Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Natalia Dueholm: O kobiecym heroizmie

O kobiecym heroizmie

Natalia Dueholm

Polska położna Stanisława Leszczyńska wraz z innymi lekarkami pomagała kobietom rodzić i opiekować się noworodkami w obozie koncentracyjnym Auschwitz. To były heroiczne akty wielu kobiet. Dzisiaj niektórzy obrońcy obecnej ustawy aborcyjnej mówią, że heroizmem ma być urodzenie chorego dziecka w szpitalu, a potem zajmowanie się nim. Pomyślmy, co to oznacza i co tak naprawdę szepcze kobietom do ucha ustawa aborcyjna.

Na początek wróćmy na chwilę do heroizmu Leszczyńskiej, bo o niej nie wolno nam zapomnieć. Ta drobna i niewysoka kobieta nie bała się morderczego doktora Mengele, choć wiedziała, że może być zdolny do wszystkiego. Tysiące razy nie wykonała jego rozkazu zabijania dzieci, przyjmując porody i nie tracąc ani jednej kobiety. Nie obciążyła swojego sumienia tak zwaną aborcją. Choć jej samej groziła śmierć, było dla niej zrozumiałe, że jest granica, której człowiek nie może przekroczyć. Nawet w tak ekstremalnych warunkach obozowych, w których człowieka traktuje się gorzej niż najgorsze zwierzę. Tam przecież dokonywało się selekcji tych przeznaczonych na śmierć i tych z prawem do życia (a raczej do niewolniczej pracy). Chorych wrzucano do pieca, noworodki topiono, rzucano szczurom na pożarcie albo palono zaraz po urodzeniu, wraz z matką. Później tym nieżydowskim, jasnowłosym dano szansę na życie, odbierając ich matkom w celu zniemczenia. Najbardziej zdumiewające jest, że dziesiątkom uratowanych przez Leszczyńską dzieci udało się przeżyć obóz. Udało się, pomimo — wydawałoby się — bliskich zeru szans na przetrwanie wśród esesmanów, wszy, szczurów, chorób, głodu i brudu. Nawet w warunkach celowej eksterminacji.

W Auschwitz były też więźniarki — położne, które dokonywały „aborcji”. Sądziły one, że w ten sposób ratują kobiety ciężarne przed eksperymentami i śmiercią. Wiedziały, że kobiety te mogą być przedmiotem nieludzkich badań, i chciały je od nich ocalić. W przeciwieństwie do niemieckich zbrodniarzy miały poczucie wyrządzonego zła i wiedziały, że stały się przez nich morderczyniami. Tak przynajmniej napisała z własnego doświadczenia Olga Lengyel w swojej książce Five Chimneys. Warto dodać, że „aborcji” w Auschwitz dokonała również Niemka Irma Grese, nadzorczyni SS, kochanka Mengele, zwaną „piękną bestią” czy „hieną z Auschwitz”.

Abortowane dzieci w obozach koncentracyjnych wsadzane były czasem do słoików i wysyłane jako eksponaty do Berlina. Lekarze z SS nie mieli problemu z aborcją. Niemieccy lekarze byli w niej szkoleni, zanim Hitler doszedł do władzy. Od 1927 r. decyzją Reichstagu Niemki mogły dokonywać „aborcji” w sytuacji zagrożenia życia. Od tego samego roku dzięki orzeczeniu sądowemu także z różnych względów zdrowotnych. Od 1935 r. rząd III Rzeszy wprowadził aborcję z przyczyn eugenicznych. W 1943 r. Hitler wprowadził swobodę zabijania nienarodzonych m.in. dla Polek. Chyba wszyscy wiedzą, że nie był przeciwnikiem tzw. aborcji, nie był oczywiście pro life, ale pro race. Chciał mieć wyselekcjonowane społeczeństwo.

I tu spotykamy się z naszą polską ustawą, która ma pewne podobieństwa do niemieckich rozwiązań prawnych z lat 20. i 30. XX wieku. Obecna ustawa aborcyjna mówi polskim kobietom, że nie oczekuje od nich rodzenia podejrzanych o chorobę lub niepełnosprawność dzieci. Ustami lekarzy szepcze im do ucha, że „można coś z tym zrobić”, „można dokonać terminacji”. Wszystko zresztą „za darmo”, czyli na koszt wszystkich podatników. Kobieta zostanie odesłana, gdzie trzeba, i wszystko zostanie załatwione. Spadnie jej ciężar. Dosłownie i w przenośni się odciąży. Tylko czy naprawdę?

Słowo „aborcja” nawet się nie pojawia, a jednak jest sugestia. Bo jak inaczej to nazwać, skoro ustawa nie nakłada na lekarzy obowiązku pokazywania drugiej drogi? Lekarze nie muszą mówić (i wielu nie mówi), że w Warszawie działa hospicjum prenatalne, że jest cała masa stowarzyszeń rodziców dzieci z syndromem Downa, a przecież łatwo można przygotować ich listę. Lekarze nie muszą oferować pomocy psychologicznej kobiecie, która na pewno czuje się przytłoczona diagnozą swojego nienarodzonego dziecka. Oferowanie możliwości pozbycia się go nie napawa kobiet nadzieją i nie daje wsparcia. Można nawet powiedzieć, że odbiera wszelką nadzieję i pokazuje beznadzieję sytuacji. Niejako zwalnia rodzinę i nas, ich przyjaciół, z organizowania pomocy na długi czas. Co za ulga dla nas wszystkich!

Ustawa pokazuje rodzicom coś jeszcze. Że nie mają obowiązku wobec własnego dziecka. I to kolejna, potworna rzecz — skutek obowiązującego prawa. Zalegalizowaliśmy sytuacje (np. syndrom Downa czy Turnera), w których zwalniamy rodziców z powinności wobec ich dzieci. Mówimy, że w tym i tym przypadku nie musicie stać na straży ich życia i opiekować się nimi. To być może niezamierzone konsekwencje tej ustawy, których nie powinniśmy ukrywać.

To powinni wziąć pod uwagę ci, którzy posługują się argumentem heroizmu. Jeśli nie chcemy wymagać, aby nasze dzieci wypełniły trudną powinność, to być może dlatego, że sami nie chcemy im w tym pomóc. Nie czujemy się na siłach. A to dla nich sygnał. Czy nasze dzieci nie mają teraz prawa myśleć, że wcale nie muszą opiekować się chorymi rodzicami? Czego chcemy nauczyć dzieci, jakiej właściwie etyki?

Jeśli nadal nie będzie nas stać na rzeczy wymagające wysiłku i ofiarności, parlament zalegalizuje nam i inne sposoby na ułatwienie życia. Powie nam, komu i w jakich przypadkach należy się eutanazja, którą można też nazwać aborcją pourodzeniową albo aborcją starczą. Nierealne?

Więźniarka Stanisława Leszczyńska znając dobrze język niemiecki, rozmawiała nawet z esesmanami, odwołując się do ich sumień. A przede wszystkim pomagała kobietom, pracując bardzo ciężko w niewyobrażalnie strasznych warunkach. Warto dodać, że była w obozie z chorą córką, którą przecież musiała się opiekować. Nie miała wsparcia w mężu i synach, o których losach nawet nie wiedziała. A jednak dawała kobietom dobro i nadzieję. Własnemu synowi-lekarzowi powiedziała, że nie wolno mu nigdy przeprowadzić „zabiegu przerywania ciąży”. Pozostawiła nam te słowa: Jeżeli w mej Ojczyźnie – mimo smutnego z czasów wojny doświadczenia – miałyby dojrzewać tendencje skierowane przeciw życiu, to wierzę w głos wszystkich położnych, wszystkich uczciwych matek i ojców, wszystkich uczciwych obywateli, w obronie życia i praw dziecka.

I to z niej i jej obozowych pomocnic powinniśmy brać przykład. Na nie dziś patrzeć i nabierać sił do ciężkiej pracy. A za Leszczyńską mówić głosem „uczciwych obywateli”. Czasem człowiek nie ma innego wyboru jak zachować się heroicznie. To obowiązek wobec dzieci (niewinnych, chorych, niepełnosprawnych…), których nie wolno zabijać.

W wirtualnym Muzeum Pielęgniarstwa można przeczytać raport Leszczyńskiej z Oświęcimia.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.