Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Tomasz Gabiś: O Agnes Miegel, Luise Rinser, Paulinie Wilk oraz innych sprawach i osobach

O Agnes Miegel, Luise Rinser, Paulinie Wilk oraz innych sprawach i osobach

Tomasz Gabiś

Jeśli nie wierzymy w wolność wypowiedzi dla ludzi, którymi pogardzamy, to znaczy, że w ogóle w nią nie wierzymy. (Noam Chomsky)

Cenię sobie wysoko eseistykę Kazimierza Brakonieckiego i od czasu do czasu do niej powracam, ostatnio do ofiarowanej mi podczas pobytu w Olsztynie i sygnowanej przez autora książeczki Polak, Niemiec i Pan Bóg (Olsztyn 2009). Na stronie 94 natknąłem się na zdanie: „Przypomniała mi się historia z życia największej wschodniopruskiej poetki Agnes Miegel (1879–1964), która czynem i piórem popierała ruch nazistowski, ale za szczyt jej upadku moralnego uznać można zadenuncjowanie dawnej koleżanki szkolnej, że jest pochodzenia żydowskiego”. Od razu nasunęły mi się wątpliwości, ponieważ fakty z biografii Miegel – uczestnictwo w oficjalnym życiu literackim lat 1933–1945, opublikowanie panegirycznego wiersza Dem Führer, wstąpienie do partii w 1940 roku – były znane od dawna, przy czym jej motywacje poparcia reżimu nie były ideologiczne, lecz raczej narodowo-patriotyczne. Pod względem światopoglądowym pozostała chrześcijanką darzącą wielką sympatią dawnych mieszkańców jej ziemi rodzinnej – pogańskich Prusów.

Już od lat erefenowskie „społeczeństwo obywatelskie” prowadzi kampanię na rzecz zmiany nazw ulic i szkół noszących jej imię. Doprowadziło też do usunięcia, postawionego w 1994 w parku zdrojowym w Bad Nenndorf, gdzie Miegel mieszkała po wojnie, jej kameralnego pomnika z brązu (do tych kampanii pasuje jak ulał obserwacja Rainera Blasiusa: „Dzisiejsi oportuniści piszą o wczorajszych oportunistach i są święcie przekonani, że gdyby żyli wczoraj, nie byliby oportunistami”).

Jest rzeczą całkowicie nieprawdopodobną, żeby w ramach antymiegelowskiej kampanii nie użyto przeciwko pisarce argumentu o tak potężnej moralnej sile rażenia. Jednakże oskarżenie to nigdzie się nie pojawia. Dla pewności zwróciłem się do znawcy literatury niemieckiej prof. Wojciecha Kunickiego, autora hasła „Agnes Miegel” w Leksykonie encyklopedycznym pisarzy niemieckojęzycznych XX wieku (red. Marek Zybura, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1996, str. 224), z prośbą o weryfikację informacji podanej przez Brakonieckiego. Odpowiedział, że choć zna wiele bardzo krytycznych artykułów o poetce, to nigdzie się z takim oskarżeniem wobec niej nie spotkał. Ponieważ Brakoniecki nie podaje źródła, za którym je powtórzył, to najprawdopodobniej chodzi o złośliwą plotkę puszczoną w obieg po to, by Miegel ostatecznie – widocznie jej polityczne przewiny aż takiego wrażenia na narodzie nie robiły – moralnie zdyskredytować.

Dodajmy wreszcie, że w 1949 roku, w ramach procedury „denazyfikacyjnej”, Miegel stanęła przed Izbą Orzekającą, która zakwalifikowała ją jako „nieobciążoną”, jednoznacznie stwierdzając, że nikomu nie zaszkodziła.

Wskazana byłaby zatem większa ostrożność w ferowaniu moralnych wyroków bez – jak to mówią adwokaci – twardych dowodów winy. Przesada w pochwałach szkody chwalonemu nie przynosi, natomiast przypisanie komuś grzechów niepopełnionych skrzywdzić go może na zawsze. Warto pamiętać o tym, że Miegel była poetką o uznanej randze na długo przed przejęciem władzy przez narodowych socjalistów i nie utraciła jej po upadku reżimu. Jej późne wiersze należą – zdaniem miłośników poezji – do najpiękniejszych w literaturze niemieckiej. Nieprzypadkowo więc Marcel Reich-Ranicki umieścił kilka jej utworów w swojej kilkutomowej, „kanonicznej” antologii poezji niemieckiej. Mimo politycznego uwikłania pisarki jej twórczość w wymiarze estetyczno-artystycznym nadal zasługuje, jak napisał prof. Kunicki, na zainteresowanie.

O pokolenie młodsza od Agnes Miegel była inna pisarka, jedna z najpopularniejszych i znanych pisarek w RFN, autorka trzydziestu książek, wśród nich wielu bestsellerów (sprzedała w sumie ponad pięć milionów egzemplarzy), laureatka kilkunastu nagród literackich, nazywana grande dame niemieckiej literatury, odznaczona Federalnym Krzyżem Zasługi, „diva” erefenowskiego ruchu pokojowego, ikona erefenowskiego „dobroludztwa”, przez kilka dziesięcioleci autorytet moralny, ba, „moralne sumienie Republiki”, pacyfistka, feministka, socjalistka, niestrudzona bojowniczka o postęp, pokój i sprawiedliwość społeczną. Tak niestrudzona, że w 1984 roku Zieloni wysunęli jej kandydaturę na urząd prezydenta. Pisarką tą była Luise Rinser (1911–2002).

Podziwiano ją powszechnie za jej dzielną, antyfaszystowską postawę w okresie rządów narodowych socjalistów, którą opisała w swoich pismach autobiograficznych, a której najważniejszym świadectwem był fakt, że w październiku 1944 roku została po donosie koleżanki aresztowana i – wedle jej własnej relacji – oskarżona o zdradę stanu.

Głosy, że być może nie wszystko w opowieściach Rinser o własnej przeszłości jest zgodne z prawdą, pojawiały się wcześniej, np. w 1968 roku jej oponenci z prawicy narodowej przedrukowali w „Deutsche Nationalzeitung” wiersz Młoda generacja, opublikowany w 1935 roku w czasopiśmie „Herdfeuer”, tytułując go Hymn do Adolfa Hitlera, aby w ten sposób wydrwić obłudę tej, która innych lubiła rozliczać z politycznych grzechów młodości. Jednak atak z prawa Rinser skutecznie odparła, posługując się łatwym do zaakceptowania argumentem, że nacjonalistom wierzyć nie należy. W sprawie wiersza kręciła: raz zaprzeczała, że to ona jest autorką, dodając, że nie wie, kto użył jej nazwiska, innym razem, że napisała go na obozie wspólnie z dziewczętami z BDM (Bund Deutscher Mädel), a w końcu, że to wiersz satyryczny, w którym chciała „wykpić nazistów”.

W 2011 roku hiszpański filozof i teolog, bliski przyjaciel Rinser w ostatnich kilku latach jej życia, José Sánchez de Murillo, opublikował biografię Luise Rinser. Życie w sprzecznościach (Luise Rinser. Ein Leben in Widersprüchen). Okazało się, że Rinser dorobiła sobie legendę opozycjonistki; systematycznie przerabiała swój życiorys z okresu 1933–1945 – zmyślała, przemilczała, przekręcała, dramatyzowała. „Wszystkich nas okłamała”, podsumował swoje badania nad życiem Rinser Sánchez de Murillo. Wprawdzie nie wstąpiła do partii, ale z entuzjazmem poparła nowy ruch, była instruktorką w BDM, w Narodowosocjalistycznej Wspólnocie Kobiet, w Narodowosocjalistycznym Związku Nauczycielskim. Dla znanego reżysera filmów propagandowych, z którym się przyjaźniła, napisała scenariusz; w latach 1939–1945 publikowała w gazecie „Kölnische Zeitung” recenzje i opowiadania, w latach 1944–1945 gazeta drukowała w odcinkach jej powieść Płaskowyż (Hochebene). Powodziło jej się nieźle, o czym świadczy fakt, że kupiła dom. Wbrew swoim opowieściom nigdy nie miała zakazu publikacji, przeciwnie, otrzymała uprzywilejowane racje papieru, jej powieść Szklane pierścienie (Gläserne Ringe, 1941) miała nawet dwa wydania.

Sprawę swojego aresztowania, które było niejako fundamentem jej „antyfaszystowskiego” życiorysu, znacznie udramatyzowała. Zatrzymano ją w październiku 1944 roku na podstawie donosu koleżanki, której opowiedzieć miała, że koniec wojny jest bliski, że Rosjanie nie są tacy źli i trzeba się z nimi jakoś dogadać. Oskarżono ją o „sianie defetyzmu”, a nie o „zdradę stanu”, jak później utrzymywała. Dostała urlop przed świętami Bożego Narodzenia i do końca wojny do aresztu śledczego nie wróciła. Wbrew temu, co na ten temat pisała, nie przygotowywano żadnego procesu w jej sprawie.

Zanim ukazała się książka José Sáncheza de Murillo, w jednej z miejscowości zamierzano postawić jej pomnik, ale ostatecznie chyba do tego nie doszło. Nadal istnieją w Niemczech ulice jej imienia. Kto wie, jak długo jeszcze. Być może przypadnie jej w udziale los usuwanej z przestrzeni publicznej Agnes Miegel, która w przeciwieństwie do Rinser nigdy się niczego nie wypierała, nikogo nie okłamywała, swojej biografii nie fałszowała, ale też zgodnie z protestancką zasadą „Sprawy sumienia tylko z moim Bogiem i z nikim innym uregulować muszę”, nie urządzała przedstawień publicznego kajania się.

Dodajmy na koniec, że Rinser opublikowała w 1981 roku reportaż Dziennik z podróży po Korei Północnej, w którym zachwycała się Kim Il-sungiem: ojcowska postać, promieniująca siłą i ciepłem, o spokojnym spojrzeniu, nie ma w nim niczego fałszywego, człowiek dowcipny, którego cechuje prostota. Są tacy, którzy dziwią się, jak to się stało, że Zieloni po takich peanach na cześć komunistycznego dyktatora zaproponowali jej kandydowanie na urząd prezydenta. Czyżby ich nie czytali? Ależ czytali, jak najbardziej czytali, i dlatego właśnie wysunęli tę kandydaturę. Wszak roiło się u nich wówczas od komunistów, marksistów, maoistów, hosziministów, polpotystów. Dla nich laurka na cześć przywódcy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej stanowiła najlepszą ideową rekomendację.

***

W umieszczonym na płycie Pennsylwania (1998) utworze Woolie Boolie (słowa Davida Thomasa) postpunkowa grupa Pere Ubu śpiewa: „Rzeczywistość określają potrzeby mediów, historia pisana jest na nowo szybciej, niż zdąży się wydarzyć”. Po 22 latach możemy śmiało powiedzieć, że potrzeby mediów w jeszcze większym stopniu określają rzeczywistość, a historia pisana jest na nowo jeszcze szybciej.

***

Ileśmy to już się nasłuchali o „społeczeństwie otwartym”, które jednak ciągle jest za mało otwarte i trzeba je jeszcze bardziej otworzyć, aby jego otwartość była otwarta na oścież, aby nie było niczego zamkniętego: ani krajów, ani narodów, ani umysłów. Są jednak na świecie ludzie podejrzliwi, co rozsiewają złośliwe pogłoski, że istnienie społeczeństwa otwartego gwarantuje zamknięta społeczność tajnych służb.

***

Wpadł mi w oko (znaleziony w Sieci, a pochodzący z „Gazety Wyborczej”) tekst Pauliny Wilk, pisarki, publicystki, autorki kilku książek, m.in. Lalek w ogniu. Opowieści z Indii. Dodam, że moją sympatię Wilk wzbudza jako współtwórczyni Big Book Festival – międzynarodowego festiwalu czytania odbywającego się w Warszawie od 2013 roku.

W swoim manifeście na łamach „Gazety Wyborczej” zwraca się do narodu z żarliwym apelem: „Nie wstydźmy się wstydzić, Polacy! Naprawdę mamy czego”. No i wymienia rozmaite przewiny i grzechy, przywary i wady narodowe, nasze brzydkie zachowania w przeszłości i obecnie. Wilk ustanawia tym samym „polską wspólnotę narodową” jako „narodową wspólnotę wstydu”. Czuje się jej cząstką i nawołuje innych, aby się do niej przyłączyli. Jednakże przeczy temu jej wyznanie: „Jestem dzieckiem United Colors Of Benetton”. A zatem mieszkanką „jednego świata” (One World), świata bez rasowych, narodowych, etnicznych, wyznaniowych granic i podziałów, członkinią wielkiej ponadnarodowej „rodziny ludzkiej”. Sugerowałoby to, że choć woła: „Wstydźmy się Polacy”, w rzeczywistości siebie zalicza do węższego „my”, obejmującego, oprócz niej samej, jej przyjaciół, znajomych, ludzi z jej polityczno-ideowego środowiska – oni wszak niczego nie muszą się wstydzić, nikt z nich nie dopuścił się tych brzydkich i niecnych postępków, które mają na sumieniu Polacy. Mówią „wstydźmy się, Polacy”, myślą „wstydźcie się, Polacy”. Co najwyżej „my” może pojawić się w zdaniu „wstydzimy się za was, Polacy”.

My zawstydzamy, wy się wstydzicie – taka konstelacja ustala naszą przewagę nad wami; zawstydzający stoją zawsze moralnie wyżej od zawstydzanych. I o to właśnie chodzi, o ustanowienie i utrwalenie hierarchii moralnej (my na górze, wy na dole), niezbędnej do zajmowania wysokiego miejsca w hierarchii politycznej, kulturalnej, ideologicznej.

Oglądanym w latach 90. ubiegłego wieku reklamom United Colors Of Benetton Paulina Wilk zawdzięcza możliwość patrzenia na „wyrazistą, barwną ilustrację ducha otwartości”; dzięki reklamom nabyła „przekonania, że współżycie w wielości jest ideałem, ku któremu warto zmierzać”. Ileż to hektolitrów atramentu wylali lewicowi krytycy, potępiając straszne skutki kapitalistycznych reklam, biadoląc nad manipulowaniem, „hipnotyzowaniem” i ogłupianiem mas konsumenckich (zaznaczę od razu, że wiele z tych krytycznych analiz uważam za absolutnie słuszne). Według Adorna cały „przemysł kulturalny” opierał się na reklamie. Dopiero jak się połapał, że teraz to wyznawcy jego idei kierują jako menedżerowie „przemysłem kulturalnym” czy też „przemysłem świadomości”, zmienił zdanie na ten temat, uznając, iż ma on „potencjał emancypacyjny”.

Nic dziwnego, że u Pauliny Wilk nie budzi się niepokojąca refleksja, że może reklamy Benettona niczym się nie różnią od tych wcześniejszych, tak samo manipulują, „hipnotyzują” i ogłupiają masy konsumenckie, tyle że w imię „postępu” i „emancypacji”. Nie budzi się, bo nikt się przecież nawet przed samym sobą nie przyzna, że do tych manipulowanych, hipnotyzowanych i ogłupianych mas należy.

W swoim „manifeście na rzecz wstydu” pisze Wilk: „Najlepsze miejsce pod słońcem to takie, w którym wita się przyjezdnych i robi im miejsce. Na krańcach świata najcieplej i najżyczliwiej zawsze podejmują mnie muzułmanie. Dla nich niezapowiedziany gość to znak od Boga. Dla nas – kandydat do bicia” („dla nas” czytać należy „dla was, Polaków”).

Jeśli na serio potraktować tę opinię, to jedynie wzruszyć może widoczna w niej dziecięca naiwność. Ciekawe bowiem, jak by ci muzułmanie zareagowali, gdyby „niespodziewany gość” (Paulina Wilk) wyraził pragnienie osiedlenia się w ich miejscowości na stałe i sprowadzenia rodziny. Następnie poprosiłby ich o udostępnienie jakiegoś lokum dla siebie, o pieniądze na drobne wydatki, o zorganizowanie kursu językowego. No i żeby w ogóle „zrobili przyjezdnym więcej miejsca”, bo przybędzie ich wielu, bardzo wielu, nie na chwilę, na tydzień lub miesiąc, lecz na zawsze, przybędzie z własnymi zwyczajami, własną religią, własnymi prawami. Czy tylu „niespodziewanych gości” podejmowaliby tak samo ciepło i życzliwie jak Paulinę Wilk? Czy ich także potraktowaliby jak „znak od Boga”?

***

W artykuliku Jarosława Mikołajewskiego („Gazeta Wyborcza”, 10 VIII 2017) znalazłem, zacytowaną za książką Ten Inny (Kraków 2006), pewną myśl Ryszarda Kapuścińskiego. Za Mikołajewskim i ja ją zacytuję, ponieważ książki Kapuścińskiego nie posiadam. Wprawdzie kołacze mi się w pamięci, że na studiach kazali nam coś z jego twórczości czytać, ale ja do reportaży zupełnie nie miałem i nadal nie mam przekonania, chociaż zdaje się, że Kapuściński bardziej fikcję literacką niż reportaż uprawiał, co każe go bardziej życzliwie oceniać. Mikołajewski pyta retorycznie: „Czy nie mamy potrzeby, by za wielkim reporterem powtarzać: »Trzy możliwości stały zawsze przed człowiekiem, ilekroć spotkał się z Innym: mógł wybrać wojnę, mógł odgrodzić się murem, mógł nawiązać dialog«?”.

Otóż nie ma potrzeby powtarzać wypowiedzi mało dorzecznych, świadczących o tym, jak bardzo ideologia „Jednego Świata” zamula umysły ludzi bez wątpienia inteligentnych, podróżujących po świecie, znających inne społeczeństwa i kultury.

Świat był, jest i będzie pełen murów, murków, ścian, ogrodzeń, parkanów, płotów, żywopłotów, opłotków. Jednocześnie w tym samym świecie były, są i będą bramy, bramki, wrota, wierzeje, wejścia, przejścia, drzwi, podwoje, furty, furtki (w naszych stronach na furtkę mówiło się „uliczka”; moja śp. babcia wołała do mnie: „Idź no tam do uliczki, zobacz, czy dziadek już z roboty wraca”).

Świat, w którym istniałyby same tylko „mury” lub same „bramy” jest światem niemożliwym, a gdyby ktoś naprawdę go zbudował, życie w nim byłoby jedną wielką udręką. Żyć da się w miarę dobrze i spokojnie tylko w świecie, gdzie są i „mury”, i „bramy”.

***

Mikołajewskiemu, Paulinie Wilk i innym dedykuję ludową mądrość: To, co obce lub inne, jest jak sól w zupie – dodaje smaku. Ważne jednak, żeby zupy nie przesolić.

***

Od dawna już widoczny jest trend do likwidacji w instytucjach i korporacjach tradycyjnych, oddzielnych biur i zastępowania ich jedną dużą, otwartą przestrzenią (ang. open space). Oprócz tego, że jest ona widoczną dla każdego oznaką obowiązkowej nowoczesności (prawdopodobnie jest także metodą obniżenia kosztów), chciano w ten sposób zbliżyć do siebie pracowników. Niepozamykani w oddzielnych pomieszczeniach, mieli więcej ze sobą rozmawiać, wymieniać się informacjami i pomysłami, innymi słowy, więcej pracować wspólnie, a co za tym idzie, bardziej „kreatywnie”. Jednakże badania socjologiczne potwierdziły to, co przewidywał każdy realistycznie myślący obserwator ludzkich zachowań: rezultaty „otwarcia przestrzeni” okazały się odwrotne od zamierzonych. Bezpośrednie rozmowy zmniejszyły się o ok. 70%, przebywający w jednej otwartej przestrzeni ludzie zaczęli o wiele częściej komunikować się przez pocztę elektroniczną. Chciano ich zbliżyć do siebie, ale owo „zbliżenie” wywołało odruch obronny – odsuwania się od sąsiadów np. poprzez zakładanie słuchawek na uszy i uporczywe wpatrywanie się w ekran komputera, byleby tylko się od innych odseparować.

Badacze stwierdzili, że pracownicy są poirytowani nadmierną stymulacją (stały szum w tle, wchodzenie i wychodzenie), przeszkadzają sobie nawzajem, zbyt wiele rzeczy ich rozprasza, nie mogą się skoncentrować na zadaniu. W mniejszym gronie ludzie, odseparowani od innych, rozmawiają ze sobą swobodniej, szczerzej wyrażają swoje oceny, rzucają pomysły, prowadzą luźniejsze, ale w ostatecznym efekcie pożyteczniejsze rozmowy. Chciano znieść granice (ściany, mury), aby ułatwić osobistą komunikację pomiędzy ludźmi, a zamiast tego komunikacja uległa ograniczeniu, a „produktywna interakcja nie zwiększyła się, lecz uległa zredukowaniu”. Utopia „otwartości”, u której podstaw leży wizja „Jednego Świata”, wcielana w życie nawet na tak małej przestrzeni, poniosła żałosne fiasko.

***

W swojej autobiografii nasz najwybitniejszy filolog klasyczny XX wieku, Tadeusz Zieliński, wspomina (zob. T. Zieliński, Autobiografia. Dziennik 1939-1944, podali do druku Hanna Geremek i Piotr Mitzner, Warszawa 2005, str. 138), że po jednym z jego wystąpień na temat Cycerona w historii europejskiej pewien recenzent pochwalił go za to, że jego wywód w pełni odpowiada wezwaniu Marcina Lutra skierowanemu do mówców: „Wystąp zdecydowanie, otwórz dziób i rychło kończ”. To akurat wezwanie Reformatora nie straciło nic na aktualności, zwłaszcza kiedy zmuszeni jesteśmy słuchać rozwlekłych i wypranych z treści przemówień demokratycznych polityków, które z mowami Cycerona nie mają, niestety, nic wspólnego.

***

Każda wódka deprawuje, a wódka Absolut deprawuje absolutnie. (Stefan Kanfer)

***

W eseju Wronia i Sienna (1951) tak opisuje Jerzy Stempowski stosunki polityczne panujące w Polsce końca lat 20. XX w.: „Od jednego z najkompetentniejszych urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych słyszałem kiedyś takie zdanie: »Przynajmniej połowa czynnych w Warszawie komunistów są to moi agenci«” (Eseje dla Kasandry, Gdańsk 2005, str. 130). Ciekawe, czy dotyczyło to tylko komunistów, czy także innych radykalnych ugrupowań politycznych.

***

Wczytuję się w tytuł, należącej do klasyki gatunku, książeczki obrazkowej autorstwa Wolfa Erlbrucha z tekstem Wernera Holzwartha (kilka lat temu ukazało się polskie wydanie): O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę. My, małe ludzkie krety, też byśmy bardzo chcieli wiedzieć, kto nam narobił na głowę. I ciągle robi.

Czytałem kiedyś w „Die Zeit” (2017, nr 22) wywiad z Erlbruchem z okazji przyznania mu nagrody Astrid Lindgren. Dziennikarz pyta: „Pana książki są wyraźnie apolityczne, chociaż należał pan do pokolenia 68”. Rysownik odpowiada: „To, co się wtedy na uczelni działo, uważałem za komiczne. Walki frakcyjne między cierpiącymi na przerost ambicji socjalistami a pseudokomunistami nie były dla mnie zbyt inspirujące”. Dziennikarz drąży dalej: „A jednak niektóre z Pańskich książek ożywia antyautorytarny impuls”. Erlbruch: „No tak, kto jeszcze zdążył przeżyć powojenną czarną pedagogikę…”. Dziennikarz przerażony i ucieszony zarazem: „Bito Pana w szkole?”. Erlbruch: „Ależ tak. Dostawało się atlasem po głowie, także Dierckem [gruby Atlas Świata Carla Dierckego – TG], i to niejeden raz. Za tępotę. Dzisiaj niewyobrażalne, ale tak to wtedy się działo, w gimnazjum”.

Oto przed nami wybitny artysta, i jak o tym świadczy rozmowa, pełen poczucia humoru, mądry, także mądrością obserwatora realistycznie oceniającego ludzi i świat. Nie ma co, typowa ofiara „czarnej pedagogiki” i bicia atlasem po głowie „za tępotę”.

***

Konserwatywny publicysta niemiecki Thorsten Hinz nakreślił scenariusz dla Niemiec i chwali granice ustanowione w Jałcie. Przytoczmy główne myśli jego artykułu:

Jeśli zapoznamy się z danymi demograficznymi, statystyką zjawisk społecznych, w szczególności dotyczącą przestępstw, a także badaniami dotyczącymi wykształcenia oraz nieformalną strukturą zasad, które regulują życie codzienne lokalnych społeczności, dojdziemy do wniosku, że w niemieckich miastach i regionach już od dawna przeważają standardy i obyczaje niemające nic wspólnego z Europą. Ta dominacja stała się jeszcze wyraźniejsza i silniejsza za sprawą tzw. fali uchodźców. W wielu miejscach o tym, kto ma władzę i przewagę na określonym terenie, decydują czynniki demograficzne, kulturowe, polityczne, społeczne, obyczajowe i religijne. (…) Całe rejony Niemiec i Europy – nie wyłączając rdzennie europejskich terenów – zostały utracone wskutek ulegania iluzjom, niefrasobliwości, wygodnictwa, oportunizmu i głupoty.

Jakie nam zostały możliwości politycznego działania? Jeśli zachodni Europejczycy i Niemcy chcą zachować swoją historyczną tożsamość, to prawdopodobnie będą musieli opuścić znaczne obszary swoich pradawnych karolińskich siedzib i poszukać nowych miejsc do zasiedlenia. Nie oznacza to, że trzeba będzie zbudować nowy mur, który oddzieliłby starych Europejczyków od imigrantów. W każdym razie byłoby to niepraktyczne i niesprawiedliwe, gdyż lojalność, światopogląd, styl życia i predyspozycje niekoniecznie zależą od przynależności etnicznej i wyznania. Można więc sobie wyobrazić, że w wyniku secesji, zmian granic i przesiedleń powstałaby mozaika zachodnioeuropejskich i niemieckich terytoriów autonomicznych, enklaw, korytarzy, protektoratów, kondominiów na podobieństwo patchworku Świętego Cesarstwa Rzymskiego, która wymagałaby ciągłych kompromisów. Rozmycie państw narodowych nastąpiłoby zupełnie inaczej, niż wyobrażają to sobie dzisiejsi zwolennicy wielokulturowości. W takim wariancie Europejczycy byliby jednak tylko jedną z wielu grup społecznych. Koniecznym warunkiem ich przetrwania jako grupy byłoby jednak zastąpienie upadających metropolii zachodnich nowymi intelektualno-kulturalno-politycznymi ośrodkami położonymi dalej na wschód, w „nowej Europie”, którą w trakcie przygotowań do wojny z Irakiem były sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld przeciwstawił „starej Europie”. Europa Wschodnia byłaby głównym obszarem osiedlania się uchodźców z Zachodu, a zarazem gwarantem bezpieczeństwa dla europejskich enklaw na Zachodzie. Granica między zwartym obszarem europejskim na wschodzie a rozczłonkowanym na zachodzie przebiegałaby mniej więcej wzdłuż linii ustanowionej w Jałcie, która obowiązywała do 1989 roku.

Może się zatem okazać, że podział Europy, który dokonał się w Jałcie, i powojenne wysiedlenia Niemców, choć były okrutne, to zawierały ukryte ziarno późniejszej odnowy, gdyż uchroniły Europę Wschodnią przed masową imigracją z Trzeciego Świata. Gdyby po wojnie Republika Federalna Niemiec sięgała od Mozy po Memel/Kłajpedę, to Danzig/Gdańsk czy Breslau/Wrocław wyglądałyby dziś tak, jak wygląda teraz Duisburg w Niemczech Zachodnich. Tymczasem zachowały one charakter europejski, podobnie jak Warszawa, Budapeszt, Praga i Sankt Petersburg. Kto by pomyślał w 1989 roku, nie mówiąc już o 1945 roku, że kilkadziesiąt lat później dialektyka Jałty i powojenne przesiedlenia staną się ostatnią deską ratunku dla Europy?

***

Ostatnimi czasy w globalnej sferze publicznej gości często amerykański miliarder William „Bill” Gates. Jedni wychwalają go jako filantropa, inni potępiają jako chciwca, inni jeszcze wietrzą w jego działaniach niecne intencje. Moim zdaniem rację mają ci pierwsi. Gates nie jest ani chciwcem, ani złym człowiekiem knującym spisek przeciwko ludzkości, wręcz przeciwnie, jest idealistą, prawdziwym humanitarystą, który naprawdę głęboko, ba, fanatycznie wierzy w to, że wie, jak zbawić ludzkość, jak stworzyć lepszy świat, w którym ludzie będą żyli zdrowo, długo i szczęśliwie. Kluczem do tej szczęśliwszej przyszłości mają być globalne szczepienia. To, czego chce Gates, to urzeczywistnienie technokratyczno-medycznej utopii. Nie złe intencje, nie ukryte złowrogie zamysły, nie materialne interesy i motywy nim kierują, ale opętanie przez ideę zbawienia ludzkości. Gates to dobry człowiek i żarliwie pragnie, by na świecie zapanowało dobro. I jak wielu ludzi jego pokroju, fanatyków, którzy posiedli władzę, by dobro zrealizować, sprowadzi na nas wyłącznie zło.

***

Zachęcony przez kolegę zafascynowanego myślą ks. profesora Michała Hellera, sięgnąłem po książkę krakowskiego teologa, filozofa i kosmologa Ostateczne wyjaśnienie wszechświata (Kraków 2008). „Ostatecznego wyjaśnienia” w książce wprawdzie nie znalazłem, ale za to niektóre hipotezy zaproponowane przez wybitnego uczonego sprawiły, że zadumałem się nad wszechświatem, nad człowiekiem i jego miejscem we wszechświecie. Weźmy na przykład taką hipotezę: „Wszechświat, w którym żyjemy, jest ewolucyjnym procesem, którego jedno z włókien wiedzie od pierwotnej plazmy poprzez syntezę pierwiastków chemicznych, powstawanie galaktyk, gwiazd i planet aż do zawiązania się ewolucji biologicznej i rozbłysku świadomości” (str. 224). Jesteśmy w czepku urodzeni! Gdyby pierwotna plazma się w cudowny sposób nie samozorganizowała, to pierwiastki chemiczne by się nie samozsyntetyzowały, galaktyki by nie samopowstały, ewolucja biologiczna by się nie samozawiązała i świadomość by nie samorozbłysła. Dzięki Ci, Plazmo Wszechmogąca, klękamy przed Tobą i dziękujemy Ci za dobro, które nam wyświadczyłaś, powołując nas do istnienia; gdyby nie Ty, nigdy byśmy się we wszechświecie nie pojawili. Wierzymy w Ciebie, Plazmo Najwyższa, niewidzialna, niemierzalna, co poza ludzkim doświadczeniem istniejesz, tam bytujesz, gdzie żadne prawa przyrody nie obowiązują, czyli w sferze nadprzyrodzonej.

Czy jednak nie jest czasami tak, że coś powstać i rozwinąć się może tylko wtedy, kiedy uprzednio istniało w potencjalności swojej? Czyżby więc już w pierwotnej plazmie istniała „idea człowieka”, jego „odwieczny archetyp”, który się ostatecznie po miliardach lat zaktualizował?

Co do ewolucji biologicznej, to najbardziej do mojej wyobraźni przemawia teoria niemieckiego filozofa Hansa Blühera zaprezentowana w dziele Oś natury (Die Achse der Natur, Hamburg 1949). Według niego ród ludzki jest – bardzo mi się to słowo podoba – niewywiedlny (unableitbar), to znaczy nie wywodzi się od żadnego innego gatunku, od żadnego nie-ludzkiego szczepu, ponieważ jest to teoretycznie niemożliwe. Człowiek od początku jest bytem w całości takim, jakim jest, i nigdy nie był inny. Kto jest więc przodkiem człowieka? Człowiek. Od kogo pochodzi człowiek? Od człowieka. Jasne, proste, dla każdego zrozumiałe. I tego się trzymajmy.

***

Wilhelm von Humboldt sformułował następujący paradoks: człowiek jest człowiekiem dzięki mowie, ale żeby wynaleźć mowę, musiał uprzednio być człowiekiem. Paradoks ten można rozwiązać tylko w jeden sposób: przyjmując teoretyczne założenie, że człowiek jest istotą mówiącą „od początku”, czyli od początku jest człowiekiem.

Skoro, jak udowodnił Noam Chomsky, człowiek dysponuje wrodzoną znajomością gramatyki uniwersalnej, a twórcze opanowanie języka jest cechą przysługującą wyłącznie istotom ludzkim, jest ich „różnicą gatunkową”, to znaczy, że człowiek nie nabywa znajomości gramatyki uniwersalnej na drodze doświadczenia, nauki itp. Miał ją w umyśle „od zawsze”.

***

Z pewnym opóźnieniem zapoznałem się z artykułem Michała Lubiny Geopolityzm Jacka Bartosiaka opublikowanym na portalu Nowa Konfederacja. Znalazło się w nim kilka zdań na temat mojej skromnej osoby.

Wreszcie ostatnim źródłem myśli politycznej Bartosiaka jest najnowsza polska tradycja mesjanistyczna. Szczególnie inspirujący jest tutaj Tomasz Gabiś, na którego Bartosiak powołuje się często (np. na str. 29), nazywając go wprost „przenikliwym” (str. 59).

Czego to się człowiek o sobie na starość nie dowiaduje od czytelników. Nigdy by mi na myśl nie przyszło, że reprezentuję „najnowszą polską tradycję mesjanistyczną”, ba, nawet nie wiem, co to za zwierz.

Warto zapoznać się z nadzwyczajną twórczością Gabisia – nadającą się do badań, choć niekoniecznie politologicznych (na przykład jego wizje walki „diabła wcielonego, wodza demonicznych sił Zła” przeciw „Armiom Zbawienia”) – by zrozumieć, do czego to prowadzi.

Bez dwóch zdań, w intelektualną przepaść prowadzi, w polityczne odmęty, ku mentalnej zapaści! Biada mi, biada!

A jakież to mogą być te proponowane przez Lubinę „badania niekoniecznie politologiczne”? Jeśli tekstu politycznego czy ideowego nie zamierzamy poddać badaniom politologicznym, co byłoby rzeczą najnaturalniejszą w świecie, nasuwa się przypuszczenie, że chodzić może o jego analizę jako świadectwa stanu umysłowego autora. W tym celu wszak lekarze psychiatrzy badają wytwory słowne swoich pacjentów, czy to będą traktaty polityczne, czy wiersze miłosne. Być może krzywdzę Lubinę podejrzeniem, że moją „twórczość” (a tym samym i mnie samego) wysyła do zbadania psychiatrom, bo czy możliwe jest, żeby krakowski inteligent stosował tego typu polemiczne metody, mieszczące się wyjątkowo nisko na skali intelektualnego prostactwa?

(…) na przykład jego [Gabisia] wizje walki „diabła wcielonego, wodza demonicznych sił Zła” przeciw „Armiom Zbawienia”.

Czyżby absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor nauk, nie był w stanie odróżnić mowy zależnej od mowy pozornie zależnej? Nie potrafi dostrzec, że tu się pewien język parodiuje? Wprost niebywałe. Zdaje się, że polskim uczelniom wyższym nawet „reforma Gowina” już bardziej zaszkodzić nie może.

***

W „Przeglądzie Politycznym” (nr 144, 2017) eseista, tłumacz, specjalista od współczesnej filozofii żydowskiej, w szczególności myśli Harolda Blooma i Waltera Benjamina, Adam Lipszyc, zabierając głos na temat niektórych poglądów Martina Heideggera wyrażonych w tzw. Czarnych Zeszytach, opublikowanych w 2014 roku, dochodzi do wniosku, że należałoby po prostu machnąć ręką na Heideggera, „by odtąd o naszej podmiotowości i cielesności, o naszych pragnieniach i lękach myśleć z Zygmuntem Freudem, o języku i poznaniu – z późnym Ludwigiem Wittgensteinem i Walterem Benjaminem, o racjonalności i przemocy pojęć ogólnych – z Theodorem Adorno, o nieskończonej różnorodności naszego doświadczenia zaś – z całą tą czwórką”. W socjologii to się chyba nazywa „etniczny nepotyzm”.

Pierwodruk: „Arcana”, 2020, nr 3.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2021 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.