Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Endecy i piłsudczycy w MSZ

Endecy i piłsudczycy w MSZ

Adam Danek

Służba zagraniczna to jeden z najważniejszych nerwów organizmu państwowego, toteż osoby zainteresowane dobrem państwa powinny – podobnie, jak w przypadku wojska czy służb specjalnych – uważnie śledzić wpływ, jaki wywiera na jej działanie obecny reżim demokratyczny. W dotychczasowych dziejach Republiki Okrągłego Stołu utrzymuje się praktyka polegająca na tym, że każda kolejna ekipa rządowa dokonuje w aparacie dyplomatycznym czystki personalnej, a wytworzone w ten sposób wakaty obsadza własnymi nominatami dobranymi według klucza partyjno-towarzyskiego. Nie jest to z pewnością metoda na zapewnienie ważnej instytucji ciągłości działania i profesjonalizmu funkcjonariuszy. Dla porównania, to, co w Republice Okrągłego Stołu ponawia się z każdą kadencją parlamentarną – rekonstrukcja personalna służby dyplomatycznej państwa – w dwudziestoletniej historii Polski niepodległej zdarzyło się zasadniczo tylko dwukrotnie, za każdym razem z odmiennych powodów.

Współczesne demokratyczne praktyki przypominają wydarzenia z pierwszej połowy lat dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy ministerstwo spraw zagranicznych przejęła endecja. W 1923 r., w wyniku podziału politycznych łupów dokonanego w międzypartyjnej umowie znanej jako „pakt lanckoroński”, szefem polskiej dyplomacji został jeden z jej parlamentarnych liderów Marian Seyda. Nowy minister energicznie przystąpił do realizacji podstawowego naówczas celu politycznego endeków – usunięcia z rozmaitych instytucji państwowych osób kojarzonych z darzonym przez nich niechęcią (eufemistycznie mówiąc) byłym Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem, Józefem Piłsudskim. Do rozprawy ze środowiskiem uważanym przez nich za przeciwników politycznych ośmieliła narodowych demokratów rezygnacja Marszałka z ostatnich sprawowanych przezeń instytucji państwowych w tym samym roku. W dość krótkim czasie minister Seyda zwolnił ze służby zagranicznej szereg kompetentnych pracowników, uchodzących za członków obozu piłsudczykowskiego. Spotkało to osoby nawet luźno związane niegdyś z Marszałkiem Piłsudskim, np. wybitnego historyka prof. Szymona Askenazego (1866-1935), odwołanego ze stanowiska przedstawiciela Polski przy Lidze Narodów. Usuniętych zastępowano często endeckimi działaczami partyjnymi, a jeszcze częściej – świeżo zatrudnionymi młodymi ludźmi, pozbawionymi praktycznej wiedzy o świecie dyplomacji, jako jedynym atutem legitymującymi się zdobytym niedawno wyższym wykształceniem. Polityka personalna Seydy i jego współpracowników nosiła znamiona zwykłej partyjnej wendetty, toteż kiedy była kontynuowana przez następnego ministra spraw zagranicznych z endeckiej nominacji, Romana Dmowskiego, a później przez gabinety prof. Władysława Grabskiego i dr. Aleksandra Skrzyńskiego, zaczęła wokół niej narastać atmosfera skandalu, zwłaszcza, że niektóre z ofiar czystki decydowały się walczyć z niesprawiedliwym traktowaniem. Władysław Baranowski po wyrzuceniu przez Seydę ze służby dyplomatycznej zaskarżył MSZ do Trybunału Administracyjnego i proces wygrał, w wyniku czego musiał zostać na powrót przyjęty do służby (objął stanowisko posła polskiego w Bułgarii). W sposób surowy zareagował płk Ignacy Matuszewski (1891-1946), jeden z najwybitniejszych oficerów polskiego wywiadu, były szef i współtwórca wojskowych służb specjalnych Polski niepodległej, pełniący podówczas funkcję attaché wojskowego we Włoszech. Na początku 1926 r. zwolniono ze służby dotychczasowego posła polskiego w Rzymie, Augusta Zaleskiego (1883-1972), doświadczonego dyplomatę, ale piłsudczyka; zastąpił go Stanisław Kozicki (1876-1958), wybitny działacz endecji i nacjonalistyczny pisarz polityczny. Matuszewski, przedkładając nowemu kierownikowi poselstwa bieżące raporty wywiadowcze, złożył mu przy tym oświadczenie na temat trwającej wewnątrz ministerstwa nagonki na członków środowiska piłsudczykowskiego. Zaznaczając, iż jako żołnierz nie angażuje się w żadne rozgrywki polityczne, oznajmił zarazem bez niedopowiedzeń: „jestem zaliczany i poczuwam się dla należenia do obozu tzw. ››piłsudczyków‹‹, przez co rozumiem nie jakąś, nie istniejącą zresztą, konspirację, ale wprost tych ludzi, którym obiektywny i sumienny sąd o sprawach Polski każe uważać Marszałka Piłsudskiego za siłę dziejową, jakiej równej w naszej historii szukać trzeba aż w czasach Stefana Batorego – oraz, że usunięcie Marszałka Piłsudskiego od udziału w budowie powstającej Polski jest Jej krzywdą”. W związku z tym wyraził gotowość złożenia dymisji w każdej chwili, jeśli poseł nie życzy sobie jego obecności. Zdumiony Kozicki odparł w końcu, że żadnych powodów do jego odwołania nie widzi.

Objęcie MSZ wpływem endecji znalazło wyraz nie tylko w partyjnej czystce personalnej w aparacie dyplomatycznym; wpłynęło również na opracowywane w ministerstwie koncepcje polityki zagranicznej, które zaczęto dostosowywać do tez endeckiej ideologii. Jako przykład posłużyć może „Opinia MSZ w sprawie polityki bałtyckiej”, przygotowana w Wydziale Wschodnim MSZ pod koniec 1925 r. Jądro dokumentu stanowiło twierdzenie, iż Litwa, Łotwa i Estonia „są tworem czasowym i istnieć mogą tylko do momentu, kiedy ta czy inna Rosja zechce je włączyć do swego terytorium”, w związku z czym wiązanie się z nimi jakimikolwiek „traktatami politycznymi i wojskowymi, które mogłyby postawić Polskę w obliczu konfliktu rosyjsko-bałtyckiego jest niedopuszczalne” – innymi słowy, postulat rzucenia przez Polskę wymienionych państw na pożarcie ZSRS. Wyrastał on z podstawowego założenia doktryny endecji, głoszącego, że na wschodzie Polska graniczy nie z krajami bałtyckimi, czy wieloetnicznymi ziemiami byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, ani nawet nie z wielonarodowym Związkiem Sowieckim, ale z Rosją i tylko z Rosją, że północna, wschodnia, i południowo-wschodnia granica Polski tworzą zachodnią granicę strefy wpływów Moskwy, w której Polska powinna popierać Moskwę we wszystkim, co ta zechce tam uczynić (łącznie z zamiarami aneksyjnymi w stosunku do położonych tam państw) i z góry akceptować wszelkie rezultaty jej działań. Tym samym życie potwierdziło słowa opublikowane na łamach piłsudczykowskiego pisma teoretycznego „Droga” przez jednego z głównych przedstawicieli tzw. prometejskiej myśli geopolitycznej, Tadeusza Hołówko (1889-1931), w październiku 1924 r.: „Mianowicie zwyciężył strach Narodowej Demokracji przed tą ››trzecią Rosją‹‹, która w bujnej imaginacji Narodowej Demokracji miała lada dzień przyjść w aureoli niebywałej potęgi i zmieść jak domki z kart te ››różne Łotwy, Estonie i Ukrainy‹‹, i wymierzyć Polsce – ››promotorce‹‹ tych fantazji ››federalistycznych‹‹ – straszliwą karę i zemstę. To był jeden wzgląd. Drugi to chęć lisa, który nie przeszkadza lwu pożerać jego ofiary, by dostać coś niecoś z ››królewskiego‹‹ stołu dla siebie”.

Funkcjonowanie polskiej służby dyplomatycznej całkowicie odmienił jednak wkrótce zamach majowy. Na fotelu ministra spraw zagranicznych zasiadł na kilka lat – czas wyjątkowo długi, jak na wymuszane wcześniej przez system parlamentarny standardy, w których skład rządu ulegał zmianie niemal z porami roku – August Zaleski, jeszcze niedawno wyrzucony z polskiego poselstwa we Włoszech. W 1931 r. dyrektorem Wydziału Osobowego MSZ został związany wcześniej z wojskowymi służbami specjalnymi kpt. Wiktor Tomir Drymmer (1896-1975). Miał ono pozostać na tym stanowisku aż do upadku Państwa Polskiego w 1939 r. (od 1933 r. pełnił równocześnie w MSZ funkcję dyrektora Departamentu Konsularnego). Drymmer jeszcze podczas I wojny światowej zajmował się budowaniem służby wywiadowczej Polskiej Organizacji Wojskowej. Podczas wojny polsko-bolszewickiej służył w wywiadzie ofensywnym, zaś po jej zakończeniu kierował zorganizowaną przez siebie placówką wywiadowczą „Witteg” w Rewlu (dzisiejszym Tallinie), penetrującą Piotrogród i Moskwę. Propaganda i publicystyka opozycyjnych ugrupowań politycznych otoczyła Drymmera czarną legendę tego, który zaprowadził w polskiej dyplomacji stronniczą i szkodliwą politykę kadrową, wyrzucając ze służby zagranicznej osoby o poglądach nieprzychylnych piłsudczykom, a na ich miejsce zatrudniając lojalnych „swoich” i koleżków (innymi słowy, przypisała mu wcześniejsze praktyki m.in. endeków). W rzeczywistości podjęta przez Drymmera rekonstrukcja aparatu dyplomatycznego została obliczona na odwlekane dotąd naprawienie skutków wcześniejszej, okresami stronniczej bądź przypadkowej, polityki personalnej w MSZ. Drymmer nie prowadził czystki, lecz weryfikację. Zatrudnionych przed kilku laty młodych i zwykle niedoświadczonych pracowników kierowano na praktykę w ministerstwie i staż w jednej z placówek dyplomatycznych, a następnie poddawano zestawowi surowych egzaminów. Drymmer zwolnił też część najstarszych dyplomatów, którzy kształcili się i zdobywali doświadczenie jeszcze w państwach zaborczych, oceniając ich jako nieefektywnych. Dyrektor Wydziału Osobowego MSZ część zastanych przez siebie pracowników placówek zagranicznych Rzeczypospolitej charakteryzował słowami: „monokle, getry na nogach, parasole, nie wymawianie litery ››r‹‹, mówienie przez nos, podawanie dwóch palców temu, kogo uważało się za coś ››niższego od siebie‹‹”. W ramach pozbywania się tego rodzaju postaci zwolniony został ze służby dyplomatycznej konserwatysta Alfred Chłapowski (1874-1940), wieloletni ambasador we Francji. Drymmer nie usuwał jednak z zasady wszystkich dyplomatów wywodzących się z ery zaborów, o ile ich pracę oceniono jako rzetelną, zatrzymując np. jednego z najbardziej doświadczonych – dr. Alfreda Wysockiego (1873-1959), który swą urzędniczą karierę rozpoczynał jeszcze w służbie Austro-Węgier. O tym, że przeprowadzana przezeń weryfikacja nie była powodowana grupowym interesem, najlepiej świadczy fakt, iż nie ominęła ona również piłsudczyków. Jeden z nich, Stanisław Patek (1866-1944) został zdjęty ze stanowiska ambasadora Polski w Związku Sowieckim (po przerwie objął jeszcze ambasadę w USA, po czym definitywnie opuścił służbę). Paradoksalnie, z powodu swoich poglądów musiał w tym okresie pożegnać się z dyplomacją nie przeciwnik polityczny sanacji, a piłsudczyk – mocarstwowiec i rzecznik prometeizmu Roman Knoll (1888-1946), który od początków niepodległej Polski pracował w MSZ, gdzie pełnił kolejno różne funkcje kierownicze, analityczne i dyplomatyczne. Znany z ciętego języka, odpłacił za to złośliwie Drymmerowi, opisując jego przyjście do ministerstwa w głośnym artykule „Najazd bandytów na dom wariatów”. W ostatecznym rezultacie zaprowadzone przez dyrektora Departamentu Osobowego MSZ zmiany przyniosły redukcję personelu służby zagranicznej (i, co za tym idzie, kosztów jego utrzymania) przy jednoczesnym podniesieniu poziomu jego profesjonalizmu.

Czy we współczesnej Polsce można żywić nadzieje, że jakaś siła polityczna utnie zdecydowanie praktykę traktowania służby zagranicznej jako rezerwuaru synekur i ciepłych posadek dla kolegów, krewnych, partnerów w interesach, „zasłużonych” działaczy partyjnych, związkowych itd.? Wydaje się to w najwyższym stopniu wątpliwe. Nie istnieje odpowiedni zasób niepartyjnej kadry, kierującej się etosem państwowców, który mógłby zastąpić zbiór partyjnych nominatów z poszczególnych kadencji parlamentarnych. Brakuje również tradycji i metod kształcenia oraz ośrodków formowania takiej kadry. Nie ma wreszcie woli dokonania tego rodzaju zmiany – wszystkie liczące się ugrupowania polityczne, niezależnie od doraźnych sporów, są zainteresowane utrzymaniem status quo, ponieważ widzą w posadach w aparacie dyplomatycznym swoje przyszłe łupy. Przezwyciężenie owej sytuacji wymagałoby chyba nowego zamachu majowego. Niestety, nie widać w Polsce grupy zdolnej i skłonnej go przeprowadzić.

Od Redakcji: Opinia o konieczności przeprowadzenia nowego zamachu majowego jest osobistym stanowiskiem Autora.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.