Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Obywatele, nie bukmacherzy!

Obywatele, nie bukmacherzy!

Jacek Bartyzel

Im bliższy termin elekcji Prezydenta Rzeczypospolitej, tym częściej jestem nagabywany pytaniami na kogo będę głosował w drugiej turze (co do pierwszej jest to oczywistością: nigdy nie ukrywałem swojej solidarności w kwestiach zasadniczych z Markiem Jurkiem, chociaż w niejednej kwestii szczegółowej mamy odmienne zdanie; ostatecznie jednak myślący człowiek nawet z samym sobą nie zgadza się zawsze w stu procentach). Podobnych deklaracji od postronnych osób słyszę zresztą i czytam bez liku. Co więcej, pochodzą one właśnie prawie wyłącznie z prawej strony, a ściślej mówiąc od tych, co stoją „na prawo od PiS”.

W kategoriach „pragmatycznych” postępowanie takie ma swoje oczywiste przyczyny, nad którymi nawet nie warto się rozwodzić. Z powodów zasadniczych mnie jednak zdaje się ono głęboko niestosowne. Ten, kto oświadcza, że w pierwszej turze będzie głosował na X-a, a w drugiej na Y-greka, podobny jest panu młodemu, który idąc do ołtarza, aby przyjąć święty sakrament małżeństwa, oznajmia wszem i wobec jaką inną pannę gotów byłby bliżej (w biblijnym sensie tego słowa) poznać, gdyby z tą, z którą właśnie bierze ślub nie ułożyło się jak należy. Zwykła przyzwoitość nakazuje zatem wstrzymać się przynajmniej z podobnymi deklaracjami do czasu, kiedy – ewentualnie – pierwsza tura nie przyniesie rozstrzygnięcia.

Skądinąd, rzetelny reakcjonista ma przecież godziwe i rozumne powody, aby w ogóle ze wstrętem odwracać się od uczestnictwa w demokratycznych bachanaliach. Jako monarchista z samego (nie dającego się wykorzenić z natury ludzkiej) instynktu, podzielam pogląd wyrażony – jak zawsze z niezrównaną logiką i elegancją – przez Charlesa Maurrasa, że o bezapelacyjnej wyższości władzy dziedzicznej nad obieralną stanowi to, iż „dziedzic tronu jest na nim, bo na nim jest; jego prawo zasadzające się na tym, że podjął trud urodzenia się [królem], zwalnia pozostałych od stawiania pytania o walory i porównywania wzajemnych odpowiedzi” (Petit manuel de l’Enquête sur la Monarchie, Versailles 1928, s. 95).

Jeżeli jednak konserwatysta z innych, też godziwych i rozumnych (jak zwłaszcza z poczucia powinności patriotycznych) powodów, decyduje się wziąć udział w elekcji, nawet tej obarczonej największym ryzykiem nierozumu i demagogii, czyli electio viritim, to właśnie jedyną dyrektywą wewnętrzną postępowania, jaka mu pozostaje, jest „stawianie pytania o walory” – a nie o „szanse” – i „porównywanie wzajemnych odpowiedzi”.

W takiej sytuacji jedyną możliwą do przyjęcia postawą jest zachowanie się par excellence republikańskie – oczywiście w klasycznym, a nie ochlokratycznym, znamiennym dla masowej demokracji, sensie desygnatu słowa res publica. Jeżeli jestem obywatelem republiki, wezwanym na forum do współdecydowania o wyborze tego, który będzie dzierżył suprema auctoritas w Rzeczypospolitej, to winienem w pierwszym rzędzie odrzucić na bok wszelkie kalkulacje pozamerytoryczne. Natomiast z „naiwną” prostotą obywatelskiego ducha winienem stawiać sobie samemu pytania o „walory” właśnie i je porównywać. Który ze stających do konkursu był dotąd najbardziej ofiarny w służbie dla Rzeczypospolitej? Kto wykazał się największą cnotą, zwłaszcza swoiście polityczną cnotą roztropności, a jednocześnie może dać rękojmię prowadzenia ku cnocie współobywateli, co jest wszakże celem i usprawiedliwieniem każdej dobrze urządzonej civitas? Kto będzie naprawdę kierował się dobrem wspólnym republiki, a nie swoim partykularnym interesem? Kto wreszcie – by raz jeszcze zacytować Maurrasa – będzie miał wolę, aby „bronić dziedzictwa pod nieobecność dziedzica” (défendre l’héritage en absence de l’héritier), czyli po prostu bronić zawsze i wszędzie interesu narodowego?

Tylko takie pytania stawiać sobie należy, odrzucając precz wszystkie inne względy, a zwłaszcza rokowania sondaży. Obywatelami bądźmy, nie bukmacherami!

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.