Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Komboskion (część 7) — O synkretyzmie po raz pierwszy

Komboskion (część 7) — O synkretyzmie po raz pierwszy

Adam Tomasz Witczak

W Kościele katolickim synkretyzm stał się po II Soborze Watykańskim zjawiskiem powszechnym, niemal naturalnym dla wielu świeckich i duchownych1. Dotyczy on zarówno innych wyznań chrześcijańskich (które nie są już nazywane „schizmatyckimi” czy „heretyckimi”, ale raczej „siostrzanymi”), jak i odmiennych systemów religijnych, nie tylko monoteistycznych.

Synkretyzm ten na ogół przyjmuje formy chaotyczne i dość przypadkowe. Mamy wspólne nabożeństwa ekumeniczne z protestantami i prawosławnymi, wizyty rabinów w kościołach, symultaniczne „modlitwy o pokój”, odprawiane równocześnie i równolegle przez przywódców duchowych rozmaitych wyznań. Bywa i tak, że do liturgii rzymskiej włącza się elementy zaczerpnięte nie tylko z innych obrządków, ale w ogóle z innych wierzeń. Niektórzy księża praktykują dalekowschodnie techniki medytacyjne o silnym działaniu psychofizycznym, zaczerpnięte z tradycji zen czy indyjskiej jogi. Jest tego naprawdę wiele i czytelnik prawdopodobnie ma świadomość tych faktów.

Chaotyczność i – nierzadko – groteskowość tych wysiłków wynika z podstaw, na których się one opierają. A są to podstawy modernistyczne i humanistyczne. Mainstreamowi animatorzy tego synkretyzmu żywią przekonanie (nie zawsze wyrażone wprost), że różne religie należy szanować ze względu na ludzi, którzy je wyznają. Innymi słowy, punktem wyjścia (a w praktyce także i dojścia) jest przeświadczenie, że jeśli wszyscy chcemy dobrze, to… to dobrze. Ważne jest uczucie religijne, subiektywne przeświadczenie, którego nie wolno oceniać i krytykować, jeżeli jest dostatecznie szczere. Oczywiście wszystko to przy zachowaniu wzajemnej tolerancji czy wręcz akceptacji. Jak mówił Jakub Cutsinger: liberalny hinduista spotyka się z liberalnym chrześcijaninem i liberalnym muzułmaninem, po czym wspólnie cieszą się z tego, jak bardzo są liberalni.

Uzasadnieniem podejmowanych praktyk najczęściej nie są jakieś głębokie fundamenty teologiczne czy metafizyczne – a raczej powody doczesne, zgoła przyziemne. Ten katalog obejmuje przede wszystkim pokój między narodami, rozwój nauki, ochronę przyrody czy zwalczanie dyskryminacji.

W ostateczności pojęcie idolatrii traci jakiekolwiek znaczenie, przestaje też być istotne przywiązanie do konkretnej wspólnoty. Otwiera się droga do konstruowania religii prywatnej, własnej, indywidualnej. Religijność ta nie jest nawet uważana za objawioną – a raczej za opracowaną, dopasowaną czy wręcz wymyśloną. Zresztą, taka rzeczywiście jest – ale przygnębia nas fakt, że zjawisko to uznaje się za atut.

Mamy przykre przykłady ludzi (takich jak Willigis Jäger czy Henryk Le Saux, słynny Abhishiktananda), którzy pod wpływem myśli wschodniej odpadli od chrześcijaństwa lub przebudowali je według własnych upodobań, albo też wpadli w głęboką niepewność co do swej tożsamości religijnej.

Z drugiej strony nie sposób zaprzeczyć temu, że pewne elementy katolicyzmu zostały historycznie ukształtowane przez czynniki napływające z zewnątrz. Tyczy się to zarówno filozofii, która przecież budowana była w wielkim stopniu na dorobku myślicieli antycznych, pogańskich, jak i estetyki (architektura, rzeźba, muzyka), sfery rytualnej czy otoczki mitologicznej (przykładem może być tu ludowy katolicyzm różnych regionów Europy, powiązany z miejscowymi legendami i zwyczajami o charakterze prechrześcijańskim).

Nie twierdzimy, że należy potępić kogoś, kto uroi sobie, że zamiast różańca będzie nosić czotkę (cóż, nawet tytuł naszego cyklu to właśnie komboskion) albo kto będzie wplatał w swoje modlitwy i wypowiedzi frazy w rodzaju Bóg wie najlepiej czy Byłem ukrytym skarbem, który pragnął zostać poznany. Dwie ostatnie zaczerpnięte są z islamu: pierwsza niewątpliwie jest prawdziwa, druga wyjaśnia (chyba sensownie), dlaczego Bóg stworzył wszechświat. Nie należy jednak z tym przesadzać, warto też pamiętać, by nie oznaczało to jedynie błyszczenia egzotyką i nie gorszyło maluczkich. Gdzie zatem leży granica pomiędzy „dobrym” i „złym” synkretyzmem? O tym w następnym odcinku.


1 Z punktu widzenia sedewakantysty: Autor opisuje sytuację w Nowym Kościele montiniańskim. Asystencja Ducha Świętego zapewnia bowiem, że prawdziwy Kościół nigdy nie zbłądzi w swoim nauczaniu, zwolennicy synkretyzmu są zatem poza Kościołem – przypis redaktora naczelnego Portalu.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2009 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.