunki walczyły zatem pod wspólną chorągwią politycznego przewrotu, a kiedy zaczęto badać przyczynę lokalnych niezadowoleń, oświadczono, że do praw przyrodzonych człowieka, należy i to prawo, aby się w szkole i urzędzie posługiwał ojczystą mową. A że było dogmatem powszechnie przyjętym, że szkoła i urząd mają w każdem państwie przemawiać językiem tego państwa, wynikła z tego rewolucyjna zrazu zasada, że w przyszłości ludzie, mówiący jednym językiem, mają tworzyć jedno państwo demokratyczne i wolne w łonie europejskiej rzeszy. I to jest zasadą europejskiej narodowości.

Należało się mówić inaczej, należało się mówić, że w imię racyonalistycznych i dowolnych teoryj, albo przypadkowego rozgraniczenia państw, nie wolno krępować swobodnego rozwoju historycznych, tradycyjnych społeczeństw, tworzących indywidua żywe, z których każde w inny sposób i innemi drogami i dążyło do urzeczywistnienia społecznego ideału. Ale takie postawienie kwestyi, było zasadniczo przeciwnem panującym wyobrażeniom, które potępiały przeszłość i wszelką tradycyę jako zabobon odrzucały. Unikano tedy takiego sformułowania kwestyi, i zatrzymano się przy zasadzie narodowości, w imię której stworzono Zjednoczone Włochy i Zjednoczone Niemcy, które obejmują w istocie społeczeństwo tradycyjnie jednolite. Ale zasada źle wypowiedziana, musiała w dalszym rozwoju swoim wykazać wszystkie sprzeczności i niejasności, które w jej łonie tkwiły. Obok języków, które wyrażały myśl dziejową pewnych społeczeństw, istnieje mnóstwo narzeczy, używanych przez lud w łonie jednego społeczeństwa. A gdzież tu znaleść formułę, któraby narzecza odróżniała od języka, i dlaczegóżby się Francya, Niemcy i Włochy nie miały rozpaść na tyle drobnych państw, ile jest narzeczy w różnych okolicach tych krajów. Jakżeż rozstrzygnąć sprawę w łonie Słowiańszczyzny?

Niemcy i Włochy odpowiedziały na to pytanie czynami. To, co było dotąd rozbitem, w większą złączyły jedność, w imię wspólnego i literackiego języka. We Włoszech rozstrzygły przytem jeszcze prądy opinii, o jedności Niemiec stanowiła siła, której się nie przeciwstawiły jednak żadne żądania, domagające się państwowego uwzględnienia prowincyonalnych narzeczy. W Słowiańszczyźnie ta sama sila oświadczyła, że istnieje właściwie jeden tylko język słowiański, i że winno zatem istnieć jedno tylko słowiańskie państwo, przemawiające po rossyjsku, zapewniające rossyjskiemu językowi wyłączne panowanie.

Zasada narodowości była zrazu wymyśloną na to, aby dopomódz tym, którzy chcieli zapewnić jak największą swobodę społeczeństwom w obec rządów jeszcze absolutnych wówczas, a przyjęła się szybko dlatego, że odpowiadała aspiracyom owych żywiołów umiarkowanych, które chciały połączyć wolność z uszanowaniem dawnych tradycyj. Przyczyniła się też niemało do zwycięztwa konstytucyonalizmu. Niebawem radykalniejsze żywioły chwyciły się zasady narodowości we wschodniej zwłaszcza Europie, widząc w niej dzielny oręż dla propagandy demokratycznej. Gdzie lud przemawiał innem narzeczem albo innym językiem jak klasy oświecone, zażądali przewódcy skrajnej demokracyi, aby ten lud uznano jako naród odrębny, i w niejednem miejscu udało się wywołać w ten sposób zaciętą walkę pomiędzy ludem, a zamożniejszemi warstwami społeczeństwa, w której to walce podeptano zupełnie tradycyjne podstawy, i nie dbając o łączność tradycyjną społeczeństw, wysunięto na pierwszy plan jedynie przyrodniczy niejako fakt odrębnej mowy. Nareszcie niektóre rządy a między nimi najpotężniejszy rząd księcia Bismarcka, dały niespodziany zwrot zasadzie narodowości, głosząc, że skoro państwo powinno się opierać na odrębnej narodowości, powinno dążyć do wytępienia wszystkich narodowych odrębności w swojem łonie. I tak zasada wynaleziona pierwotnie celem obrony naturalnych odrębności społecznych, zwróciła się przeciwko nim, radykalizm użył jej na to, aby te odrębności rozłożyć, a biurokracya o absolutystycznym zakroju, rozpoczęła nieznany wpierw ucisk języka i obyczaju, nie w imię czego innego, jak w imię zasady narodowości. Wszystko to było możliwem dlatego, ponieważ odrazu fałszywą postawiono zasadę, racyonalistyczny kierunek nie dopuścił do odwołania się do tradycyj społecznych, i wysunięto na pierwszy plan filologię, która pierwej nie była nigdy czynnikiem politycznym, i która zasadę prostą zamieniła w powód nieskończonych sporów.

Interesa drobnej, osobistej natury, przyczyniły się wszędzie do rozjątrzenia sporów narodowych. Jeśli gdzie zwycięży zasada, że urząd i szkoła mają przemawiać językiem społeczeństwa, wynika z tego naturalnie, że tylko ludzie władnący tym językiem mogą jeść chleb, który urząd i szkoła dają. Ztąd z jednej strony narodowości panujące w państwie widzą interes osobisty jednostek w narzuceniu najgwałtowniejszem swojego języka, prowincyom innej narodowości, a przyzwyczaiwszy się raz do tego, że pewne zastosowanie zasady narodowości daje im chleb, postępują dalej w raz obranym kierunku i przystępują do wywłaszczeń i wydalań obywateli innego narodu przypominających chyba zawziętość dawnych walk religijnych.

Jeśli z drugiej strony istnieje ludowe narzecze, którem warstwy z dawna cywilizowane nie zwykły władać, leży w materyalnym interesie ludzi mniej zdolnych może, ale wyszłych z ludu, chcących posiąść urzęda, aby narzecze zostało zamienione w język urzędowy.

Jakież tedy jest wyjście z chaosu wywołanego przez zasadę narodowości. Wrócić do dawnych tradycyjnych królestw chrześciańskich i nawiązać do przerwanej tradycyi dziejowej, byłoby dobrze, gdyby to było możliwem, ale tę tradycyę tak podeptano i sponiewierano, tak się zaparto ze wszystkich stron, że dzisiaj niepodobna marzyć o powrocie do dawnego prawa międzynarodowego Europejskiego.

Dwory monarchiczne wyparły się swojej dawnej tradycyi zupełnie, już w roku 1815 wypierając się nawet dawnych nazw państw i dawnych tytułów. Ludy później zrobiły to samo. Rewolucya francuska roku 1830 nie chciała zezwolić na to, aby się jej wybraniec tytułował Ludwikiem XIX królem Francyi i Nawarry1 i aby się pieczętował liliami, musiał zostać Ludwikiem Filipem I, królem Francuzów i musiał przyjąć nowy herb, na dowód tego, ze władnie nie tradycyjną Francyą, tylko nowym jakimś narodem, a od tego czasu zniesiono we Francyi nawet królewskość jako rzecz przypominającą przeszłość historyczną. Kiedy później naród włoski stworzył własne mocarstwo nie postawił Papieża na czele rzeszy drobnych królestw i rzeczypospolitych; nikt się nie koronował w Medyolanie żelazną koroną, królów Lombardzkich, nikt białego konia nie przysłał do Lateranu, aby uznać tradycyjne zwierzchnictwo Papieza nad Neapolem i Sycylią i żaden Doża Wenecyi nie wypłynął na Adryatyk, aby poślubić morze; stworzono tylko nowe zupełnie państwo jakiego dotąd nie było na świecie. Podobnież postąpiono w Niemczech, gdzie syn założyciela państwa Fryderyk nie przyjął tytułu Fryderyka V cesarza, jak się podług tradycyi należało, tylko był, nikt nie wie dlaczego, Fryderykiem IIIcim, chyba tylko królem pruskim tego imienia2.

Zasada narodowości jeszcze dotąd roznamiętnia umysły. Jak długo walki narodowościowe trwać będą, nie przestanie umysłów roznamiętniać, bo nawet stronnictwa socyalistyczne przyjęły do swego programu stworzenie grup etnograficznych w przyszłej Europie. Rozwiązanie tej kwestyi leży tylko w tolerancyi narodowościowej, tak, jak walki religijne znalazły swój kres w tolerancyi religijnej. Trzeba, aby państwo nauczyło się językowe różnice szanować, aby się nie mięszało do tego, jakim językiem przemawiają autonomiczne korporacye, aby każdemu umożliwiło pobieranie nauki w swoim języku ojczystym, i aby urząd przemawiał do każdego jego językiem. Na tę drogę wstąpiła pierwsza Austrya, a wszystkie państwa o mięszanej narodowości muszą pójść za jej śladem. Takie rozwiązanie kwestyi językowej nie tę tylko będzie miało korzyść, że ułagodzi namiętne spory, ale sprawi także, że ludzie obcy, pożądając obcych posad, nie będą tem samem rozniecali rasowej nienawiści.

W krajach o ludności mięszanej pod względem językowym, musi urząd przemawiać obydwoma mowami; piśmienne władanie narzeczem ludowem nie jest rzeczą zbyt trudną dla ludzi wykształconych, i wreszcie tylko lenistwo albo opór zawzięty odciągają ich od tak łatwej nauki, a wreszcie w krajach różnojęzycznych należy się koniecznie, aby każdy człowiek wykształcony władał wszystkiemi krajowymi językami.

W ten sposób kwestya narodowości tak, jak ją dziś postawiono, straci swoje znaczenie polityczne; co więcej, pokaże się, że spory te polityczne są rzeczą błahą, i prawnuki nasze będą się dziwić, jak można było chcieć narzucić przemocą jakiś język, albo domagać się koniecznie praw wykształconego języka dla narzecza, nie będącego piastunem ani żadnej dziejowej idei, ani żadnej dziejowej tradycyi. Pozostanie jednak to, co jest istotnie żywotnem w kwestyi narodowości. Chociaż politycznie i formalnie pogrzebano dawne prawo publiczne Europy, i pozrywano urzędowe węzły, łączące z dawną tradycyą, tradycya ta nie zginęła. Gdzie były niegdyś odwieczne królestwa, pozostały odrębne, żywotne, osobiste, że tak rzekę, społeczeństwa, które nie straciły ani wspólnej pamięci dziejowej, ani wspólnych zamiarów na przyszłość. Żyją tem, czem żyły, każde z nich wyrobiło się inaczej od swoich sąsiadów, inaczej musi się rozwijać w przyszłości, jeśli ma się rozwijać zdrowo. Stosunki w różnych społeczeństwach są inne, nazwy te same oznaczają inne warstwy, inne grupy ludzi, inne przekonania polityczne i religijne. Każde takie społeczeństwo, każdy prawdziwy naród, ma swój ideał wspólny, a stronnictwa, które się w łonie tego narodu najnamiętniej zwalczają, kłócą się tylko o sposób przeprowadzenia tego ideału. Gdy się natomiast spotkają z sobą ludzie różnych narodów, mający niby wspólne przekonania, pokaże się wnet, że się nie rozumieją nawzajem. Każdy naród musi własnemi drogami dążyć do celów dziejowych, jeśli ma do nich dojść, i własnym językiem musi wyrażać dalszy rozwój ideałów, wypowiedzianych przez własne piśmiennictwo. I ta rozmaitość jest rękojmią prawdziwego żywego postępu europejskiej ludzkości, ona ją chroni od powszechnych błędów i od powszechnego upadku, ona sprawia, że wtedy, kiedy jeden naród zejdzie na bezdroża i przestanie być robotnikiem bożym w dziejach, znajdą się inne narody, które podejmą przerwaną pracę. I ten spotyka się dziś z mianem odstępcy i z nienawiścią społeczeństwa, który porzuci wspólną pracę narodu swego!

Na to, aby się nawiązały napowrót przerwane tradycye dziejowe, nie trzeba wcale niemożliwej powszechnej politycznej restauracyi, do tego dąży ludzkość inną drogą. Skoro dzisiejsze państwa są nowe, niehistoryczne, przypadkowe, muszą się ograniczyć do tego, obszernego zresztą pola działania, które im oznacza rozum, na którego podstawie powstały, do obrony wspólnej wolności i wspólnego bezpieczeństwa, i do wykonywania wielkich materyalnych przedsięwzięć kosmopolitycznej natury w swoich granicach. Zresztą muszą w swojem łonie dopuścić, aby się ludzie rozwijali umysłowo i społecznie wedle własnych ideałów, o ile te ideały nie przeszkadzają wolności lub bezpieczeństwu innych ludzi, albo nie zagrażają moralnym podstawom wszelkiego społecznego bytu. Zresztą, granice państw muszą z dniem każdym tracić na swojem znaczeniu, tak, aby nie stawiały przeszkody swobodnemu rozwojowi osobistych społeczeństw, przypadkowo rozdzielonych przez te granice. W jednym i w drugim kierunku dąży ludzkość europejska statecznie. Mogą się zdarzać dziejowe epizody, zwracające bieg dziejów na inną drogę, ale to są groble sztuczne, które nie wytrzymają prądu wody, i nawet wtedy, gdy mąż tak potężny jak Bismarck taką groblę postawi, przyjdzie prąd dziejowy, który jego i jego dzieło zmiecie z łatwością, wprawiającą w podziw wszystkich naiwnych czcicieli przemocy.

(„Gazeta Lwowska”, wtorek, 2 lutego 1892, nr 25)


1 Przyszły król Ludwik XIX, syn i następca wygnanego króla Francji i Nawarry Karola X, od 1830 r. do śmierci przebywał na emigracji. Panował w latach 1836-1844 — przypis redakcji Portalu Legitymistycznego.

2 „Cesarstwo niemieckie” było jedynie maską, za którą kryło się Królestwo Pruskie. Hohenzollernowie w paroxyzmie nacjonalitaryzmu unicestwili pozostałości autentycznej Rzeszy i uzurpowali sobie tytuł, który nigdy do nich nie należał, równocześnie uruchamiając procesy, które po kilku dziesięcioleciach doprowadziły do delegitymizacji ich władzy również w Prusach. Jeżeli – kierując się nacjonalitarnymi przesłankami – można detronizować innych prawowitych monarchów, tym samym udowadania się własnym poddanym, że i oni mogą sięgnąć po koronę – tylko po to, by ją skrwawić i cisnąć w błoto — przypis redakcji Portalu Legitymistycznego.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.