Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Tomasz Gabiś: Głosy zza Odry — Niemcy debatują o koronawirusie (cz. 3)

Głosy zza Odry — Niemcy debatują o koronawirusie (cz. 3)

Tomasz Gabiś

Na niemieckojęzycznej scenie polityczno-pandemicznej sporo się dzieje. Opozycja nie zaprzestaje ataków na wirusologiczny establishment. Milena Preradovic przeprowadziła rozmowę z drem Knutem Wittkowskim, z prof. Sucharitem Bhakdim, który zdecydowanie stwierdził, że szczepienia przeciwko koronawirusowi nie mają najmniejszego sensu, oraz trzecią już rozmowę z prof. Stefanem Homburgiem. Raper i trener kulturystyki Leon Lovelock przeprowadził na swoim kanale dwugodzinną rozmowę z drem Wolfgangiem Wodargiem. Wywiadu kanałowi Rubikon udzielił internista z Kilonii dr med. Claus Köhnlein. Dowiedzieliśmy się m.in., że wyszło właśnie nowe, uzupełnione o problematykę najnowszej pandemii i masowych szczepień, wydanie jego książki Wirusowa mania. Świńska grypa, ptasia grypa, SARS, BSE, Hepatitis C, AIDS, Polio. Jak przemysł medyczny bezustannie wymyśla epidemie i na koszt ogółu ciągnie z nich miliardowe zyski (Virus-Wahn. Schweinegrippe, Vogelgrippe, SARS, BSE, Hepatitis C, AIDS, Polio: Wie die Medizin-Industrie ständig Seuchen erfindet und auf Kosten der Allgemeinheit Milliarden-Profite macht).

Dla prywatnej austriackiej stacji telewizyjnej ServusTV długą, prawie godzinną rozmowę z prof. Bhakdim odbył jej szef, dr Ferdinand Wegscheider. Psychologiczne skutki blokady społecznej i gospodarczej oraz propagandy strachu analizuje cały czas austriacki filozof i psychoterapeuta Raphael Maria Bonelli, a w Szwajcarii redaktor naczelny „Die Weltwoche”, Roger Köppel, nie ustaje w ostrej krytyce „epidemiologicznego socjalizmu” w swoim kraju. A wewnątrz polityczno-pandemicznego establishmentu ujawniają się coraz wyraźniejsze różnice zdań, podziały i pęknięcia.

Prof. Klaus Püschel, dyrektor Instytutu Medycyny Sądowej Kliniki Uniwersyteckiej Hamburg-Eppendorf, wykonał już 140 autopsji zmarłych „w związku z koronawirusem”. Nic się nie zmieniło w porównaniu z pierwszymi stoma autopsjami: wszyscy zmarli cierpieli co najmniej na jedną poważną chorobę, a ich średnia wieku wynosiła około 80 lat. Prof. Püschel udziela się w mediach; rozmawiał z „Hamburger Abendblatt”, wystąpił w programie „Hamburg Journal” telewizji Norddeutsche Rundfunk.

Koronawirus, powtarza jak mantrę prof. Püschel, stanowi „relatywnie małe zagrożenie”. Dzieci, młodzież, wszyscy pracujący ludzie o normalnej kondycji psychofizycznej przejdą chorobę bez uszczerbku dla zdrowia; inaczej sprawa się ma z ludźmi chorymi, wirus jest zagrożeniem dla osób z osłabionym systemem immunologicznym i może spowodować śmierć, ale to samo powodują także inne wirusowe infekcje. Strach, że mamy do czynienia z wirusem superzabójcą i że masa ludzi na niego umrze, jest całkowicie nieuzasadniony; także dla ludzi starych i chorych wirus nie jest żadnym wyrokiem śmierci, dla większości z nich infekcja nie stanowi zagrożenia. Prof. Püschel uważa, że należy jak najszybciej otworzyć szkoły i przedszkola, ponieważ dzieci i młodzież nie chorują, nie ma też żadnych dowodów, że są jakimiś szczególnymi roznosicielami wirusa. Ludzie – stwierdził prof. Püschel – muszą się w pewien sposób „zaprzyjaźnić” z wirusem, zmagać się z nim tak samo jak przy grypie i innych infekcjach.

Do prof. Püschela przyłączył się jego uczelniany kolega, dyrektor medyczny Oddziału Psychiatrii Dzieci i Młodzieży, znany hamburski psychiatra i psychoterapeuta – prof. Michael Schulte-Markwort. Gazecie „Hamburger Abendblatt” powiedział, że żadne znane liczby nie usprawiedliwiają wzniecanego w Niemczech strachu przed wirusem. Odnosi się wrażenie – stwierdził – że strach stopniowo nabiera autonomicznego charakteru, wskutek czego ludzie nie percypują już dobrych wiadomości w związku z wirusem.

*****

Głośnym echem odbił się w Niemczech komentarz redaktora naczelnego, nadal największej, niemieckiej bulwarówki „Bild”, Juliana Reichelta, z 27 kwietnia zatytułowany Koniec ze stuporem w polityce wobec koronawirusa.

Przytaczam z niewielkimi skrótami wypowiedź „wściekłego obywatela” Reichelta:

W kryzysie koronawirusowym dwie rzeczy są pewne: po pierwsze, o tym, czy podjęte środki zaradcze są właściwe czy błędne, wyważone czy przesadne, dowiemy się dopiero z podręczników historii. Kwestia, czy będziemy kiedyś spoglądać wstecz na koronawirusa jako na katastrofę zdrowotną, czy jako krach naszej gospodarki, jest całkowicie otwarta. Możliwe jest, ale nie pewne, że słuszne jest to, co większość uważa za słuszne. Nikt nie jest wolny od ryzyka popełnienia katastrofalnych błędów o historycznym wymiarze.

Po drugie, niemal wszyscy eksperci, którym musimy ufać w trakcie tego kryzysu, prawie w każdej sprawie popełnili takie błędy, że naszą wiarę w nich można wyjaśnić tylko naszą desperacją. Najpierw wyśmiewali noszenie maseczek, teraz jest to obowiązek, ostrzegali przed zamykaniem szkół i przedszkoli, teraz miliony dzieci od tygodni wysiadują w domu. Najpierw twierdzili, że zamykanie granic nic nie da, teraz nikt nie może wjechać do Niemiec. Cały czas ostrzegali przed czającą się tuż za zakrętem zapaścią naszego systemu służby zdrowia, teraz na korytarzach szpitalnych panują upiorna cisza i strach przed bezrobociem. Instytut Roberta Kocha odradzał obdukcję „zmarłych na koronę”, obecnie obdukcje się wykonuje i medycy sądowi twierdzą, że bynajmniej nie wszyscy z nich naprawdę „zmarli na koronawirusa”.

Eksperci muszą mieć rację, ponieważ niemożliwe jest, żeby się mylili. Zamknięto obiekty sportowe. W jednych krajach związkowych tenis jest zabroniony, w innych dozwolony, choć przecież tenis zagraża życiu, czyż nie? To, co napawa największą troską: nasza gospodarka już teraz poniosła tak ciężkie i częściowo nieodwracalne szkody, że nasz rząd nie może sobie pozwolić na przyznanie, że przesadził, wprowadzając tak ostre środki. Zrujnowania niemieckiej gospodarki nie przeżyje żadna partia, być może nawet sama demokracja tego nie przeżyje. Coraz więcej wokół nas uporu, niezłomnego przekonania, że ma się rację. Ktoś z rządu Merkel powiedział mi, że przypomina to kryzys uchodźczy.

Obawiam się, że interesy wielu ludzi oraz tych, którzy ich reprezentują, gwałtownie się od siebie oddalają. Każdy polityk opowiadający się za szybkim znoszeniem restrykcji ryzykuje, że obciąży się go za śmierć „zmarłych na koronawirusa”. Tymczasem gospodarcze podstawy egzystencji milionów ludzi ulegają destrukcji, mimo iż prawie nie ma już „zmarłych na koronawirusa”. Politycy odmawiają gorzkiej, ale koniecznej debaty, do której zmusza nas niekontrolowalne wydarzenie „Koronawirus”. Tylko ideologie roszczą sobie pretensje do posiadania absolutnych prawd. Siłą demokracji jest, że wytrzymuje najbardziej niewygodne debaty. Jeśli do nich nie dopuszcza, staje się zbędna. Jedyne, co w demokracji jest bezalternatywne, to debata.

Spotęgowany upór widać w tym, co dzieje się z Bundesligą. Branża piłkarska jest gotowa zrobić wszystko, aby ci, którzy są w niej zatrudnieni, nie byli zagrożeniem ani dla siebie, ani dla innych. Mówimy tu o wolności wykonywania zawodu, która nikomu innemu nie zagraża, obecnie nawet jeszcze mniej niż przed koronawirusem, kiedy „meczów wysokiego ryzyka” musiały chronić setki policjantów. Mimo to są politycy, którzy – głęboko przekonani o własnych racjach – gotowi są poświęcić wartościową branżę i ograniczyć podstawowe prawa, choć ryzyko towarzyszące meczom przy pustych trybunach to bajka. Ponieważ w Bundeslidze gra tylu milionerów, jest ona wdzięcznym celem tej niszczycielskiej furii. Cóż za szaleństwo! Nie potrafię sobie wyobrazić, jak za trzy, cztery lata spoglądać będziemy w przeszłość na te tygodnie i miesiące, kiedy przeciętny wiek zmarłych na koronawirusa był wyższy niż wiek, jakiego dożywa przeciętny Niemiec. Na ulicach będą miliony bezrobotnych, a małe i średnie przedsiębiorstwa (Mittelstand), które finansują ich zasiłki, zbankrutują; wiele restauracji zamknie się na zawsze, a w ich miejsce otworzy się garkuchnie wydające zupę dla ubogich. O tym powinna pamiętać pani kanclerz, kiedy ponownie wygłosi rządowe oświadczenie. Tyle redaktor naczelny „Bilda”.

Jednak bulwarówka na tym nie poprzestała. Według informacji, „do jakich dotarła”, kanclerz Merkel podczas wideokonferencji w małym kręgu premierów landów po raz pierwszy wyraźnie skrytykowała niemieckich wirusologów. Przede wszystkim swoje niezadowolenie okazała podobno wobec prof. Drostena. Wspomniała o tym, jak zmieniał kurs w sprawie zamknięcia granic, i zacytowała jego wypowiedź, że policję lepiej wysłać po zakupy dla emerytów niż na granice. Dwa dni później opowiedział się za zamknięciem granic. Merkel skrytykowała też Drostena za jego najnowsze wypowiedzi o zagrożeniu infekcją dzieci. Drosten przestrzegł ostatnio, że dzieci są przypuszczalnie tak samo narażone na infekcję i tak samo mogą być jej źródłem jak dorośli. W pracy opublikowanej bez weryfikacji przez niezależnych ekspertów Drosten poinformował, że masa wirusów, które można wykryć w drogach oddechowych, nie zależy od wieku. Dlatego ostrzegł przed nieograniczonym otwieraniem szkół i przedszkoli. Jednak wcześniej, powołując się na artykuł w „Science”, twierdził w mediach, że ryzyko infekcji jest różne u dzieci i dorosłych.

Jakby krytyki, zdającego się popadać w niełaskę, prof. Drostena było mało, „Bild” nieoczekiwanie podał informację, że naukowcy z amerykańskiego elitarnego Uniwersytetu Stanford zasiali wątpliwości co do zagrożenia płynącego od koronawirusa, oznajmiając, że śmiertelność wynosi poniżej 0,2%: „Czyżby jednak tylko tak samo groźny jak grypa?” – pyta dramatycznie „Bild”.

*****

Na łamach pisma „Der Spiegel” gościnnie wystąpili: filozof i eseista Julian Nida-Rümelin, pisarka i prawniczka Juli Zeh, wykładający politykę gospodarczą i ekonometrię stosowaną na Uniwersytecie w Bochum ekonomista prof. Christoph M. Schmidt (od marca 2009 do lutego br. członek, a od 2013 do 2020 roku także przewodniczący Rady Ekspertów ds. Oceny Rozwoju Gospodarczego), lekarz, biochemik, kierownik Katedry Mikrobiologii Medycznej i Wirusologii Uniwersytetu im. Marcina Lutra w Halle-Wittenberg i dyrektor Instytutu Mikrobiologii Medycznej Kliniki Uniwersyteckiej Halle (Saale) Alexander S. Kekulé, wykładający na Uniwersytecie w Hamburgu międzynarodowe stosunki gospodarcze ekonomista prof. Thomas Straubhaar oraz były poseł Zielonych do Bundestagu i burmistrz Tybingi – Boris Palmer. Autorzy piszą m.in., że COVID-19 nie jest dla ludności – poza grupą wysokiego ryzyka i ludzi powyżej 65. roku życia – groźniejszy niż grypa; prawdopodobieństwo, że osoby z młodszych grup wiekowych bez przewlekłych chorób umrą na COVID-19, nie jest większe niż w przypadku grypy. Jak najszybciej należy obudzić gospodarkę z zimowego snu, zminimalizować zakres ograniczeń podstawowych praw obywatelskich i jednocześnie chronić ludność przed ponownym kryzysem zdrowotnym. Obecnie wprowadzane rozluźnienia restrykcji tym celom nie służą. Według sześciorga autorów wszystkie ograniczenia muszą spełniać kryterium proporcjonalności. Powinny w jak najmniejszym stopniu ograniczać indywidualne prawa i wolności zawarowane w konstytucji w artykułach 1–19. Obecnie zasadnicze prawa znajdują się – w niektórych dziedzinach – na poziomie zerowym. Nazbyt wolne i ostrożne otwieranie społeczeństwa i gospodarki każe obawiać się poważnych szkód; dalsza blokada (lockdown) może w ostatecznym rozrachunku zrujnować nasze życie społeczne, kulturalne i gospodarcze. Zdrowie, gospodarkę i państwo prawa trzeba chronić w jednakowej mierze, a przy obecnie stosowanych metodach istnieje groźba, że nie ochroni się niczego. Koronawirus ustępuje, a negatywne efekty ograniczeń rosną. Egzystencja wielu rodzin i licznych przedsiębiorstw znajduje się na krawędzi załamania. Jedynie wówczas, gdy gospodarka właściwie funkcjonuje, można dostarczyć obywatelom podstawowe dobra, wesprzeć słabszych i utrzymać wydajny system opieki zdrowotnej. Recesja, która grozi, jest bezprzykładna i zagraża nie tylko poziomowi życia oraz miejscom pracy, lecz także stanowi zdrowotnemu ludności.

*****

Wirusolog prof. Christian Drosten stał się w ostatnich miesiącach jednym z najbardziej znanych naukowców w Niemczech. Jego poprzednikiem na stanowisku dyrektora Instytutu Wirusologii w berlińskiej Charité był przez 27 lat prof. Detlef Krüger. W udzielonym wywiadzie prof. Krüger powiedział m.in. że sezon infekcji dróg oddechowych kończy się, także fala koronawirusa opada. Mówi się, że nie należy porównywać fali koronawirusa z falami grypy. Jednakże – uważa prof. Krüger – można je jak najbardziej porównywać, zarówno gdy chodzi o sposoby transmisji wirusów, jak i grupy wysokiego ryzyka, przy czym w przypadku grypy dochodzą do tej grupy kobiety w ciąży i dzieci. Jest też tak, że każdego roku mamy przeciętnie więcej zgonów z powodu grypy (przynajmniej do dziś w Niemczech) niż z powodu nowego koronawirusa. Prof. Krüger zwraca uwagę na to, że średni wiek „zmarłych na koronę” w Niemczech wynosi ok. 80 lat. Z drugiej strony Niemcy dożywają przeciętnie do ok. 80 roku życia. Jest to bardzo interesujący aspekt, który relatywizuje wiele wprowadzonych ograniczeń. Fakt, że w przyszłości będziemy musieli żyć z nowymi koronawirusami, jest przez polityków i media interpretowany najczęściej jako zagrożenie, gdy tymczasem wszystkie wirusy absorbują nas przez całe życie. Nagle przedstawia się to w ten sposób, jakby to był jakiś jeszcze nieodkryty ląd.

Naturalnie, wirus najprawdopodobniej nie zniknie z naszego środowiska, ale istnieje wiele innych groźnych, a nawet groźniejszych wirusów, z którymi nauczyliśmy się żyć albo je skutecznie zwalczać. Sądzę – mówi prof. Krüger – że koronawirus nie jest niebezpieczniejszy niż pewne warianty wirusa grypy. Wśród ludzi panują strach i niewiedza, a sposób informowania o chorobie przez media nie tylko, że nie łagodzi lęku, ale wręcz go podsyca. To groźne zjawisko, ponieważ tak mocno przeniknięta emocjami prezentacja wydarzeń może prowadzić do rozmaitych błędów.

*****

W swoim talk-show Markus Lanz (ZDF) zaprezentował wykres z biuletynu Instytutu Roberta Kocha rozpropagowany przez prof. Stefana Homburga. Według dyrektora Instytutu Finansów Publicznych na Uniwersytecie w Hanowerze z wykresu wynika, że współczynnik zaraźliwości był już na poziomie 0,7, kiedy rząd – motywując to tym, że trzeba obniżyć współczynnik poniżej 1 – nakazał „lockdown”. Oznacza to, że blokada była już wtedy zbędna. Zaproszony do studia epidemiolog prof. Gérard Krause nieco inaczej odczytał wykres. Kiedy skończył swoje wyjaśnienia, prowadzący Markus Lanz zadał mu podchwytliwe pytanie: „Założywszy, że kroki podjęte przez rząd rzeczywiście są skuteczne i że mylimy się, interpretując wykres nazbyt pospiesznie, to dlaczego w takim razie współczynnik zaraźliwości nie spada dalej, tylko utrzymuje się nieco poniżej 1?”. Niestety, prof. Krause na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć. Być może, spekulował, istnieje jakiś bliżej nieznany efekt, który uniemożliwia dalszy spadek współczynnika zaraźliwości. Możliwe też, że dalsze zredukowanie go udałoby się, gdyby wprowadzone ograniczenia były jeszcze dalej idące niż dotychczasowe! Prof. Krause przyznał, że nie wiadomo, które elementy wprowadzonych ograniczeń zadziałały i jak zadziałały. Wynika z tego, że nauka niemiecka nie zna odpowiedzi na ważne pytania i w rzeczywistości politycy nie dysponują naukowym uzasadnieniem dla podjętych kroków.

Dokładnie tak uważa prof. dr Christof Kuhbandner, od 2013 roku kierownik Katedry Psychologii Pedagogicznej w Instytucie Psychologii Eksperymentalnej na Uniwersytecie w Regensburgu, który w trzech obszernych tekstach zajął się metodologią statystyk, dowodząc, że brak jest naukowego uzasadnienia dla podjętych przez rząd restrykcji: O braku naukowego uzasadnienia dla kroków podjętych w związku z koronawirusem, Przeszacowanie rzeczywistego wzrostu nowych infekcji koronawirusem, Osobliwa krzywa przebiegu zgonów z powodu koronawirusa. W czwartym artykule prof. Kuhbandner odpowiedział na głosy krytyczne oraz na pytania czytelników.

Prof. Kuhbandner przypomina, że praktycznie wszystkie drastyczne ograniczenia w życiu społecznym i gospodarczym wprowadzone w związku z epidemią koronawirusa uzasadniano tym, że należy powstrzymać dzienny wzrost nowych infekcji i przeciwdziałać – przewidywanemu – wykładniczemu rozprzestrzenianiu się wirusa. Jednakże dokładniejsza, szczegółowa analiza podawanych oficjalnie liczb, uwzględniająca szereg dodatkowych czynników, które wpływają na zniekształcenie statystyk, wykazuje, że odnotowany gwałtowny wzrost nowych infekcji na początku marca w dużej mierze odzwierciedlał tylko szybki wzrost liczby przeprowadzonych testów. Innymi słowy, liczba odnotowanych i raportowanych nowych zakażeń rosła nie w rzeczywistości, ale paralelnie do wzrostu liczby przeprowadzanych testów. Statystyczna kontrola liczb polegająca na tym, że liczbę każdorazowo odnotowanych i raportowanych nowych infekcji dzieli się przez liczbę każdorazowo przeprowadzonych testów (czyli tak jakby za każdym razem przeprowadzać stałą, a nie rosnącą liczbę testów), pozwala wnioskować, że w rzeczywistości nie było wykładniczego rozprzestrzeniania się wirusa – rzeczywisty wzrost liczby nowych infekcji został znacząco przeszacowany. Ponadto analiza wykazuje, że do cofnięcia się przypadków nowych infekcji doszło od pierwszego lub drugiego tygodnia marca, zatem drastyczne kroki podjęte przez rząd, jak zamknięcie szkół i przedszkoli (16 marca) lub ogólny zakaz kontaktów (23 marca), nie wyjaśniają spadku nowych infekcji.

Zdaniem prof. Kuhbandnera dzienna liczba zgonów zaczęła spadać na przełomie marca i kwietnia. Zagrożenie drugą falą z ponownym wykładniczym wzrostem nowych infekcji, czym straszą prof. Drosten i inni eksperci, jest według prof. Kuhbandnera nierealistycznym scenariuszem, ponieważ zaobserwowany i raportowany „wykładniczy” wzrost nowych infekcji na początku marca był sztucznym efektem znacznego wzrostu liczby przeprowadzanych wówczas testów. Można powiedzieć, że to testy „generowały” nowe infekcje. Jest rzeczą niezwykle ważną, aby te kwestie publicznie wyjaśnić, może to bowiem uwolnić ludzi od lęków i zapobiec skrajnie negatywnym skutkom wywołanym przez niepotrzebne drastyczne ingerencje w podstawowe prawa obywateli.

*****

W godzinnej rozmowie z prowadzącym zdrowotny portal Vitalstoff.Blog, dr. Uwe Alschnerem, hanowerski naukowiec prof. Martin Haditsch, specjalista w dziedzinie higieny, mikrobiologii, epidemiologii infekcyjnej i medycyny tropikalnej, który już wcześniej miał odmienne zdanie na temat epidemii koronawirusa, krytykuje, podobnie jak prof. Kuhbandner, statystyczne zniekształcenia pojawiające się w sferze publicznej. Przykład: robimy 100 testów, otrzymujemy 20 pozytywnych wyników, do banku danych trafia liczba 20 infekcji, po tygodniu przeprowadzamy 10 000 testów, otrzymujemy 1000 wyników pozytywnych, które rejestrujemy w banku danych. Co za niesamowity wzrost! Liczba nowo zainfekowanych wzrosła pięćdziesięciokrotnie! W rzeczywistości nowo zainfekowanych jest procentowo o połowę mniej – tydzień temu było ich wśród testowanych 20%, a teraz 10%.

Prof. Haditsch z całą mocą podkreśla, że bez posiadania kluczowych danych i liczb nie można podjąć właściwych decyzji, a przy takich decyzjach, jakie rząd Niemiec podejmował w ostatnich miesiącach, jest to absolutna konieczność i absolutny obowiązek. Tymczasem, zdaniem prof. Haditscha, panuje kompletny chaos – chaos w danych, chaos w liczbach, chaos w definicjach i chaos w diagnozach. Choć mamy już koniec kwietnia, to ciągle nie wiemy, jaki procent ludności jest zarażony wirusem, nie wiemy, jaki jest wśród zarażonych procent ciężko chorych, nie wiemy, jaki jest wśród zarażonych procent zmarłych. Zdumiewa fakt, że Instytut Roberta Kocha starał się odwieść lekarzy od obdukcji zmarłych w związku z koronawirusem. Potrzebny był dopiero nacisk środowiska lekarskiego, aby IRK zmienił wektor zalecenia na przeciwny.

Jak można – pyta prof. Haditsch – podejmować decyzje o tak ogromnych konsekwencjach, nie posiadając wiedzy o tym, jak rozszerza się epidemia? W okresie, który minął od chwili zaobserwowania w Niemczech pierwszej zainfekowanej osoby, Instytut Roberta Kocha nie przeprowadził na odpowiednio dużej, losowej próbie badań, które pozwoliłyby oszacować, jak duży procent ludności jest zainfekowany. Nic, ale to absolutnie nic, nie stało na przeszkodzie, aby na szeroką skalę przeprowadzić takie badania – kluczowe dla poznania charakteru epidemii. Kiedy prof. Hendrik Streeck jako jedyny przeprowadził takie badania, oczywiście na małą skalę, na małej próbie, ale jednak jakieś dane uzyskał, spotkała go krytyka ze strony naczelnego wirusologa prof. Christiana Drostena i jego kolegów. Zobowiązani do przeprowadzania badań, krytykują tego, który je – w możliwym dla siebie zakresie – przeprowadził. Cóż za tupet, oburza się prof. Haditsch. To bezczelność, którą trudno wręcz przelicytować.

Dlaczego Instytut Roberta Kocha do tej pory nie przeprowadził podstawowych dla rozpoznania natury i „kinetyki” epidemii badań, trudno zgadnąć. „Nie jestem” – zastrzega się prof. Haditsch – „teoretykiem spisku, ale jak dla mnie wygląda to na metodę”.

*****

Portal NachDenkSeiten przeprowadził drugą rozmowę z prof. Gerdem Bosbachem, matematykiem i statystykiem, który do 2019 roku wykładał statystykę i empiryczne badania nad gospodarką i społeczeństwem w Wyższej Szkole Zawodowej w Koblencji. Był naukowym doradcą Federalnego Urzędu Statystycznego i pracował w wydziale statystycznym Federalnego Zrzeszenia Dentystów Kas Chorych. Razem z Jensem Jürgenem Korffem napisał książki Kłamać liczbami. Jak manipuluje się nami za pomocą statystyk (Lügen mit Zahlen. Wie wir mit Statistiken manipuliert werden, München 2011) oraz Prestidigitatorzy liczb (Die Zahlentrickser, München 2017).

Prof. Bosbach wskazuje na statystykę testów, która wykrzywia rzeczywistość. Te statystyczne dane to liczby pozorne, niemające nic wspólnego z rzeczywistością. Prof. Bosbach dziwi się, jak to możliwe, że polityczni decydenci czerpią pewność o słuszności swoich działań bez znajomości liczby zainfekowanych w populacji. Tym, co znają i na czym opierają podjęte kroki i kontynuowanie tychże, jest liczba osób z pozytywnym wynikiem testu. Jednakże ta wielkość jest w ogromnej mierze zależna od liczby przeprowadzonych testów. Szokuje mnie – mówi prof. Bosbach – że służy to jako podstawa decyzji, ponieważ o przyjętych środkach należy decydować na podstawie twardych, niezbitych faktów, a nie na podstawie faktów pozornie obiektywnych. A są one pozornie obiektywne, ponieważ liczba ludzi z pozytywnym wynikiem testu obejmuje małą, niereprezentatywną grupę – są to osoby o mocnych symptomach chorobowych, osoby chore lub stare, osoby z otoczenia zainfekowanych, lekarze, personel pielęgniarski. Żeby to wyrazić w uproszczeniu: jeśli jutro przetestuje się w tej grupie dwa razy więcej ludzi niż dzisiaj, to najprawdopodobniej znajdzie się dwa razy więcej zainfekowanych niż dzisiaj. Z tego nie da się wywnioskować, jak bardzo wirus rozprzestrzenił się już w całej populacji ani w jakim tempie się rozprzestrzenia. Z tych liczb nie można dowiedzieć się, jak wielu ze wszystkich ludzi w Niemczech zachorowało na COVID-19 ani jak wielu jest zainfekowanych.

Polityka informacyjna rządu i doradzających mu ekspertów jest, zdaniem prof. Bosbacha, ułomna i zagrażająca demokracji. Ograniczone, wąskie spojrzenie na rzekome liczby zainfekowanych i żonglowanie wzrostami liczby zgonów szerzy strach. Stale mówi się o osobach, które zachorowały, zamiast mówić o osobach z pozytywnym wynikiem testów. Jeśli powstaną nowe, szybsze metody testowania, to można będzie testować do dziesięciu razy więcej osób niż obecnie. Jeśli tak się stanie, liczby przypadków eksplodują, co nie będzie żadną oznaką tego, że wirus rozprzestrzenia się wykładniczo. Przy każdej okazji powtarza się, że nie należy wprawiać ludzi w panikę, a tymczasem polityka informacyjna właśnie panikę wywołuje, ponieważ nie nagłaśnia się akurat tych liczb, które mogłyby przyczynić się do uspokojenia obywateli. Prof. Bosbach zaapelował, aby dziennikarze mieli więcej dystansu do krążących fałszywych lub niejasnych, wprowadzających w błąd liczb, które płyną z rządu lub od jego doradców.

Zachodzi pytanie, dlaczego nie przeprowadza się badań sondażowych pozwalających określić stan infekcyjności całej populacji, uzyskać wiarygodne dane na temat częstości występowania ciężkich zachorowań i śmiertelności. Dla prof. Bosbacha stanowi to zagadkę. Powtarzane regularnie testowanie reprezentatywnej, losowo wybranej próbki np. 12 000 uczestników pozwoliłoby uchwycić, jak rozwija się epidemia. Nie wiadomo, dlaczego się tego w Niemczech nie robi. Dotychczas uzasadniano to tym, że jest za mało testów, ale w 13 tygodniu kalendarzowym przeprowadzono według Instytutu Roberta Kocha 350 000 testów, dlaczego więc nie można było wziąć z tej puli kilku tysięcy, aby wreszcie móc podejmować, na podstawie właściwych danych, takie decyzje, które prowadzą do osiągnięcia celu. Prof. Hendrik Streeck przeprowadził badania z własnej inicjatywy, podczas gdy Instytut Roberta Kocha taką inicjatywą się nie wykazał. Bezczynność w tej mierze głównej placówki epidemiologicznej w Niemczech jest zdumiewająca.

Pytany, czy według niego liczba zainfekowanych jest wyraźnie wyższa, niż wynika to z danych IRK, prof. Bosbach odpowiada, że przypuszczalnie tak. Jest to zrozumiałe, ponieważ wielu ludzi w ogóle nie zauważa infekcji, a u innych symptomy chorobowe są bardzo słabe. Im wyższa ta „ciemna liczba” infekcji, tym niższa śmiertelność i zachorowalność. Jeśli chodzi o liczbę zgonów, to nadal wszyscy zmarli z wirusem są, niezależnie od przyczyny śmierci, klasyfikowani jako „zmarli na koronawirusa”.

Na zakończenie rozmowy prof. Bosbach zwraca uwagę na rozmaite fatalne skutki podjętych przez władze środków ochronnych. Przykładem mogą być ludzie chorzy na demencję przebywający w domach opieki. Opiekują się nimi zamaskowani pielęgniarze czy pielęgniarki, pozostający z podopiecznymi tylko w bezosobowym kontakcie. To całkowicie wytrąca tych ludzi z równowagi, pojawia się wręcz niebezpieczeństwo, że wskutek tego umrą. Tego typu sytuacji, ogromnie stresujących i przynoszących cierpienie, jest coraz więcej. Jeśli podejmuje się tak drastyczne kroki, to – mówi prof. Bosbach – chciałbym najpierw poznać niezbite fakty, abyśmy potem nie musieli przyznać, że większość ofiar to ofiary terapii, a nie choroby.

*****

W wywiadzie dla „FAZ” specjalista chorób płuc Thomas Voshaar zawarł godne uwagi spostrzeżenia na temat praktyki sztucznego oddychania przy ciężkim przebiegu chorób. Powiedział m.in., że wczesne lub przedwczesne, intubowanie pacjentów chorych na COVID-19 jest często medycznie nieuzasadnione i w określonych warunkach może być nawet niebezpieczne dla pacjentów leżących na oddziałach intensywnej terapii. Należy, zdaniem Voshaara, zapytać, czy fakt, iż tak mało (20–50%) pacjentów z COVID-19 przeżywa intubację, ma jakiś związek z nieuzasadnionym wyborem tej właśnie, a nie innej metody terapeutycznej. W przypadku Chin, Włoch i Francji można to tłumaczyć chaosem, jaki powstał w szpitalach. Dodajmy, że nie tylko w tych krajach, gdyż, jak w rozmowie ze „Spieglem” podaje niemiecki infekcjolog Michael Gaisa, pracujący w Mount Sinai Hospital na Manhattanie, w regionie Nowego Jorku śmiertelność wśród pacjentów z podejrzeniem COVID-19 poddanych sztucznemu oddychaniu (intubowaniu) wynosi 88%, czyli jeden na dziesięciu wychodzi ze szpitala żywy.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.