Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Lutowe recenzje

Lutowe recenzje

Adam Tomasz Witczak

The Gregorians – Gregorian Chill Mysteries vol. 1 – 4 (Magic Records)

Teoretycznie mogłyby to być dobre albumy. Bardzo teoretycznie – a mianowicie, gdyby wyabstrahować z nich najogólniejszy rdzeń koncepcji i zrealizować go na nowo.

The Gregorians to, jak można się domyślać, projekt zrodzony na fali popularności grup takich jak Gregorian, Era czy Enigma. Trudno zresztą powiedzieć, z czym tak naprawdę mamy tu do czynienia – prawdopodobnie z serią czysto komercyjnych nagrań autorstwa jakichś wynajętych producentów. Tak czy inaczej, schemat jest prosty – łączymy sacrum z profanum, to znaczy chorał gregoriański i religijne deklamacje (po łacinie i po włosku) z nowoczesną elektroniką.

Takie podejście może rodzić ciekawe rzeczy, ostatecznie przecież tym tropem poniekąd idzie rosyjsko-duński Parzival, a jeszcze bardziej – Rosarium Rosarium z Sardynii.

Ale The Gregorians to nie poszukiwacze, to nie zespół z undergroundu. To tylko produkt sklepowy, rzecz dla osób mało wybrednych, które uznałyby postindustrialne eksperymenty za niezrozumiałe, a czysty chorał, pozbawiony wszelkich dodatków, za sympatyczny, ale na dłuższą metę nudny i krępujący swą powagą tudzież minimalizmem.

Dla takich to właśnie ludzi, z plastiku i szkła najnowszych czasów, The Gregorians przygotowali swoją mieszankę. A więc mamy fragmenty pieśni religijnych, okazjonalne deklamacje, wszystko oczywiście doprawione pogłosem i echem – do tego zaś komponent współczesny. Ten jednak nie jest zbyt ambitny – to po prostu banalne tekstury chilloutowo-ambientowe, lipne beaty rodem z muzyki pop czy łagodniejszych form techno, jakieś sztampowe klawiszki i garść dodatkowych efektów. Ba, niekiedy pojawiają się nawet pasaże smooth jazzowe (na trąbkę czy saxofon), podobnej oczywiście proweniencji, jeśli chodzi o jakość i pomysłowość.

I tak przez cztery płyty, a tak naprawdę – przez dużo większą ich liczbę. Można czasami tego posłuchać, choć raczej jako curiosum, ewentualnie jako wypełniacza tła. Albumy, jak się wydaje, byłyby trochę lepsze, gdyby komponent średniowieczny był bardziej zaakcentowany. W rzeczywistości, niestety, niektóre fragmenty są zbyt mocno przeładowane motywami elektronicznymi, popowymi etc., co tym bardziej nie służy całości. Co więcej, niekiedy zaczyna się to wszystko ocierać o cokolwiek dwuznaczną, leniwą zmysłowość, co również zgrzyta.

Swoją drogą, plusem w stosunku do bardziej rozpoznawalnego Gregorian jest to, że tam mamy aranżacje hitów popowo-rockowych w manierze niby-to-gregoriańskiej, a tu przynajmniej wykonywane (lub samplowane?) są autentyczne fragmenty chorału. Zawsze coś.

Miasto Nie Spało – Festspielhaus (Lüge Lüge Lüge Rec. 1998, CD / MC)

Miasto Nie Spało to zespół mający dla mnie szczególne, osobiste znaczenie – a to dlatego, że właśnie ich słynne Pieśni Żałobne I – VII, wydane przez Obuh, były pierwszą płytą, jaką sam, samodzielnie i samoręcznie sobie kupiłem, piętnastolatkiem będąc.

O Pieśniach napisano chyba dość sporo, sam zresztą tu i ówdzie wychwalałem ten album, bo wychwalać go warto. Festspielhaus to nieco inne wcielenie czy też objawienie Miasta. Inne, ale też i starsze, mówimy bowiem o nagraniach wydanych w roku 1998. Pięć kompozycji czy też improwizacji (improzycji?) to zapis koncertu w klubie Mózg, czyli w miejscu swego czasu dobrze znanym w kręgach undergroundowego jazzu.

Festpielhaus to oczywiście – tak jak Pieśni – muzyka niezwykle stonowana, powolna, minimalistyczna i cicha. O ile jednak pamiętny album ze smutnym aniołem na okładce był przenikliwie smutny, melancholijny i nostalgiczny, o tyle nagrania z Mózgu ewokują zupełnie inny nastrój, co zresztą zapowiadają już same tytuły. Brak tu rzewnych quasi-melodii, współbrzmienia są bardziej dysonansowe, struktura utworów nieco abstrakcyjna. Efektem jest atmosfera napięcia i tajemnicy, chwilami przechodząca nawet w grozę – ale wydaje się, że lekką, taką trochę na pół gwizdka (co nie jest w tym wypadku zarzutem!).

Tytuł utworu Mała Dama, Wielki Łańcuch w jakiś absurdalny sposób kojarzy mi się z Białą Damą i Łańcutem (!), a więc z widmem sunącym nocami poprzez mroczne korytarze starego zamku. Widmo jak widmo, trochę straszy, trochę zawodzi, ale wszystko w granicach przyzwoitości. Taki jest ten album – luźne rozważania na kontrabas, wiolonczelę i akordeon, dobiegające jakby z cienia, z półmroku, z tajnego zebrania loży lunatyków. Wolę chyba Pieśni Żałobne, ale Festspielhaus też warto znać.

1. Arbre Et Vent, 2. Occulte, 3. Adoratus Lunae, 4. Mała Dama, Wielki Łańcuch, 5. Fratres

Parzival – Casta (Mighty Music 2014)

Na pierwszy rzut oka (ucha) Parzival może wydawać się zespołem, który od dwudziestu lat gra mniej więcej to samo, mianowicie wariacje na temat surowej, pompatycznej, neoklasyczno-industrialnej estetyki wykreowanej wcześniej przez Laibach. To jednak tylko pozory. W istocie poszczególne albumy rosyjsko-duńskiego zespołu różnią się od siebie bardzo mocno.

Na samym początku, jeszcze pod nazwą Stiff Miners, mieliśmy płytę Giselle, rodzaj cyberpunkowego electro, w niewielkim stopniu zwiastujący późniejszy orkiestralny patos – który rozpoczął się wraz z materiałem Vox Celesta, wydanym w roku 1997 i cechującym się nie do końca dopracowanym, szorstkim brzmieniem.

Później przyszedł czas na minimalistyczny krążek Anathema Maranatha, którego szkieletem były podkłady oparte o nieco połamany rytm pulsującego basu i dyskotekowego beatu. Szkielet ten uzupełniały oczywiście podniosłe trąby jerychońskie i grobowy, nienaturalnie niski wokal, deklamujący i zawodzący łacińskie modlitwy. Blut und Jordan z roku 2002 kontynuował tę ścieżkę, ale w sposób mniej beatowy, a bardziej nawiązujący do muzyki dawnej i orientalnej. Obie ścieżki łączył w sobie materiał Noblesse Oblige, podczas gdy Deus Nobiscum stanowił potężną wycieczkę w świat dynamicznego, zindustrializowanego electro, nadal jednak pełnego orkiestralnego monumentalizmu. Zeitgeist można uznać za wariację na temat Noblesse Oblige i ulepszenie tego zestawu, Urheimat zaś to coś jakby Deus Nobiscum ogołocone z pierwiastków melodycznych, na rzecz podporządkowania wszystkiego surowej, motorycznej rytmice.

Dwa ostatnie albumy to – jak wiadomo – Die Kulturnacht i Casta. Oba zdecydowanie prezentują muzyczne, klasyczne oblicze Parzival (a nie to stechnicyzowane i nieludzkie). Łączy je fakt, że w nagraniach wzięły udział autentyczne orkiestry (a nie tylko syntezatory), aczkolwiek mimo tego płyty różnią się od siebie. Die Kulturnacht pozostaje w zasadzie w kręgu kultury europejskiej, podczas gdy Casta to jawne wyjście w stronę Indii i Persji, w stronę dawnych cywilizacji aryjskich.

Konstrukcja utworów opiera się na pomyśle prostym, ale owocnym: otóż zasadniczy schemat to w dalszym ciągu rozbuchany, symfoniczny marsz pełen trąb, kotłów, werbli i smyczków, w wyniku czego całość przypomina muzykę Bazylego Poledourisa czy Mikołaja Rozsy. Do tego mamy jednak dwa łyki egzotyki – i to nie w postaci lipnych sampli fujarek i piszczałek, ale w wykonaniu autentycznego zespołu Sikhów. Ich trele i poświstywania nie zmieniają ogólnej struktury kompozycji, ale wprowadzają nowy nastrój i oczywiste urozmaicenie. Brzmi to całkiem przekonująco, a trzeba oczywiście dodać, że nad całością unosi się, jak zawsze, odwieczny wokal Dymitra Bablewskiego, zawodzącego i deklamującego teksty, co do których można podejrzewać, że są historiami, modlitwami albo deklaracjami osadzonymi w mitologii wedyjskiej. Co ciekawe, lider grupy ujawnił w jednym z wywiadów, że na potrzeby albumu został skonstruowany sztuczny język Jawaschtra, oparty o słownictwo sanskrytu, łaciny oraz języków germańskich i słowiańskich.

Całość kończy jednak kompozycja Regnabit (tj. [On] będzie królował), co może stanowić nawiązanie do chrześcijaństwa, wokół którego koncentrowały się wcześniejsze albumy. Taki tytuł nosiło też czasopismo katolickie z lat 20., w którym publikował Renat Guénon – postać skądinąd ceniona na scenie militarno-neofolkowej.

No i niespodzianka: z albumem można się w całości zapoznać na bandcampowym profilu grupy.

1. Kalachakra, 2. Kurushektra Purana, 3. Himagni Purana, 4. Airyanem Vaejah Purana, 5. Uttara Purana, 6. Navadi Purana, 7. Ayo Purana, 8. Rudra Purana, 9. Yavashtra Purana, 10. Andra Purana, 11. Regnabit

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.