Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Na gruzach „rewolucji moralnej”

Na gruzach „rewolucji moralnej”

Jacek Bartyzel

Dziewiętnastowieczny filozof Hans Vaihinger wypracował kierunek, który przyjęto nazywać „fikcjonalizmem”. Kluczową kategorią jego systemu było bowiem pojęcie „jak gdyby” (Als Ob), wyrażające status fikcji, istniejących tylko w umyśle, lecz do rzeczywistości nieadekwatnych, mimo to jednak w świecie rozpowszechnionych i życiowo użytecznych.

Wspomniana kategoria niemieckiego kantysty może być zastosowana do opisu sposobu realizacji projektu zwanego IV Rzeczpospolitą. Dla uzasadnienia tej przydatności przyjmijmy na początek, że prawdziwy jest obraz Polski pod rządami PiS, odmalowywany w jadowicie „pisożerczych”, czyli nieomal wszystkich, mediach krajowych i zagranicznych. Zakładając przy tym, że nie mamy żadnych innych narzędzi weryfikacji trafności wypowiadanych tam orzeczeń, musielibyśmy nabrać przekonania, że w Polsce odbywa się autentyczna Kontrrewolucja polityczna i moralna, energicznie prowadzona przez integralnie prawicowy, tradycjonalistyczny i katolicki rząd. Każdy konserwatysta musiałby być tym faktem szczerze zbudowany, gdyby… No właśnie: gdyby nie to, że obraz ten jest nieprawdziwy; stanowi on właśnie jaskrawy przykład Vaihingerowskiej fikcji „jak gdyby”. Partia stworzona przez braci Kaczyńskich jest „jak gdyby” konserwatywna i prawicowa, a jej „rewolucja moralna” jest „jak gdyby” kontrrewolucją.

W rzeczywistości formacja ta w swoim głównym – postsolidarnościowym, a bezpośrednio wywodzącym się z Porozumienia Centrum – trzonie wpisuje się w ultrademokratyczną „metanarrację” ideologiczną, której ojcem-założycielem był Rousseau, a pierwszymi praktykami – francuscy jakobini. Jądrem tej ideologii jest wczesno nacjonalistyczna (w literaturze naukowej nazywana „nacjonalitaryzmem”) koncepcja suwerennego i „uzbrojonego” („do broni, obywatele!”) ludu – narodu, którego rewolucyjna awangarda, patriotyczna i nieprzekupna, heroicznymi aktami woli poskramia wrogów Republiki, zdrajców i złodziei. Oprócz rewolucyjnego patosu znamiennym rysem tej formacji jest permanentne utrzymywanie narodu w stanie egzaltowanej ekscytacji w oczekiwaniu na „wielki przełom” („obywatele, jeszcze jeden wysiłek”), i to tym bardziej podgrzewanej, im mizerniejsze są rezultaty w wykrywaniu agentury czy korupcji.

Dobrym przykładem ideowej konfuzji z prawicą jest wyznawana przez liderów PiS idea „silnego państwa”. Wbrew pozorom nie jest ona wcale konserwatywna. Ideałem tradycjonalistycznym jest „silne społeczeństwo” – złączona jednością wiary, moralności i reguł cywilizacji wspólnota rozmaitych ciał społecznych: rodzin, gmin, prowincji, ciał zawodowych i stowarzyszeń, w stosunku do których publiczna „władza najwyższa” (suprema auctoritas) pełni rolę rozważnego protektora ich „wolności konkretnych”, gwaranta jedności i strażnika dobra wspólnego. „Silne państwo” natomiast to idea na wskroś nowoczesna, etatystyczna i centralistyczna; to wszędobylscy „komisarze Republiki”, nie ufający nikomu i kontrolujący wszystko.

Przynajmniej do czasów pojawienia się socjalizmu takie poglądy jak Jarosława Kaczyńskiego były normą dla całej europejskiej lewicy, i to skrajnej lewicy. Wyznawali je nie tylko Robespierre czy w XIX wieku Gambetta, ale jeszcze na początku XX wieku neojakobiński „Tygrys” Clemenceau – patriota żarliwy i niewątpliwie „mocny człowiek” Republiki. Dlaczego zatem PiS budzi dzisiaj taką odrazę w „postępowej” Europie i jest desygnowany jako „skrajna prawica”?

Ten pozorny paradoks jest łatwy do wytłumaczenia: wyjaśnia go ewolucja współczesnej lewicy, która porzuciła jakobiński „nacjonalitaryzm” i przeszła na pozycje kosmopolitycznego socdemoliberalizmu. Lewica „starej daty” na całym świecie walczyła o tak zwane „wyzwolenie narodowe i społeczne” ludu francuskiego, włoskiego, polskiego czy węgierskiego. Socjologicznie ten „lud” w bardziej zurbanizowanych społeczeństwach zachodnich oznaczał głównie średnią (drobnomieszczaństwo) i niższą (sankiuloteria) klasę mieszkańców miast, natomiast w agrarnych społeczeństwach Europy Środkowo-Wschodniej – lud wiejski; z kolei dla lewicy socjalistycznej lud zidentyfikował się niemal całkowicie z proletariatem fabrycznym. Paradoksalnie, im większe sukcesy lewica odnosiła w zakresie demokratyzacji społecznej i politycznej, tym bardziej ów lud przestawał się jej podobać. Z narastającą grozą konstatowała ona bowiem, że „lud realny” (chłopi, rzemieślnicy, sklepikarze, robotnicy) w swoich obyczajach, przekonaniach i sposobie ich wyrażania jaskrawo odstaje od „wartości demokratycznych”. Za nic ma „prawa człowieka”, „różnorodność” i „tolerancję dla odmienności”. Opowiada się za karą śmierci, jest anima naturaliter „ksenofobiczny” i „homofobiczny”. Zwłaszcza język, jakim lud ma zwyczaj opisywać świat i bliźnich, musi przyprawiać postępowców o rozpacz. „Afrykanina” lud nazywa czarnuchem, asfaltem albo koksem (a lud murzyński Białego oczywiście białasem), „geja” – pedałem, a na określenie kobiet „molestowanych” ma od niepamiętnych czasów słowa, których nasza pruderia nie pozwala tu zacytować, lecz są one przecież powszechnie znane. Jeżeli jego córka szlaja się po nocy w podejrzanym towarzystwie, to typowy robotnik spuszcza jej manto, nic nie przejmując się jej wolnością i „prawem do samorealizacji”. Dlatego zdegustowana lewica nowego typu musiała znaleźć sobie jakiś „ludek” znacznie mniejszy od ludu polskiego czy niemieckiego, ale za to dla niej sympatyczniejszy i łatwiej sterowalny, ze względu na „wspólnotę wartości”: może być to „ludek” feministek cierpiących w okowach patriarchatu, „ludek” homoseksualistów czy jakichś innych – jak to oni plotą – „wykluczonych”. Cała tajemnica „prawicowości” kaczystów, to zatem przesunięcie tektoniczne na planecie lewicy: gdy awangarda postępowców, wzgardziwszy ciemnogrodzkim ludem, uciekła na margines społeczeństwa w poszukiwaniu nowego żeru dla swej ideologii, oni („kaczyści”) pozostali na „staroświeckich”, nacjonalitarnych pozycjach wyrazicieli i obrońców ludu polskiego, czym „zasłużyli” na – najbardziej wzgardliwe w oczach nowej lewicy – miano populistów.

Czy konserwatyści mogą mieć słuszne powody – poza najbardziej doraźnym pragnieniem zerwania z „układem” okrągłostołowym – współpracowania z formacją tak odległą ich zasadom? Dyskusje, nawet gorące spory na ten temat toczyły się od dawna. Zawieszając na razie sąd ogólny, stwierdzić należy, że warunkiem odpowiedzi pozytywnej jest istnienie wspólnoty celów przynajmniej w wybranych kwestiach fundamentalnych. Na przykład, francuscy monarchiści narodowi mogą współpracować z Klubem Jakobinów we froncie „suwerenistycznym”, ponieważ ci jakobini są naprawdę obrońcami suwerenności Francji. Polscy konserwatyści oprócz tego samego postulatu formułowali jeszcze jeden warunek obligatoryjny: poświadczoną czynami wolę bezwzględnego stania na gruncie prawa naturalnego w ustawodawstwie.

W obu tych, zresztą wiążących się ze sobą, dziedzinach bilans rządów PiS jest przygnębiający. Mija już rok, jak odtrąbiono – ze zbędną tromtadracją – „odzyskanie” MSZ. Czy Polska polityka zagraniczna stała się przez to rzeczywiście bardziej suwerenna? Przeczą temu takie fakty, jak opublikowanie przez MSZ broszurki na temat stosunków polsko – żydowskich, powielającej tezy makabrycznego baśniopisarstwa J.T. Grossa, czy wstydliwie ciche, lecz wyraźne, wycofywanie się ze sprzeciwu wobec wznowienia prób przepchnięcia tego konstruktywistycznego potworka, któremu na imię „konstytucja europejska”. Najnowsze dni przyniosły zaś dowody całkowitej kapitulacji wobec perwersyjnych „standardów” aktualnie obowiązującej ideologii europejskiej. Sam Pan Prezydent RP uznał za stosowne odcięcie się od, przypomnianych w książeczce prof. Macieja Giertycha, rzekomo rasistowskich tez jednego z niewielu polskich uczonych (Feliksa Konecznego), który wniósł nieprzemijający wkład do nauki powszechnej. Następnie rzecznik polskiego rządu zdezawuował propozycję ministra Romana Giertycha wpisania do Karty Praw Narodów Europy zakazu aborcji i propagandy homoseksualnej. Jeżeli nawet minister rzeczywiście nie uzgodnił swojego wystąpienia z premierem i Radą Ministrów (co byłoby naganne), to publiczne odcięcie się od jego stanowiska jest wyraźnym przyzwoleniem dla piętnowania wierności normom prawa naturalnego jako „skandalu” i nawet przestępstwa. To już nie milcząca, lecz czynna aprobata dla takiej „konstytucji dla Europy”, która korzenie swoich „wartości” odnajduje w biblijnej Sodomie i na zboczu spartańskiego Tajgetu, skąd zrzucano ciała kalekich noworodków, zaś klasyczno-chrześcijańskie dziedzictwo cnoty odsyła do… hitlerowskiej III Rzeszy.

Przysłowiową kroplą rozlewającą czarę goryczy jest jawne złamanie i przez szefa rządu, i większość parlamentarzystów PiS, moralnego konsensu w kwestii najbardziej elementarnej, czyli ochrony życia poczętego. Zarówno podany do wiadomości publicznej warunek, jaki premier postawił Marszałkowi Sejmu – samodzielne zebranie większości potrzebnej do zmiany konstytucji, wraz z ostrzeżeniem, że bierze na siebie odpowiedzialność za ewentualną porażkę – jak wypowiedzi niektórych posłów (myślę tu zwłaszcza o Jacku Kurskim), życzących marszałkowi powodzenia, lecz wyrażających troskę czy mu się uda, trudno nazwać inaczej, jak hipokryzją. Jest przecież oczywiste, że tylko wystąpienie klubu parlamentarnego PiS, i z pełnym poparciem lidera tego obozu, jako zwartego monolitu w obronie życia, mogłoby wpłynąć zachęcająco na tych posłów z klubów opozycyjnych, którzy jeszcze się wahają, lecz idei konstytucyjnego umocowania prawa do życia nie są obcy. Jeżeli natomiast słyszą oni, że premier uchyla się od wzięcia za to odpowiedzialności, a posłowie PiS nagle odkrywają, jeden po drugim, zalety „mądrego kompromisu”, to ich zdolność do przeciwstawienia się oficjalnemu stanowisku gremiów kierowniczych swoich partii drastycznie musi zmaleć. Na domiar złego, nie dość, że kolejną kłodę pod nogi obrońcom życia rzucił sam Pan Prezydent Rzeczypospolitej, to jeszcze musiała się wyrwać jak Filip (czy raczej Filipa) z konopii, w jednym szeregu z proaborcyjnymi lobbystkami, małżonka prezydenta.

Marszałek Marek Jurek, z elegancką powściągliwością, opisał powstałą w PiS sytuację jako „impas moralny” i wyznał, że stanowi ona powód do głębokiego przemyślenia. Trudno się z tym nie zgodzić. Konserwatyści w PiS mają dziś bardzo dużo do myślenia.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.