Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Nic nowego pod słońcem

Nic nowego pod słońcem

Jacek Bartyzel

Nihil novi sub sole — ta mądrościowa wiedza, znana zarówno natchnionym autorom Biblii, jak starożytnym Rzymianom, wciąż zachowuje walor maksymy nicującej hałaśliwe, pyszne i próżne zachody ludzkie. W tej chwili myślimy tu o podnoszącym się na nowo — w związku z konferencją nicejską — zgiełku wokół tzw. konstytucji europejskiej. Słychać w tej wrzawie wszystkie głosy, wyśpiewujące przypisane im partie, zespołowe i solowe, w chórze zintegrowanych Europejczyków, znikąd wszakże nie dojdzie nas żaden sygnał dowodzący samoświadomości tego, czym jest prawdziwa konstytucja.

Musimy tedy przypomnieć naprzód rzeczy elementarne. Dla nas, sług Tradycji, prawdziwą konstytucją nie jest żaden świstek papieru spisany przez urzędników i jurystów pod natchnieniem abstrakcyjnych, apriorycznych ideologii. Prawdziwą konstytucją jest Prawo Boże ustanowione przez Stwórcę dla każdej rzeczy, w tym zaś dla człowieka i społeczeństwa jako prawo naturalne ludzkie (lex humana). Z powodu tego swojego boskiego źródła jest ono „ustrojem” każdego ludzkiego społeczeństwa i nienaruszalnym „depozytem”, a zatem Tradycją przez duże „T”. Ponieważ jest ono jednak aplikowane do wtórnie (w historii) zróżnicowanych społeczności ludzkich, zwłaszcza cywilizacji i narodów — albowiem podobało się Bogu „pomieszać języki” tym naszym zadufanym przodkom, którzy jęli budować wieżę Babel — na „ustrój” w każdym konkretnym wypadku składa się także zespół historycznych zwyczajów każdego narodu i państwa, a więc tradycja przez małe „t”. Te partykularne tradycje są zróżnicowanej wartości, lecz nie ma innego poprawnego kryterium ich wartościowania, jak dający się zidentyfikować stopień ich przybliżenia bądź oddalenia od Tradycji źródłowo boskiej, a powierzonej do przechowywania jedynemu Chrystusowemu Kościołowi. Dokładnie to samo kryterium obowiązuje zatem przy ocenie wartości każdej „konstytucji” w sensie „ustawy” spisywanej i uchwalanej przez ludzi (jeżeli założyć, że takie spisywanie jest w ogóle konieczne).

My, Europejczycy, byliśmy ongiś niezasłużonymi depozytariuszami największego skarbu, jaki na ziemi może być komukolwiek dany. To w Europie ustanowiona została doczesna stolica Wikariusza Chrystusa na ziemi. To Rzym był również stolicą Świętego Imperium, stanowiącego „kopułę” (copola) Rzeczypospolitej Chrześcijańskiej. To z Rzymem katolickim zawarł nowe przymierze pierwszy nawrócony król Franków, a po nim i na jego wzór wszystkie inne królestwa chrześcijańskie. Oto była nasza prawdziwa — nigdy nie spisana, lecz obowiązująca jako najświętsze prawo — konstytucja Europy, którą przez wieki tworzyli papieże, imperatorowie, książęta. Lecz, niestety, duch pychy — ten zepsuty owoc grzechu pierworodnego, przemógł ponownie, i Europejczycy zbuntowali się przeciwko prawdziwemu ordo, podeptali i wzgardzili daną im konstytucją. I zostali ukarani tak, jak na to zasłużyli: chaosem nowej wieży Babel, kołobłędem „manii konstytucyjnej”. Któż policzy te wszystkie „konstytucje”, które nadawali sobie od kilku stuleci, a których wartość równa się gigantycznemu wysypisku papierowych śmieci?

Dopiero z tej perspektywy możemy ujrzeć we właściwym i pełnym świetle spisywanie „konstytucji europejskiej”. W swoim aspekcie formalnym jest ono niczym innym, jak przeniesieniem na poziom hiperpaństwowy tego samego jałowego procederu, ignorującego podstawową strukturę rzeczywistości, jaką jest naturalny, organiczny ustrój społeczeństwa. Gdy idzie natomiast o treść tego przedsięwzięcia, to jego istota unaocznia się, jak w soczewce, w nieustających manewrach wokół tzw. preambuły. Nie bez melancholii musimy stwierdzić, że bodaj większe — od stanowiska naszych zdeklarowanych wrogów — przygnębienie wywoływać może obrana linia obrony zasad kardynalnych przez „naszą stronę”, a więc zarówno przez „europejską prawicę”, jak przez autorytety eklezjalne. Najświeższym wykwitem tej „prawicowej” myśli jest przecież wypracowanie formuły, z którą do Nicei pojechały rządy Polski, Włoch, Hiszpanii, Irlandii, Słowacji i Holandii, zawierającej odwołanie się do „tradycji judeochrześcijańskiej”, doczepione do czerpania „inspiracji z kulturowego, religijnego i humanistycznego dziedzictwa Europy, którego wartości (…) zakorzeniły uznanie centralnej roli człowieka oraz jego nienaruszalnych i niezbywalnych praw”. Oto cała „chytrość rozumu” współczesnej prawicy, która dobrze wie, kto jest dzisiaj realnym suwerenem, więc myśli, że zdoła go życzliwie usposobić rozmyciem wiary katolickiej w „judeotradycji”. Że przy tym nienaruszone pozostanie centralne miejsce bezbożnej — a poza tym śmiesznej, w świetle rzetelnej wiedzy o naturze człowieka — antropolatrii, bałwochwalstwa człowieka, o to już „nasi” ludzie zdają się nie troszczyć.

Przyznajmy, że szczerzej mówią nasi wrogowie. Wymowna zwłaszcza jest niedawna wypowiedź eurodeputowanego socjalisty z Katalonii — Josepa Borella Fontellesa, który zaznaczył: „Wiele wartości europejskich wykuwało się w walce z Kościołem. W dziedzinie demokracji i praw człowieka Bóg jest całkiem świeżym konwertytą”. Jeżeli zmilczeć głupawe bluźnierstwo, to domyślny sens tej wypowiedzi jest, niestety, zgodny z prawdą, gdy odniesiemy go do zachowania się nie „Boga” oczywiście, lecz Jego niegodnych — tak duchownych, jak świeckich sług. Zaprawdę, Kościół klękający przed demokracją i okadzający „prawa człowieka”, to fenomen zarazem osobliwy i świeży. Jest przeto uzasadnione i logiczne, że to „kapłani-założyciele” tej religii praw człowieka, „starsi bracia w wierze” demokratycznej, wyznaczają obowiązujące standardy oraz pouczają młodszych „konwertytów”. Są to proste i nieuchronne konsekwencje bojaźliwej rezygnacji z głoszenia Civitas Dei i szukania „kompromisów” z civitas terrena, które, odwrócone od Boga, znaczyć może tylko civitas diaboli.

Autor jest Przewodniczącym Straży Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.