Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Tomasz Gabiś: O PiS jako stronnictwie insurekcyjnym, powstaniu warszawskim w interpretacji Marka Kornata i Romualda Szeremietiewa, Franklinie Delano Roosevelcie oraz innych sprawach i osobach

O PiS jako stronnictwie insurekcyjnym, powstaniu warszawskim w interpretacji Marka Kornata i Romualda Szeremietiewa, Franklinie Delano Roosevelcie oraz innych sprawach i osobach

Tomasz Gabiś

Oni, którzy zawsze biorą słowo za fakt, a złudzenie za rzeczywistość.

(Stanisław Tarnowski, Z doświadczeń i rozmyślań, Kraków 1891)

Opinię, że kierowany przez Jarosława Kaczyńskiego „obóz patriotyczno-demokratyczny” jest stronnictwem insurekcyjnym, wyraziłem na spotkaniu w pewnym warszawskim klubie politycznym za pierwszych rządów PiS, przewidując, że tak jak wszystkie poprzednie polskie insurekcje także ta pisowska zakończy się klęską. Po dziesięciu latach PiS ponownie wywołał powstanie i niewykluczone, że ponownie je przegra, ponieważ, jak się wydaje, podjęte zostało bez realistycznego obrachowania sił. Wybór strategii powstańczej jest nie tylko czymś dopasowanym do emocjonalnej i mentalnej struktury osobowości przeciętnego członka „obozu demokratyczno-patriotycznego”, ale wynika wprost ze zdefiniowania w 2010 r. przez przywódcę tego obozu geopolitycznego położenia Polski jako „kondominium rosyjsko-niemieckiego”. Alternatywa była tylko jedna: albo „ugoda”, albo „narodowy zryw” – wybrano, trwający już sześć lat, „zryw”. „Obóz demokratyczno-patriotyczny” stoi obecnie przed kolejnym wyborem: albo kontynuować powstanie, albo przejść na kurs ugodowy. Osobiście doradzałbym to drugie rozwiązanie, zostawiając kierownictwu „obozu patriotyczno-demokratycznego” decyzje, kiedy, z kim i na jakich warunkach zawrzeć „ugodę”.

*****

W rozmowie Elizy Olczyk z dyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego Janem Ołdakowskim („Rzeczpospolita Plus Minus”, 31 lipca-1 sierpnia 2021) dyrektor mówi: Mamy nawet sygnały, że do Warszawy na 1 sierpnia przyjeżdżają turyści tylko po to, żeby zobaczyć ten niesamowity moment, kiedy na minutę całe miasto się zatrzymuje. Powstanie stało się mitem, który 1 sierpnia łączy ludzi choćby na kilka chwil. […] wspominając tych pięknych, młodych, uśmiechniętych powstańców, nie sposób nie czuć wściekłości, że przegrali. Powinni wygrać. Platońska triada – dobro, piękno i prawda – którą uosabiali, powinna była zostać nagrodzona. Obchody powstania warszawskiego są manifestacją niezgody na to, co się wydarzyło.

Gdyby tak jeszcze „dobro, piękno i prawda” miały po swojej stronie myśliwce i bombowce, dywizje pancerne i dywizje piechoty, ciężką artylerię i karabiny maszynowe, a zło, brzydota i kłamstwo niewielką liczbę pistoletów maszynowych i granatów ręcznych!

*****

Przyznaję, że ogarnia mnie zawsze szczery podziw, kiedy widzę, jak pomysłowo historycy związani z „obozem patriotyczno-demokratycznym”, nie chcąc ograniczać się do kultowego traktowania powstania warszawskiego, reinterpretują je w taki sposób, żeby odnaleźć w tej katastrofie choćby cień politycznej racjonalności, nadać jakiś sens ofierze krwi złożonej przez powstańców i mieszkańców Warszawy. Na przykład prof. Marek Kornat przekonuje, że „Powstanie Warszawskie ukazało Zachodowi prawdziwe oblicze Sowietów” (zob. TYLKO U NAS. Prof. Marek Kornat: Powstanie Warszawskie ukazało Zachodowi prawdziwe oblicze Sowietów). Czytamy: Przywykliśmy patrzeć na Powstanie Warszawskie jako totalną klęskę na polu realnej polityki. A jeśli już ono zwyciężyło, to tylko moralnie, w perspektywie długiego trwania. Otóż właśnie to podejście do wielkiego zrywu naszej stolicy trzeba koniecznie skorygować. […] jednym z najważniejszych celów, jakie stawiali przed sobą twórcy decyzji o zbrojnym wystąpieniu Warszawy, było przemówienie do świata Zachodu i ukazanie mu, że Związek Sowiecki jest zbrodniczym i zaborczym organizmem totalitarnym, który stawia sobie za cel ekspansję, przede wszystkim w Europie. Czyli coś jakby „propaganda czynem” lub polityczny pijar.

Zdaniem prof. Kornata powstanie, „pomyślane przez autorów decyzji jako wielki apel do wolnego świata”, „miało więc swój rezonans”, „dało światu swoją lekcję”, „rzuciło realistyczne światło na zaborczą politykę sowiecką”, „w jakiejś mierze otworzyło oczy polityków i dyplomatów anglosaskich”, „stało się dla nich otrzeźwieniem”. Politycy anglosascy przestali mieć złudzenia co do polityki Stalina i zaczęli myśleć o porzuceniu kursu na ugodę z Moskwą. Czyli to nie okrucieństwa rewolucji bolszewickiej, zbrodnie reżimu komunistycznego kierowanego przez Stalina, niezliczone ofiary kolektywizacji rolnictwa, wielki głód na Ukrainie, anektowanie połowy terytorium Polski w 1939 r., represje wobec ludności polskiej na Kresach, atak na neutralną Finlandię i anektowanie części jej terytorium, anektowanie Estonii, Litwy i Łotwy w 1940 r., zbrodnia katyńska – to wszystko nie pokazało politykom anglosaskim prawdziwego oblicza Sowietów, nie otworzyło im oczu na totalitarną naturę sowieckiego komunizmu i zaborczość ZSRR, a dopiero fakt, że Sowieci z drugiego brzegu Wisły przyglądali się bezczynnie bezwzględnemu tłumieniu przez Niemców powstania warszawskiego? Oczy musieli otwierać bardzo długo, skoro jeszcze pomiędzy sierpniem 1946 a majem 1947 roku wydali „zbrodniczemu organizmowi totalitarnemu” żołnierzy Własowa, Kozaków, jeńców wojennych, robotników przymusowych; wśród wydanych w łapy NKWD byli Rosjanie nigdy niebędący obywatelami ZSRR! – zob. Józef Mackiewicz, Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy (1955), i Nikolai Tolstoy, Victims of Yalta (1977).

Prof. Kornat tego wszystkiego zdaje się nie widzieć, twierdząc, że „właśnie jesienią 1944 r. – pod wpływem powstania w polskiej stolicy – pojawiły się w dyplomacji amerykańskiej pierwsze głosy na rzecz uznania Sowietów nie za partnera i alianta na czas powojenny, lecz za rywala i przeciwnika”. Fakt, że następowała stopniowo zmiana kursu w Waszyngtonie, nie miał nic wspólnego z powstaniem warszawskim, ale z tym, że w obliczu zbliżającej się klęski Niemiec zwycięskie mocarstwa przystępowały do dzielenia łupów, ustalenia linii demarkacyjnych, rozgraniczenia stref wpływów itd. Jak to często bywało w historii, po pokonaniu wspólnego wroga koalicjanci skaczą sobie do gardła. Dla uważnych obserwatorów było oczywiste, że „walka o świat” będzie toczyć się nadal, teraz już w zmienionej globalnej sytuacji geopolitycznej i geostrategicznej. Stąd zaczęto powoli wyciszać prosowiecką propagandę okresu wojny i przygotowywać tzw. opinię publiczną na nadejście nowej konfiguracji polityczno-ideologicznej.

Zmuszony jestem prof. Kornatowi, którego najwyższych kompetencji jako badacza historii bynajmniej nie zamierzam kwestionować, zarzucić polityczną naiwność oraz myślenie życzeniowe – bardzo chciałoby się wierzyć, że powstanie warszawskie miało, choćby minimalny, wpływ na rozgrywki toczące się na najwyższych piętrach polityki światowej. Niestety, nie miało żadnego.

Niezwykłą pomysłowością wykazuje się prof. Romuald Szeremietiew, który powtórzył w tym roku swój pogląd, jakoby powstanie warszawskie zapobiegło sowietyzacji Europy Zachodniej  (NASZ WYWIAD. Prof. Szeremietiew: Powstanie Warszawskie sprawiło, że Europa Zachodnia nie stała się sowiecka). Według Szeremietiewa ofiara powstańców nie była daremna, lecz niezbędna i potrzebna, wybuch powstania skłonił bowiem Stalina do zatrzymania ofensywy na pół roku na Wiśle; gdyby tego nie zrobił, Armia Czerwona doszłaby do Berlina już w listopadzie 1944 roku i miałaby czas, żeby zająć całe Niemcy i opanować politycznie Francję, a wówczas nie byłoby żadnego NATO, nie byłoby żadnej Unii Europejskiej, nie byłoby obecności USA w Europie. Powstanie warszawskie zatrzymało de facto sowiecką ofensywę i uratowało Europę Zachodnią przed zsowietyzowaniem, co dało później Polsce szansę na odzyskanie suwerenności i wolności. Zauważmy, że gdyby argumentację Szeremietiewa konsekwentnie rozwinąć, to najlepiej byłoby przedstawić w polityce historycznej to tak, że zatrzymanie sowieckiego pochodu na zachód nie było ubocznym skutkiem powstania, ale jego celem. Polityczna sensowność decyzji KG AK byłaby wówczas nie do podważenia.

Inwencji Szeremietiewowi odmówić nie można, czy jednak nie stwarza on, niezamierzenie, poważnego problemu dla polityki historycznej? Po pierwsze, skoro zatrzymanie ofensywy Armii Czerwonej jako uboczny skutek powstania okazało się w ostatecznym rozrachunku zbawienne dla Europy i dla Polski, to nie ma większego sensu oskarżanie Stalina o to, że jej nie kontynuował, lecz bezczynnie przypatrywał się z prawego brzegu Wisły płonącej Warszawie. Dzięki tej bezczynności zginęło wprawdzie wielu Polaków, a Niemcy byli w stanie zburzyć – w ramach taktyki „spalonej ziemi” – znaczną część stolicy, ale kolebka naszej cywilizacji, Europa Zachodnia nie została podbita, a Polska po kilku dziesięcioleciach odzyskała niepodległość. Po drugie, czy w okresie od jesieni 1943 do maja 1945 roku oddziały innej armii, wycofując się w zdyscyplinowany, uporządkowany sposób, stawiając twardy opór Armii Czerwonej i opóźniając jej pochód na zachód, nie przyczyniły się walnie do uratowania Europy Zachodniej przed Sowietami? Kto wie, być może ich zasługi są w tym aspekcie nawet nieco większe niż Komendy Głównej AK i powstańców warszawskich. Szeremietiew powinien chyba to uwzględnić w swojej optymistycznej interpretacji wydarzeń sierpnia-września 1944 r. [na temat powstania zob. mój tekst Vae victis!]

*****

W artykule Krzysztofa Tarki Krakus nad Tamizą („Rzeczpospolita Plus Minus”, 24-25 lipca 2021), poświęconym niezwykłej postaci – pisarzowi, aktorowi, redaktorowi emigracyjnych „Wiadomości Polskich”, autorowi Przylądka Dobrej Nadziei Zygmuntowi Nowakowskiemu, znalazł się cytat z jego felietonu na temat konferencji jałtańskiej: W Jałcie zasiadło dwóch amatorów do gry z zawodowcem i do tego szulerem. Wstali od stołu bez portek. Gdyby tak zamiast Roosevelta w Jałcie zasiadł do gry zawodowiec Nowakowski, ten by się Stalinowi ograć nie dał i puścił go bez portek, niestety, nie został do Jałty zaproszony, mógł się więc jedynie pocieszać tanią (i bezsilną) drwiną z przegranych amatorów, wracających z Krymu w gaciach, demonstrując na papierze swoje poczucie nieskończonej wyższości. Oczywiście, sprawa wyglądałaby całkiem inaczej, gdyby zamiast na łamach, czytanego wyłącznie przez Polaków, emigracyjnego czasopisma Nowakowski wyśmiał potężnych tego świata w „The New York Times” lub „The Daily Telegraph”.

Oczywistym źródłem całkowicie zrozumiałej, głębokiej frustracji Nowakowskiego, manifestującej się w szydzeniu z anglosaskich frajerów, jest fakt, że dla trzech zawodowców, trzech szulerów, którzy usiedli do karcianego stolika w Jałcie, Polska była jedynie kartą w grze; nie my graliśmy, ale nami grali. I to kto? Nasi anglosascy sojusznicy! Cóż, pozostaje propagandowy atak na graczy, polegający na zakwestionowaniu ich umiejętności politycznych lub postawy moralnej, czym gracze raczej się nie przejmują, ale czytelnikom przynosi pewnego rodzaju pocieszenie, a nawet Schadenfreude, kiedy – sami oszukani – wyobrażają sobie tych, którzy ich oszukali, jako oszukanych przez szulera naiwniaków, wracających do domu „bez portek”.

Moim zdaniem Roosevelt był wybitnym demokratycznym makiawelistą, u którego Realpolitik zawsze przeważała nad pięknymi wyobrażeniami. Rozegrał wojnę światową koncertowo i został jej prawdziwym zwycięzcą, nie oddał w Jałcie Warszawy, Pragi, Sofii czy Budapesztu Stalinowi, bo nie mógł oddać tego, czego przed 1939 rokiem nie posiadał. Stalinowi przypadła biedniejsza, „gorsza” część Europy, Rooseveltowi – ta bogatsza, „lepsza”; wziął sobie Londyn, Paryż, Rzym, Kopenhagę, Oslo, Bonn i połowę Berlina, w Azji wziął Tokio, z Pacyfiku i Atlantyku zrobił wewnętrzne morza Ameryki, wprowadził USA na prostą drogę ku statusowi imperium światowego, i to wszystko o wiele mniejszym kosztem niż Stalin, a tymczasem nie brakowało (vide: Nowakowski) i nie brakuje głosów, że w Jałcie dał się ograć Stalinowi, że zawarł z nim porozumienie, mimo iż było dlań nieopłacalne itd., itp. Wynika to z jakiegoś skrzywienia percepcji wywołanego czynnikami emocjonalnymi i politycznymi, ale także z niewiedzy.

Wymieńmy kilka książek zajmujących się polityką zagraniczną i wojenną Roosevelta: Charles Tansill, Back Door to War. The Roosevelt Foreign Policy 1933–1941 (1952), Harry Elmer Barnes, Perpetual War for Perpetual Peace: A Critical Examination of the Foreign Policy of Franklin Delano Roosevelt and its Aftermath (1953), William Henry Chamberlin, America’s Second Crusade (1950), Charles Beard, American Foreign Policy in the Making: 1932–1940 (1946) oraz tenże, President Roosevelt and the Coming of War (1948), Frederic R. Sanborn, Design for War: a Study of Secret Power Politics 1937–1941 (1951), George N. Crocker, Roosevelt’s Road to Russia (1959), Hamilton Fish, FDR: The Other Side of the Coin: How We Were Tricked Into World War II (1976) oraz tenże, Tragic Deception: FDR and America’s Involvement in World War II (1983), Curtis Bean Dall, F.D.R.: My Exploited Father-in-Law (1967), Dirk Bavendamm, Roosevelts Krieg: Amerikanische Politik und Strategie 1937–1945 (1983), Stewart Richardson (Ed.), The Secret History of World War II. The Ultra-Secret Wartime Cables and Letters of Roosevelt, Stalin, and Churchill (1989), James J. Martin, American Liberalism and World Politics, 1931–1941 (1964), Leonard Liggio, J.J. Martin (Ed.), Watershed of Empire: Essays on New Deal Foreign Policy (1976), Bernd Martin, Amerikas Durchbruch zur politischen Weltmacht: die interventionistische Globalstrategie der Regierung Roosevelt 1933–1941 (1981), Robert Smith Thompson, A Time for War. Franklin D. Roosevelt and the Path to Pearl Harbor (1991).

O ile mi wiadomo, ani jedna z wyżej wymienionych książek nie ukazała się po polsku. Należy nad tym ubolewać, ponieważ USA są naszym ważnym sojusznikiem, a o sojuszniku trzeba wiedzieć trochę więcej, niż napisali o jego polityce w przeszłości dworscy historycy. Ustrzeglibyśmy się wówczas wielu pochopnych i błędnych ocen. Aby pokazać, jakim wirtuozem polityki był Franklin Delano Roosevelt, sięgnijmy do artykułu Jamesa D. Perry’ego North Wind Averted: Operation Barbarossa and the Pearl Harbor Attack, opublikowanego na łamach „Journal of Strategy and Politics” (2017, nr 4), organu Institute for the Study of Strategy and Politics.

Perry pisze, że po inwazji Rzeszy Niemieckiej na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 roku Roosevelt obawiał się przede wszystkim uderzenia Japonii na sowiecką Syberię, co mogłoby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Niemiec. Aby temu zapobiec, uznał, że trzeba zmusić Japonię do ruchu na południe. Temu celowi służyło nałożenie w lipcu 1941 roku, czyli natychmiast po rozpoczęciu operacji Barbarossa, embarga na ropę naftową importowaną przez Japonię. Według wywiadu amerykańskiego japońskie zapasy ropy – Japonia importowała 90% ropy naftowej, głównie z USA – bez importu wyczerpią się w ciągu sześciu miesięcy, najdalej po roku. Roosevelt doskonale rozumiał, że embargo zmusi Japonię do podjęcia próby zdobycia środkami wojskowymi kontroli nad polami roponośnymi w ówczesnych Holenderskich Indiach Wschodnich. Poza nałożeniem embarga wzmocniono siły amerykańskie na Filipinach, rozmieszczając tam ciężkie bombowce B-17 i myśliwce P-40. 15 listopada 1941 r. generał George Marshall mówił o użyciu stacjonujących na Filipinach bombowców B-17 dla „ofensywnej wojny przeciwko Japonii”: Jeśli dojdzie do wojny z Japonią, będziemy walczyć bez litości. Latające Fortece wystartują natychmiast, aby podpalić papierowe miasta Japonii. Nie będzie wahania w kwestii bombardowania ludności cywilnej – pójdziemy na całość.

Na płaszczyźnie dyplomatycznej uderzono w Japonię 10-punktową notą, wręczoną 26 listopada 1941 roku ambasadorowi Kichisaburō Nomurze przez sekretarza stanu Cordella Hulla, sformułowaną z pełnym rozmysłem tak, aby nie dać Japończykom żadnego pola do negocjacji. Roosevelt bardzo zręcznie osaczał Japończyków, aby ostatecznie zostawić im tylko jedną opcję militarną – południową. Dla prezydenta USA absolutnym priorytetem było zapobieżenie klęsce Rosji Sowieckiej. Waszyngton dokonał więc posunięć ofensywnych, jednak budując zagrożenie, starał się, aby nie było na tyle duże, żeby powstrzymać Tokio przed „prewencyjnym” uderzeniem w kierunku południowym. Brano oczywiście pod uwagę, że przyniesie ono straty, ale kalkulowano, że da się je nadrobić, zwłaszcza że poniosłyby je przede wszystkim kolonialne imperia Wielkiej Brytanii i Holandii.

Ważną okolicznością było to, że rząd amerykański znał treść japońskich depesz dyplomatycznych, ponieważ amerykańscy kryptografowie złamali szyfr Japończyków. Z depesz wysyłanych przez ambasadora Hiroshiego Ōshimę z Berlina do Tokio Amerykanie wiedzieli o zapewnieniach Ribbentropa i Hitlera, że jeśli Japonia znajdzie się w stanie wojny z USA, Niemcy natychmiast staną po jej stronie. W Waszyngtonie ucieszono się z zapowiedzi Berlina, że wojna z Japonią spowoduje wypowiedzenie przez Niemcy wojny USA. Ta korzystna sytuacja była dodatkowym bodźcem dla Roosevelta, aby utrzymać embargo i zapędzić Japonię do narożnika – pozbawiona innej opcji musiała rzucić się na południe. Było to także istotne również z tego powodu, że atak Japończyków na sowieckim Dalekim Wschodzie utrudniłby Waszyngtonowi przystąpienie do wojny z Niemcami. Zacytujmy w tym kontekście Johna J. Mearsheimera: Jesienią 1941 roku administracja prezydenta Roosevelta wyraźnie parła do konfliktu z Niemcami i szukała pretekstu, by wejść do wojny. […] W połowie września 1941 r. prezydent Roosevelt wydał amerykańskiej marynarce wojennej rozkaz, by bez ostrzeżenia otwierała ogień do niemieckich okrętów podwodnych na Oceanie Atlantyckim (John J. Mearsheimer, Tragizm polityki mocarstw, przeł. P. Nowakowski i J. Sadkiewicz, Kraków 2019, s. 310 i n).

Niektórzy politycy amerykańscy tamtego czasu, później zaś część historyków, krytykowali Roosevelta za to, że – jak sądzili – popełnił błąd, niepotrzebnie prowokując Japonię. Nie rozumieli, że to właśnie było jego celem; atak Japonii w kierunku południowym nie był wynikiem „nieostrożnych” działań Roosevelta, ale zamierzonym rezultatem jego – trzeba to przyznać – po mistrzowsku prowadzonej polityki, którą streścił, cytowany przez Perry’ego, sekretarz wojny Henry Stimson: jak wmanewrować ich [Japończyków] w pozycję oddania pierwszego strzału bez narażenia się na zbyt duże niebezpieczeństwo.

Perry podkreśla, że Roosevelt nie potrzebował wcale „wcześniejszej wiedzy” o japońskim ataku na Pearl Harbor, ponieważ, tak czy inaczej, oczekiwał i życzył sobie japońskiego marszu na południe, aby odciągnąć Japonię od uderzenia na ZSRR. Jego strategia powiodła się znakomicie: siły sowieckie na Syberii nie zostały związane przez japoński atak, trasa pacyficzna, przez którą popłynęła znaczna część dostaw dla Rosji w ramach Lend-Lease’u, nie została przecięta.

*****

U podstaw sojuszu amerykańskiej liberalnej demokracji i sowieckiej komunistycznej demokracji (pakt Stalin-Roosevelt) w okresie II wojny światowej, którego wyrazem była gigantyczna pomoc wojskowa (zob. Albert Weeks, Russia’s Life-Saver: Lend-Lease Aid to the U.S.S.R. in World War II, Lanham 2010), bez której – jak uważa Sean McMeekin – Związek Sowiecki nie odparłby Niemiec, a już na pewno nie doszedłby do Łaby (zob. Sean McMeekin, Stalin’s War: A New History of World War II, New York 2021), legły przede wszystkim względy geostrategiczne i konieczności wynikające z globalnego układu sił. A co z ideologicznym pokrewieństwem, które może być dodatkowym spoiwem sojuszu?

Na poziomie polityki socjalnej i gospodarczej bliższe pokrewieństwo łączyło Amerykę Roosevelta z Włochami Mussoliniego i Niemcami Hitlera (zob. Wolfgang Schivelbusch, Entfernte Verwandtschaft. Faschismus, Nationalsozialismus, New Deal 1933–39, München 2005), jednak na głębszym poziomie – zgodnie z interpretacją Erica Hobsbawma i Johna Graya – marksistowski komunizm i demokratyczny liberalizm stanowiły dwie pokrewne ideologiczne rodziny, oparte na wspólnych wartościach, wywodzące się z tego samego pnia, obie będące potomkami i spadkobiercami osiemnastowiecznego Oświecenia i wielkich rewolucji. Mimo okazywanej sobie w pewnych okresach wrogości demokratyczny liberalizm i marksistowski komunizm należą do tego samego duchowego uniwersum, są dziedzicami myśli oświeceniowej, dzielą te same podstawowe ideowo-duchowe założenia: indywidualizm, uniwersalny egalitaryzm, racjonalizm, prymat gospodarki, nacisk na emancypacyjną wartość pracy, wiarę w postęp i koniec historii.

Ponieważ marksistowski komunizm, ucieleśniony praktycznie w państwie sowieckim, i demokratyczny liberalizm, ucieleśniony w USA, miały wspólne ideologiczne źródła, zawarcie sojuszu wojennego było ułatwione. Dwa mocarstwa reprezentujące dwa warianty uniwersalistycznego internacjonalizmu miały wspólnego wroga – „antyoświeceniowych. nacjonalistycznych, reakcyjnych faszystów”. Kiedy wróg został pokonany, zwróciły się przeciwko sobie, aczkolwiek przestrzegając zasady „kruk krukowi oka nie wykole”.

*****

Znalazłem niedawno wycinek z „Plusa Minusa” sprzed kilkunastu lat z artykułem Bohdana Cywińskiego (jego Rodowody niepokornych czytałem w fazie lewicowo-anarchistycznej), rozważającego dylematy Piusa XII w przededniu II wojny światowej. Od kwietnia 1939 roku papież nawoływał: „wszystko, byle nie wojna, nie walczcie, siadajcie do stołu rokowań”. Wprawdzie niczego innego robić nie mógł, ale, stwierdzał Cywiński, te wezwania, nakłaniając do rokowań w sytuacjach nowo zaistniałego niesprawiedliwego status quo, politycznie działały na korzyść niemieckiego agresora, który przecież pokojowo nie wycofałby się z zajętych krajów. Według Cywińskiego Pius XII znajdował się w pułapce bezwarunkowego pacyfizmu.

Jakiś nieprzyjemny ton wyższości tu się wkrada, wyższości kogoś, kto nie potrafi sobie wyobrazić, co to znaczy stać na czele wielkiej instytucji, i nie rozumie, nie zna dylematów, jakie się z tym wiążą. Tu by trzeba przeprowadzić eksperyment myślowy i usiąść na miejscu papieża, wczuć się w rolę i sytuację suwerena. Cywiński naiwnie pisze o „nowo zaistniałym niesprawiedliwym status quo”, najwidoczniej nieświadom tego, że status quo, w którym „my” jesteśmy górą, jest zawsze sprawiedliwe, a status quo, w którym „oni” dominują, jest zawsze „niesprawiedliwe”; dla niemieckich katolików powersalskie status quo było niesprawiedliwe, a dla polskich katolików jak najbardziej sprawiedliwe. Ci i ci byli wierni Rzymowi i papieżowi, na jakiej zasadzie miał on więc wybrać pomiędzy „niesprawiedliwym” a „sprawiedliwym” status quo? Status quo jest pojęciem politycznym opisującym stosunek i rozkład sił w danym momencie historycznym, a nie jakimś rzekomo obiektywnym opisem stanu rzeczy.

Celem papieża nie było utrzymanie jakiegoś ogólnego „sprawiedliwego status quo”, bo takowego nigdy nie było i nie będzie, ale takiego, w którym najlepiej zabezpieczone byłyby interesy Kościoła. Z punktu widzenia papieża tylko takie status quo byłoby sprawiedliwe. Papież musiał przewidywać, że po pierwsze, w nowej wojnie europejscy katolicy będą musieli do siebie strzelać, że europejskie narody katolickie będą się wykrwawiać tak samo jak w I wojnie światowej i ani Kościół, ani katolicyzm nie odniosą z tego żadnej korzyści, na odwrót, poniosą straty; i po drugie, że głównymi siłami religijnymi zaangażowanymi w wojenny konflikt będą anglosaski, antykatolicki protestantyzm, bezbożny komunizm sowiecki i protestancko-pogański narodowy socjalizm. Zatem obojętnie, kto wygra, Kościół przegra. Jak można się dziwić, że zapobieżenie wojnie było dla papieża absolutnym priorytetem?

Cywiński nazwał jego politykę i dyplomację „bezwarunkowym pacyfizmem”, tak jakby miał papieża za politycznego durnia. Naczelnym obowiązkiem papieża, jego zadaniem i misją jest w pierwszym rzędzie dbać o interes Kościoła; jako monarcha ponadnarodowego kościelnego imperium papież zajmuje się granicami polityczno-administracyjnymi, przesunięciami stref wpływów, zmianami politycznego status quo tylko o tyle, o ile mają, lub mogą mieć wpływ na stan posiadania Kościoła; to właśnie jest etyka odpowiedzialności – odpowiedzialności za kierowaną przez siebie instytucję, najwyższej rangi etyka polityczna. Etyka, na której niedostatek zdają się nie od dziś cierpieć nasze klasy polityczne i która leży poza granicami wyobraźni wielu naszych publicystów polityczno-historycznych, co może wynikać z tego, iż w polskiej tradycji zdaje się dominować perspektywa „oddolna”, czy to insurekcjonistyczna – powstańca, partyzanta, konspiratora, rebelianta, opozycjonisty, kontestatora; czy to martyrologiczna – ofiar, prześladowanych, cierpiących, skrzywdzonych, poniżonych, zdradzonych. Wytrąca to polityczną myśl polską z równowagi, zakleszcza ją w rozmaitych kompensacyjno-konsolacyjnych fikcjach, co nie sprzyja realistycznemu myśleniu o polityce.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2021 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.