Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » ŁPN: Krytyka interwencjonizmu na przykładzie korporacjonizmu

Krytyka interwencjonizmu na przykładzie korporacjonizmu

ŁPN

W kręgach prawicowych i nacjonalistycznych korporacjonizm często przedstawiany jest jako złoty środek – droga pomiędzy kapitalizmem i socjalizmem, wolna od wad obu systemów. Z jednej strony nie oddaje on w ręce państwa przesadnie dużych kompetencji, z drugiej strony nie pozostawia ludzi na łasce bezdusznego kapitału, jednocześnie (rzekomo) zachowując swój pro-własnościowy charakter. Celem niniejszego tekstu nie jest etyczna rozprawa ze sposobem organizacji życia gospodarczego, jakim jest korporacjonizm. Celem jest naszkicowanie gospodarczych skutków takiej organizacji i zwięzła odpowiedź na pytanie, czy za pomocą korporacjonizmu można doprowadzić do takiego stanu rzeczy, jaki zwolennicy korporacjonizmu uważają za pożądany.

Ekonomia może wskazać negatywne skutki państwowego interwencjonizmu. To właśnie interwencjonizm jest z reguły źródłem problemów, z którymi ludzie codziennie się borykają (utrudniony dostęp do wielu towarów, bezrobocie, wywindowane ceny produktów). Czy korporacjonizm, w którym państwowa interwencja jest raczej skromna, ponieważ nad organizacją pracy czuwają korporacje, eliminuje problemy, które znamy? Odpowiedź brzmi – nie. Korporacjonizm nie jest w tym względzie alternatywą. Z punktu widzenia ekonomii nie ma znaczenia, jaki organ dokonuje interwencji. Płaca minimalna (i wszystkie inne regulacje) będą powodować dokładnie te same skutki, bez względu na to, czy narzuci ją państwo, czy korporacja. Jak pisze Ludwik von Mises: Nakaz nie musi być wydany bezpośrednio przez ustanowione i ogólnie uznawane organy władzy. Niekiedy prawo do wydawania takich nakazów i zakazów oraz ich egzekwowania przez aparat własny przymusu i przemocy przyznają sobie inne podmioty. Jeżeli powszechnie uznawany rząd toleruje takie postępowanie, a nawet je wspiera za pomocą rządowych sił policyjnych, to rezultat jest taki, jakby działanie podjął sam rząd1. Jedyna różnica jest taka, że władza pojedynczej korporacji jest ograniczona w stosunku do władzy państwowej (a tym samym zakres interwencji) – nie jest to jednak argument za korporacjonizmem jako takim, ale raczej za liberalną polityką gospodarczą. Rozpatrzmy na przykład kwestie kontroli cen. Ceny wynajmu mieszkań są wg władz korporacji zbyt wysokie, bo wiele osób nie może pozwolić sobie na wynajem, więc korporacja narzuca cenę maksymalną, będącą niższą od rynkowej. Dochód wynajmujących mieszkania spada. Jeśli dochód obniży się na tyle mocno, że więcej zarobiliby, zamieniając mieszkania na (na przykład) magazyny, to tak właśnie zrobią, pozbawiając mieszkań swoich lokatorów. Efekt jest więc odwrotny od zamierzonego: dostępność mieszkań spada. Jeśli dochód obniży się, ale nie na tyle mocno, że właścicielom bardziej opłaci się zmiana sposobu wykorzystania powierzchni mieszkań, to zyskają na tym obecni lokatorzy kosztem właścicieli (dochód właścicieli spadnie, ale wynajmujący poniosą niższe koszty; jest to więc sposób redystrybucji)2. Jednak mniejszy zysk z tytułu wynajmu mieszkań zniechęci część potencjalnych inwestorów do ich budowy, co oznacza, że w dłuższej perspektywie dostępność mieszkań spadnie w stosunku do tego, co stałoby się na wolnym rynku (ponieważ to różnica pomiędzy kosztem a ceną jest czynnikiem przyciągającym kapitał). Pożądany skutek, po raz kolejny, nie zostanie osiągnięty. I jak wynika z tego, co już zostało napisane, jest kompletnie bez znaczenia, czy cenę maksymalną narzuci państwo, czy korporacja odpowiedzialna za ten segment rynku.

Podobnie jest z kwestią dostępu do zawodu. Zwolennicy korporacjonizmu twierdzą, że dzięki korporacyjnym regulacjom możliwe jest zapewnienie „godziwych” płac. Należy jednak przy tym pamiętać, że ani płaca minimalna, ani odgórne ograniczanie dostępu do zawodu nie pozostają bez skutków ubocznych. Płaca minimalna powoduje, że przedsiębiorcy nie zatrudnią tylu pracowników, ilu mogliby zatrudnić na wolnym rynku. Płaca minimalna jest przywilejem dla osób już zatrudnionych kosztem tych, którzy szukają pracy i są w na tyle trudnej sytuacji, że zgodziliby się pracować za mniej, niż wynosi minimum, ale nie zostaną zatrudnieni, ponieważ przedsiębiorcy albo nie stać na zatrudnienie kolejnego pracownika, albo po prostu mu się to nie opłaca, bo zysk z pracy najemnego pracownika nie zrekompensuje wywindowanych kosztów stworzenia nowego miejsca pracy. Konkurencja na rynku pracy zostaje ograniczona. Co również należy podkreślić, to fakt, że sytuacja, w której przedsiębiorstwo nie zatrudnia tylu pracowników, ile rzeczywiście by mogło, prowadzi do niewykorzystania pełni mocy produkcyjnych – produkuje się mniej towarów, a więc w konsekwencji mniejsza ich ilość trafia do robotników. W tym względzie spada dobrobyt wszystkich, nie tylko bezrobotnych. Podobnie jest z nadawaniem licencji czy koncesji do pracy w zawodzie – faktycznie mogą one podnieść pensje osobom już zatrudnionym, ale wyłącznie kosztem konsumentów (ograniczona liczba osób zatrudnionych w danym zawodzie pozwala im dyktować wyższe ceny) i pozostałych potencjalnych pracowników, którzy chcieliby znaleźć pracę (i tym samym obniżyć ceny danej usługi/produktu, by zagospodarować część konsumenckiego popytu), ale nie mogą, bo nie przyznano im odpowiedniego dokumentu. Zazwyczaj wysuwa się następujący argument w obronie ograniczeń: potrzebne są, by utrzymać wysoką jakość usług. Zapomina się jednak przy tym, że jakość to pojęcie bardzo elastyczne. Kupując jeden produkt, można sugerować się różnymi czynnikami. Konsumentowi nie zawsze odpowiada też stosunek jakości do ceny; w zależności od sytuacji, w jakiej się znajduje, czasem bardziej odpowiada mu zakup tańszego, ale gorszego produktu niż wydanie sporej ilości pieniędzy na produkt, który jest trwalszy (lub odwrotnie). Różnorodność ludzkich potrzeb jest praktycznie nieograniczona. Ponadto takie ograniczenia (podobnie jak limity produkcji) paradoksalnie mogą prowadzić do pogorszenia się jakości usług. Nawet jeśli jakiś – na przykład – lekarz prowadzi nieumiejętnie przychodnię, to ktoś, kto chciałby go zastąpić, otwierając konkurencyjny ośrodek, może nie mieć nawet szansy wejścia na rynek. Po raz kolejny okazuje się, że powyższe metody – jeśli mają na celu zagwarantowanie relatywnie wysokich pensji ogółowi pracowników (a nie tylko jakiejś ich grupie) – skazane są na porażkę.

Warto przyjrzeć się jeszcze kwestii konkurencji i monopolu. Osoby, które twierdzą, że krytykują kapitalizm z pozycji obrońców konkurencji i własności prywatnej, są w błędzie (pomijając już to, że celem średniowiecznych gildii i cechów, na które powołują się obrońcy korporacjonizmu, było właśnie ograniczanie konkurencji). Błąd ten polega na niezrozumieniu tego, czym w ogóle jest konkurencja. Przeciwnicy kapitalizmu z reguły patrzą na konkurencję poprzez pryzmat kategorii ilościowej, podczas gdy jest to ciągły proces3, niedający się ująć w jakieś liczbowe rozważania. Twierdzą, że na wolnym rynku jeden z przedsiębiorców może wyeliminować konkurentów i zostać monopolistą. Jest to jednak rozumowanie obarczone wcześniej zdefiniowanym błędem. To prawda, że – teoretycznie – może zdarzyć się tak, iż na wolnym rynku pozostanie tylko jeden dostawca pewnego rodzaju usług, ale to nie czyni go monopolistą (jak wspomniałem wcześniej, „argument ilościowy” – jeden przedsiębiorca – nie może przesądzać o monopolu). Z monopolem mamy do czynienia wtedy, kiedy przedsiębiorca jest w stanie narzucić cenę monopolową. Dzieję się tak wtedy, kiedy przedsiębiorca może osiągnąć wyższy zysk poprzez sprzedanie mniejszej ilości danego dobra po wyższej cenie (mimo że rentowność przedsięwzięcia pozwala na rozszerzanie produkcji) niż większej ilości tego dobra po niższej cenie. Na wolnym rynku się tak nie stanie, bo jeśli jakiś producent spróbuje to zrobić, to pojawi się konkurencyjna podaż, która ją [cenę – dop. mój] znów do poziomu kosztów obniży4. Adam Heydel podaje, że ekonomiści krytykują monopol z trzech powodów: zmniejszenia sumy produkowanych dóbr, zawyżania cen, niewłaściwej alokacji kapitału5. I tutaj właśnie należy zaznaczyć, że w żadnym wypadku wyeliminowanie konkurentów z rynku nie musi przekładać się na te symptomy. Jeśli ktoś eliminuje z rynku innych dostawców, to właśnie dlatego, że on sam był najlepszy; dlatego że nie zawyżał cen, nie ograniczał podaży i nie powodował innych skutków, które konsumenci uznaliby za negatywne. Zdobył pozycję dominującą, bo został uznany za najlepszego – a każdy konsument chce zaopatrywać się właśnie u najlepszego dostawcy. Gdyby nagle spróbował narzucać wyższe ceny, to strzeliłby w stopę sam sobie – straciłby dominującą pozycję, którą wcześniej wypracował, bo zrobiłby miejsce na rynku dla innych. Spójrzmy na casus Standard Oil, które często jest podawane za przykład wolnorynkowego monopolu. Standard Oil w szczytowym okresie opanowało ponad 90% rynku. Czy ograniczało podaż lub zawyżało ceny? Wręcz przeciwnie, SO dotarło ze swoimi usługami tam, gdzie nie dotarł nikt przedtem, dzięki oszczędnemu gospodarowaniu zapewniało niskie ceny, a potencjalna konkurencja tylko czekała, aż SO zrobi coś nierozsądnego. Dlatego w żadnym wypadku nie można uznać SO za monopolistę. SO działało na korzyść konsumentów – uniemożliwienie działania takim spółkom to nadanie przywilejów przedsiębiorstwom mniej wydajnym. Widać więc, że monopol to nie kategoria ilościowa, ale proces rywalizacji pomiędzy przedsiębiorcami. Działaniami wspierającymi monopol są więc różnego rodzaju przywileje bądź ograniczenia nadawane przez pozarynkowy organ (korporacja, rząd), utrudniające proces dostarczania dóbr na rynek (a więc właśnie m.in. koncesje, płaca minimalna, kontrola cen, cła, przymusowe zrzeszanie przedsiębiorców i pracowników w korporacjach i tak dalej, a także, co może zdziwić wiele osób, prawo antytrustowe). A więc jeśli celem ma być walka z monopolami, to korporacjonizm nie jest dobrą ku temu drogą.

Korporacjonizm można atakować z wielu różnych pozycji. W tym tekście chciałem zarysować krytykę ekonomiczną, a wyłaniający się wniosek jest taki, że korporacjonizm po prostu nie doprowadzi do tego stanu rzeczy, o jaki walczą sami zwolennicy korporacjonizmu. Powyższa krytyka oczywiście nie wyczerpuje tematu; można rozszerzyć ją o wiele innych zagadnień.

Autor należy do pokolenia osób urodzonych w pierwszych latach po transformacji ustrojowej. W przeszłości związany z ruchem konserwatywno-liberalnym i austro-wolnościowym. W kręgu jego zainteresowań mieści się ekonomia oraz filozofia polityczna. Zwolennik państwa minimum opartego na zasadach konserwatywnych.

1 Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, Warszawa 2007, s. 607.

2 Ludwik von Mises, Interwencjonizm, Kraków 2005, ss. 53-54.

3 Murray N. Rothbard, Power and market, Auburn (Alabama) 2006, s. 72.

4 Adam Heydel, Etatyzm po polsku, Warszawa 1981, s. 10.

5 Tamże, s. 11.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.