Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Na skrzyżowaniu cywilizacji

Na skrzyżowaniu cywilizacji

Jacek Bartyzel

W blasku ognia zmieszanego z krwią (Ap 8, 7) rozpoczął się XXI akt Wielkiego Teatru Świata ery chrześcijańskiej. Nie ośmielając się przenikać zamysłów jego Boskiego Autora i rozstrzygać, czy to naprawdę już czas Apokalipsy, skoncentrujmy uwagę na marnych, ludzkich aktorach tej sceny.

O ataku na World Trade Center i jego konsekwencjach powiedziano już chyba wszystko, co mogło być do powiedzenia. W każdym razie, raz jeszcze okazało się, że nie ma takiego snu, który nie przyoblekłby się kiedyś w realność. Ponad pół wieku temu hiszpański pisarz katolicki i monarchista — Ramiro de Maeztu pisał: „Pewnego dnia wieżowce nowojorskie staną się kupą żelastwa i rozsypią się w gruzy zanim znajdą się lokatorzy, którzy byliby w stanie zapłacić właścicielom ustalone komorne” — i oto przepowiednia ta poczyna się iścić.

Trzy tematy — na trzech różnych stopniach skali pomiędzy konkretem a abstrakcją — zdają się dominować dyskurs publiczny, związany z tym wydarzeniem: wymiar psychologiczno-społeczny, (geo)polityczny i duchowo-cywilizacyjny.

Pierwszy jest najłatwiejszy do uchwycenia, jako że gołym okiem widać totalną kompromitację ideologii „poprawności politycznej”, którą „inżynierowie socjalni” terroryzują od lat społeczeństwa zachodnie, doprowadzając je — jak mogło się zdawać — już do zupełnej anomii instynktu samozachowawczego. Tymczasem, okazało się, że ten zaiste gigantyczny projekt wyhodowania Nowego Człowieka w „wielorasowym” i „wielokulturowym” społeczeństwie, „otwartego” na wszystkie obce „tożsamości”, tylko zapominającego własnej, rozsypał się jak domek z kart. Stała się rzecz niebywała: „tolerancjoniści” nie tylko, że musieli zezwolić na spontaniczne wybuchy tłamszonej dotąd nienawiści „zwykłych ludzi”, ale sami prześcigali się w jej okazywaniu. Jeszcze dzień przed 11 września drobny ułamek tego bełkotu najordynarniejszych wyzwisk, godnych zapijaczonej dziwki portowej, jaki wydała z siebie, pod adresem „brudnych Arabusów”, supergwiazda światowego dziennikarstwa — Oriana Fallaci, zaprowadziłby każdego europejskiego tubylca za aresztanckie kratki. Teraz, okazało się, że „już wolno” tak mówić, a nawet myśleć — i bać się „obcego”, który wdarł się na nasz „teren łowiecki”. Oczywiście, wybuch tego gejzeru strachu, oślepiający wiedzą o prawdziwej ludzkiej naturze, dał do myślenia i natychmiast uruchomiono odpowiednie dzwonki alarmowe. „Byle komu” na pewno już nie uda się powtórzyć bezkarnie wyczynu Fallaci, i nawet „Gazeta Wyborcza” została skarcona za przedrukowanie jej rasistowskiego manifestu. Ale za jedno z pewnością winniśmy być wdzięczni Fallaci: za to, że z taką otwartością wyartykułowała esencjonalną ideę demokratycznego establishmentu: proklamowanie „prawa” do tego, żeby „pieprzyć się z kim się chce, jak się chce i gdzie się chce”. Oto zaiste „największa zdobycz” cywilizacji demoliberalnej, punkt omega historii „Zachodu”, której alfą było Oświecenie!

W wymiarze politycznym odpowiednikiem bankructwa political corectness jest rozwianie iluzji o „końcu historii”, w której nie pozostanie już nic poza błogostanem konsumpcji w kapitalistycznym raju. Obserwujemy natomiast imponujący „bezwstydem” powrót polityki: polityki prawdziwej, suwerennej, imperialnej. Ameryka Busha juniora jest bez żadnych wątpliwości Rzymem naszego czasu; jej prezydent przemawia i decyduje dokładnie tak samo, jak Oktawian August, czy inny rzymski imperator: władczo, majestatycznie i z niezachwianą pewnością o swojej racji; nieubłaganie dla wrogów, karcąco dla podejrzewanych o nielojalność i łaskawie dla posłusznych, którym pozwala wspaniałomyślnie nazywać się „braćmi i kuzynami cesarza”, choć i on, i oni, doskonale wiedzą, że są tylko sługami hegemona. Niektórzy komentatorzy sugerują, że mimo wszystko Amerykę paraliżuje narzucony przez nią, również sobie, język pacyfistycznego i demokratycznego „mesjanizmu”, który nie pozwala otwarcie formułować celów imperialnych, tylko nakazuje skrywać je, albo nawet podporządkowywać ideologii szerzenia wszędzie demokracji i praw człowieka. Uważamy tę supozycję za gruby błąd w ocenie. Jest dokładnie na odwrót; właśnie naocznie przekonujemy się, jak doskonale giętkim i użytecznym — oczywiście tylko dla imperatora — narzędziem jest ideologiczna fikcja demopacyfizmu. Nazywanie wojny „walką z terroryzmem” to znakomity sposób na odmówienie wrogowi prawa do bycia równoprawną stroną konfliktu, którą można było być tylko w wojnie „klasycznej”; to zepchnięcie go do pozycji wyjętego spod prawa przestępcy, na którego urządza się obławę, a dla siebie potwierdzenie pozycji Wielkiego Policjanta, egzekwującego porządek na całym globie. Dziś (piszę te słowa w styczniu) Amerykanie nawet już nie udają, że chodzi im o schwytanie i „ukaranie” Usamy ibn Ladina. W tej grze nie chodzi o to, aby „złapać króliczka”, lecz aby „gonić go” — w Somalii, Iraku, Sudanie, czy gdziekolwiek indziej może się on ukrywać, czyli o spacyfikowanie całego obszaru Bliskiego Wschodu i utwierdzenie Pax Americana w tym newralgicznym rejonie. Najnowszy lingwistyczno-militarny wynalazek, jakim jest pojęcie „nielegalnego bojownika”, pozwala przecież nawet na przywrócenie legalności stosowania tortur wobec niebezpiecznego wroga. I pomyśleć, że w tym samym czasie francuski sąd skazuje — po trzydziestu latach — generała, który służąc swojemu państwu w Algierii, przyznał w pamiętnikach, że konieczne było niekiedy wydobywanie siłą zeznań od partyzantów. Oto miara degrengolady Starej Europy — kontynentu, który nie umie i nie chce się już bronić.

I właśnie dlatego powinniśmy zachować zimną krew i rozwagę. Nas, ludzi prawicy, nie trzeba przekonywać, jaką trucizną jest amerykanizm, „makdonaldyzujący” świat i rozwlekający wszędzie zarazę demokratyczną. Ale Ameryka jest dzisiaj w zenicie swojej potęgi, tak jak Rzym za Oktawiana, czy ZSSR za Stalina. Buntować się dziś przeciwko imperatorowi to tyle samo, co wywoływać antyrosyjskie powstanie powiedzmy w 1952 roku! I tak jak było możliwe wypracowanie strategii obronnej przeciwko duchowemu samozatruciu sowietyzmem nawet wówczas, bez samobójczej desperacji, tak również i dzisiaj można próbować ocalić duszę narodu przed morbus democraticus, będąc w polityce lojalnym „przyjacielem cesarza”. A jednocześnie spokojnie czekać… aż i to imperium zacznie się sypać.

Trzeci wielki temat, wywołany po 11 września, to pytanie, czy mamy do czynienia z „wojną cywilizacji”? Tu wypowiedziano chyba najwięcej „głupstw uczonych”, jako że znakomita większość zabierających głos nie zadała sobie trudu dookreślenia o jaką cywilizację (albo o jakie cywilizacje) chodzi, toteż rychło dyskusja spełzała na manowce ględzenia o muzułmanach „dobrych”, czyli pokojowych, i „złych” fundamentalistach, albo kończyła się próbą unieważnienia sporu przez odgrzewanie oświeceniowego mitu o jednej, „ogólnoludzkiej” cywilizacji.

Tylko gdzieniegdzie, i to nie tam, gdzie największa słyszalność i oglądalność, dały się słyszeć głosy, wskazujące, że nie ma dziś jednej „cywilizacji zachodniej”, lecz są dwie, i to dokładnie sobie przeciwstawne, choć na tym samym obszarze i pośród tych samych narodów. Jedna, to (zepchnięta na margines) cywilizacja łacińsko-chrześcijańska, oparta o prawdę objawioną religii Chrystusowej, mądrość grecką i polityczny geniusz Rzymu; druga — obojętnie, czy nazwiemy ją oświeceniową, modernistyczną, czy postmodernistyczną — to, będąca w każdym punkcie przeciwstawną pierwszej, „kontrcywilizacja”, laicką i antymetafizyczną. Najgłębszy dramatyzm 11 września polega na tym, że nie możemy być pewni ani tego, której cywilizacji wojnę wydali bojownicy islamu: tej, zbudowanej w imię Platona, Katona i Chrystusa, czy tej, będącej „sojuszem giełdy i burdelu”, czyli „wartości” Alana Greenspana i „wartości” Oriany Fallaci; ani tego, w imię obrony której z tych cywilizacji mielibyśmy „iść na wojnę”, a może nawet „na krucjatę”?

Zadziwiające jak bardzo mógłby nam w tych wątpliwościach pomóc dawno już nieżyjący (zmarły w 1951 roku) i jeszcze mniej w Polsce znany od Juliusa Evoli drugi mistrz tzw. Tradycjonalizmu Integralnego — René Guénon. Ten francuski myśliciel, o niezwykle zawiłej drodze rozwoju duchowego (urodzony w rodzinie katolickiej, przez kilka lat zaangażowany w masonerię ezoteryczną i nawet „biskup” gnostycki, potem nawrócony na katolicyzm), ostatecznie wyjechał na Wschód i przyjął islam, aby w mistycznym sufizmie poszukiwać śladów „pierwotnego” Objawienia, manifestującego się w różnych religiach, lecz w jednej metafizyce. Wykładając do śmierci na uniwersytecie Al-Azhar w Kairze, żył Guénon jak „Arab między Arabami” pod imieniem Szejk Abd al-Wahid Yahya.

Tą myślą Guénona, która poraża dziś swoją trafnością, jest spostrzeżenie, że w przeszłości nie zaznaczała się tak radykalna, jak obecnie, opozycja pomiędzy Zachodem a Wschodem, dopóki i tu, i tam, panowały cywilizacje tradycjonalistyczne, a konflikty pomiędzy nimi miały „zwykły”, geopolityczny charakter. „Frankijscy” krzyżowcy i wojownicy Saladyna walczyli z sobą, i wiedzieli o co walczą, ale nie przeszkadzało im to szanować się i rozumieć nawzajem. Opozycja bezwzględna zaznacza się dopiero wraz z pojawieniem się Zachodu specyficznie nowoczesnego, odrzucającego scientia sacra, a upajającego się laicką scientia profana; odtąd stała się ona opozycją pomiędzy dwiema fundamentalnie odmiennymi mentalnościami, zamiast wykazywać jedynie czysto geograficzną różnicę. Zasadniczy kontrast panuje zatem nie pomiędzy chrześcijańskim Zachodem, a ufundowanymi na innych religiach cywilizacjami Wschodu, lecz pomiędzy światem tradycjonalistycznym w różnych religiach, a światem modernistycznym, który jest historyczną anomalią, objawem wykolejenia się Zachodu. Nowoczesnej cywilizacji europejskiej brakuje już „świętego cementu” religii, mistycznej symboliki i metafizyki, który spaja każde społeczeństwo tradycyjne. Poprzez nowożytne odseparowanie religii od polityki i lansowanie zasady równości zniszczona została w społeczeństwach zachodnich hierarchia duchowa, moralna i społeczna.

Nauka, która płynie od Guénona, narażona jest wprawdzie na niebezpieczeństwo religijnego synkretyzmu, ale można je wyminąć, biorąc z niej jedynie to, co stanowi jasną dystynkcję pomiędzy cywilizacją tradycjonalistyczną a modernistyczną oraz jego niezachwiane, mimo formalnej apostazji, przekonanie, że katolicyzm stanowi jedyną żywą tradycję duchową Zachodu, a Kościół katolicki jest jedyną strukturą, wokół której mógłby się skoncentrować proces odrodzenia Europy. Tylko przez powrót do katolicyzmu Zachód może odzyskać własną Tradycję — i również przetrwać, to znaczy przynajmniej „znormalizować”, konfrontację ze Wschodem.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.