Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Tomasz Gabiś: Dlaczego nie kupię „Kapitału w XXI wieku” Thomasa Piketty’ego

Dlaczego nie kupię „Kapitału w XXI wieku” Thomasa Piketty’ego

Tomasz Gabiś

Dowiedziawszy się, że Wydawnictwo Krytyki Politycznej przygotowało edycję światowego bestsellera Kapitał w XXI wieku autorstwa francuskiego ekonomisty Thomasa Piketty’ego, postanowiłem, że przy okazji wybiorę się do księgarni Tajne Komplety, zawsze świetnie zaopatrzonej we wszystkie nowości z lewicowej kuchni (łagodne sekciarskie nachylenie tej księgarni jest zupełnie niegroźne), aby nabyć to dzieło, o którym wiedziałem, że do jego czytelników należą m.in. prezydent Obama, papież1 Franciszek oraz szefowa MFW Christine Lagarde. Niewątpliwie to zaszczyt znaleźć się w takim doborowym czytelniczym towarzystwie. Co prawda lekko mnie zaniepokoiły doniesienia o chóralnych pochwałach książki w takich mediach jak „Newsweek”, „Financial Times”, „Time Magazine”, „The Economist”, „Der Spiegel”, „Die Welt”, „Süddeutsche Zeitung” itd. Nie żebym miał do nich jakieś uprzedzenia – wszak my manarchiści w naszym niezmordowanym dążeniu do Prawdy mamy zwyczaj korzystać ze wszystkich możliwych źródeł – to jednak taki aplauz ze strony czołowych organów prasowych establishmentu nastrajał mnie nieco sceptycznie. Hiperboliczne komplementy typu „Piketty to nowy Marks” również nie zachęcały do kupna, bo podejmowane przed laty próby zapoznania się, choćby pobieżnie, z Kapitałem żydowskiego proroka z Trewiru kończyły się po kilkudziesięciu stronach autentycznym bólem głowy. Głosy krytyków Piketty’ego także – co raczej zrozumiałe – nie stanowiły zachęty do wysupłania z portfela kilkudziesięciu złotych. Z drugiej strony tak się strasznie nad neo-Marksem znad Sekwany znęcali, że aż mi się go żal zrobiło; i ze współczucia, a trochę z przekory, przy decyzji zakupu trwałem.

Jedni krytycy uważają, że tak naprawdę nie jest on żadnym ekonomistą, lecz doradcą rządów w jak najlepszym („najsprawiedliwszym”) dzieleniu bogactwa, nie przez doradzanie im zresztą czegoś specjalnie nowego, czego by już wcześniej same nie wiedziały, ale przez dostarczanie „naukowej” legitymizacji starej, dobrej polityce podnoszenia podatków. Politycy biją mu brawo, gdyż podoba im się jego program polityczno-ekonomiczny, żaden z nich, co oczywiste, nie przebrnął jednak przez kilkaset stron dzieła, przeczytali tylko wnioski i propozycje, i wpadli w zachwyt.

Inni z kolei zarzucali mu, że źle odczytuje i źle interpretuje dane statystyczne. Kwestionowano też jego słynną już formułę r > g, czyli że zysk z zainwestowanego kapitału jest wyższy niż wzrost gospodarczy – może tak być w krótkim okresie, ale długofalowo r = g. Inni twierdzili, że: pojęcie kapitału jest dla niego słowem bez treści, nie operuje żadną jasną definicją kapitału, nie rozumie istotnej roli (akumulacji) kapitału w produkcji i rozwoju gospodarczym, błędnie rozumie teorię zysku oraz teorię oszczędności i inwestycji, nie wie, skąd się bierze wzrost produktywności, nie rozumie, jak powstaje bogactwo, nie wie, co determinuje zysk z kapitału. Z jego wywodów wynika absurdalny wniosek, że możliwe jest zwiększenie produktywności, wprowadzenie nowych technologii, wzrost gospodarczy bez akumulacji kapitału, ba, w ogóle bez kapitału! Przeszacowuje też dwukrotnie ilość kapitału, ponieważ zalicza do niego posiadane domy, posiadłości i nieruchomości, które w rzeczywistości są dobrami konsumpcyjnymi podobnie jak samochody czy meble. Wykazuje pewną znajomość koncepcji Davida Ricardo, ale nie zna zasadniczego wkładu Ricardo do teorii akumulacji kapitału, zaprzeczającej całkowicie jego teorii.

Według innych krytyków Piketty zamieszcza w swojej książce wykresy, ale stoi przed nimi bezradnie, nie potrafiąc ich zinterpretować. Np. dla zilustrowania powiększających się nierówności dochodów w USA zamieszcza wykres, z którego wynika, że coraz większa nierówność dochodów zaczyna się od pierwszej połowy lat 70. XX wieku. Ale dlaczego wtedy? Na to pytanie Piketty nie jest w stanie odpowiedzieć. Cóż takiego się stało w 1971 r.? Czyżby – drwili krytycy – jakiś tajemniczy wpływ miała wygrana 16 do 13 Baltimore Colts z Dallas Cowboys w superpucharze? A może legendarny koncert The Allman Brothers Band w Filmore East w Nowym Jorku? No bo chyba nie lądowanie Apollo 14 na Księżycu?

Piketty nie potrafi wyjaśnić, co właściwie wynika z jego wykresu, ponieważ nie uwzględnia fundamentalnych cech systemu, który opisuje. Nie przychodzi mu do głowy, że wzmiankowany wyżej wykres wygląda tak, a nie inaczej, ponieważ w poł. 1971 r. dobiegła końca era Bretton Woods i w USA, a za nimi na całym świecie, rozpoczęła się era papierowego pieniądza bez pokrycia (fiat money), a wraz z nią ekspansywna i agresywna polityka monetarna – stałe zwiększanie ilości pieniądza, polityka niskich stóp procentowych, ekspansja kredytowa, czyli faktyczna inflacja. W tym systemie nierówności się pogłębiają, ponieważ, po pierwsze, bogacze, zwłaszcza ci będący w dobrych układach z rządzącymi (wielcy biznesmeni, bankierzy, elita menedżerska etc.) mają szybszy i łatwiejszy dostęp do źródeł taniego pieniądza, a zatem mogą go wymienić na rozmaite dobra rzeczowe, powiększając tym samym swój majątek kosztem mniej zamożnych – następuje redystrybucja z dołu do góry. Po drugie, inflacja jest sektorowa – powoduje wzrost cen wartości majątkowych jak akcje, nieruchomości, papiery wartościowe, dzieła sztuki, złoto etc., które należą do ludzi majętniejszych, ale nie wzrost płac.

Cytowana przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej, jako reklama, opinia z portalu Spiegel Online: „Po raz pierwszy ekonomista daje wyczerpujące dowody na prawdziwość powiedzenia: «Kto ma, temu będzie dane»” jest więc o tyle słuszna, że rzeczywiście w tym systemie „kto ma, temu będzie dane”. Tyle że Piketty nie potrafi wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Ponadto nie dostrzega, że wzrost wartości majątku jest w dużej mierze fikcyjny, to znaczy, kiedy przychodzi moment, że „bańki” zaczynają pękać, fortuny powstałe wyłącznie dzięki ekspansji kredytowej znikają, bo istniały tylko na papierze. Nie uwzględniając tych zależności i mechanizmów, Piketty opisuje wyimaginowany, a nie realny świat.

Po zapoznaniu się z tymi wszystkimi krytycznymi opiniami i narzekaniami na francuskiego neo-Marksa, ochota na zakup jego dzieła – mimo współczucia dla tak okrutnie katowanego autora – znacznie u mnie zmalała. Powiedziałem sobie jednak: skąd mam wiedzieć, czy krytycy mają rację? Może to oni się mylą, może ich krytyka jest niesprawiedliwa? Nie, kupię, przeczytam i sam sobie wyrobię opinię. Już miałem się udać do księgarni Tajne Komplety, żeby zamówić książkę, kiedy coś mnie podkusiło do przeczytania jeszcze jednej recenzji. No i masz, dowiedziałem się z niej, że Piketty 70 razy odwołuje się do Karola Marksa. Spieszę wyjaśnić, że powoływania się na autora Tez o Feuerbachu bynajmniej nie uważam za coś nagannego. My manarchisci rezerwujemy sobie niezbywalne prawo do powoływania się na każdego autora i każdą autorkę – nieważne, czy Jacka Żakowskiego czy Tomasza Terlikowskiego, Slavoja Žižka czy Alfreda Rosenberga, Magdalenę Środę czy Krystynę Pawłowicz – jeśli tylko znajdziemy u niego/niej jakąś interesującą myśl, trafne spostrzeżenie, celną uwagę. Problem w tym, że Piketty, 70 razy powołując się na Marksa, ani razu nie wymienia Eugena Böhm-Bawerka (1851-1914), którego monumentalne dzieło Kapital und Kapitalzins [część 1 – Geschichte und Kritik der Kapitalzinstheorien (1884), część 2 – Positive Theorie des Kapitales (1889); polski przekład pierwszej części z 1924 r. zob. tutaj] traktuje w całości o teorii kapitału i zysku z kapitału, czyli o problemie, któremu Kapitał w XXI wieku jest poświęcony. Ładnie to tak 70 razy wzmiankować Marksa, ani razu zaś „Marksa burżuazji”, jak Böhm-Bawerka określił Joseph Schumpeter? Badacz, naukowiec nie raczy odnieść się do dzieła kanonicznego, klasycznego – Standardwerk, jak mówią Niemcy – w dziedzinie, którą sam się zajmuje? Toż to elementarny obowiązek naukowca.

W tym miejscu przypomina mi się znakomity promotor mojej pracy magisterskiej (wówczas doktor) Aleksander Labuda, o którym, lekko ironicznie, a zarazem z nieskrywanym podziwem, mawiano, że nie wypowiada się na dany temat, dopóki nie przeczyta wszystkiego, co w tej materii napisano. O Pikettym na pewno nie da się tego powiedzieć. Warto więc może przytoczyć opinię innego autora, Ludwika von Misesa, należącego do wąskiego grona najwybitniejszych ekonomistów, którzy nie otrzymali nagrody Nobla. W artykule opublikowanym na łamach miesięcznika „The Freeman” (1959, nr 8) z okazji ukazania się w USA nowej, trzytomowej edycji dzieła Böhm-Bawerka napisał on: „Człowiek, który nie jest doskonale obeznany ze wszystkimi ideami rozwijanymi w tych trzech tomach, nie może sobie rościć prawa do nazywania się ekonomistą”.

Miałem zatem do wyboru dwie możliwości: albo Piketty dzieła Böhm-Bawerka nie przeczytał, co świadczyłoby o jego kompletnej ignorancji, albo przeczytał i zrozumiał, ale ze względów prestiżowych, ambicjonalnych, politycznych czy ideologicznych postanowił go całkowicie przemilczeć, co stawia pod znakiem zapytania jego intelektualną uczciwość. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak zrezygnować z zakupu jego książki, a zaoszczędzone dzięki Böhm-Bawerkowi pieniądze przeznaczyć na dwie – zakupione w księgarni Tajne Komplety – powieści: Masakrę Krzysztofa Vargi oraz Siódemkę Ziemowita Szczerka. W końcu co dwie, to nie jedna.


1 Autor, używając tego tytułu, wyraża własny pogląd odnośnie do tego, czy Stolica Apostolska jest zajęta – pogląd, z którym redakcja Portalu Legitymistycznego (w swojej sedewakantystycznej części) oczywiście się nie zgadza – przypis redaktora naczelnego.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.