Jesteś tutaj: Publicystyka » Waldemar Michalak » Pacyent filozofii

Pacyent filozofii

Waldemar Michalak

Refleksje po lekturze książki Alfreda Marka Wierzbickiego Filozofia a totalitaryzm – Augusta Del Nocego interpretacja kryzysu moderny, Wydawnictwo KUL, Lublin 2005, str. 386.

Przystępując do lektury dość trudnej pozycji, jaką jest niewątpliwie książka Alfreda M. Wierzbickiego, zadałem sobie pytanie: dlaczego to robię, jaka jest moja relacja do tej publikacji?

Nie jestem producentem wiedzy akademickiej, suma wiadomości zawarta w książce nie jest mi potrzebna do pracy naukowo-badawczej, nie jestem również konsumentem zawartych tam wiadomości analogicznie do studenta, który zapoznaje się z efektami czyjejś pracy naukowo-badawczej, aby się dowiedzieć o czymś, o czym przedtem nie wiedział, chociaż w stosunku do mojej osoby praca Wierzbickiego spełniła i taką rolę; dzięki niej dowiedziałem m.in. o takich postaciach, jak Antonio Rosmini czy Nicolas Malebranche, przed przeczytaniem tej książki nic o nich nie wiedziałem, teraz wszedłem w posiadanie takiej wiedzy. Jednak zainteresowanie wzbudziło u mnie co innego, a mianowicie chciałem uzyskać nie wiedzę, jaką daje ta publikacja, lecz pozyskać informację dotyczącą najbardziej upowszechnionej dziś formy zniewolenia, a mianowicie odebrania ludziom ich podmiotowości na rzecz ich uprzedmiotowienia. Czym zaś się różni wiedza od informacji? Wiedza ma charakter kontemplacyjny, refleksyjny, pozwala na uzyskanie przekonania o tym, że coś istnieje, jak istnieje; wartością wiedzy jest prawda, a więc zgodność rozumu z rzeczywistością, wiedza jest też definiowana jako doświadczenie opisane rozumem. Inaczej rzecz się ma z informacją: ma ona charakter operacyjny, jest to zbiór danych mających znaczenie dla wykonania jakiegoś zadania czy zrozumienia jakiegoś zagadnienia.

I właśnie z powodu chęci pozyskania odpowiedniego zbioru informacji stałem się użytkownikiem tej publikacji. Zagadnieniem, które wymagało zrozumienia był dla mnie, jak już wspomniałem, problem uprzedmiotowienia, kiedy człowiek przestaje być podmiotem własnych słów i czynów, a staje się dla siebie i innych przedmiotem o określonych właściwościach matematyczno- fizycznych.

Podczas lektury tej książki naszła mnie też myśl, że wobec zawartego tam tematu jestem kimś w rodzaju „wasala trzeciego stopnia”. Jeśli bowiem przyjąć, że „suwerenem” tematycznym jest w tej książce totalitaryzm i jego geneza w postaci marksizmu, to „wasalem pierwszego stopnia” względem tematu będzie filozofia Del Nocego, „wasalem drugiego stopnia” będzie ksiądz Wierzbicki, który interpretuje temat poprzez filozofię Del Nocego, i wreszcie „wasalem trzeciego stopnia” jest użytkownik publikacji, który interpretuje zagadnienie totalitaryzmu poprzez filozofię Del Nocego, za pośrednictwem księdza Wierzbickiego.

Jednakże mnie w stosunku do tej publikacji odpowiada też używane jeszcze na początku XIX wieku określenie „pacyent filozofii”. Bo rzeczywiście, moją dolegliwością było od zawsze odczuwanie uzależnienie ludzi od dyktatury rzeczy, w tym sensie, że to oni muszą służyć rzeczom, a nie rzeczy im. Z tego powodu, we wczesnej młodości, nawet przez pewien czas sympatyzowałem z ruchem hipisów (a kto dzisiaj pamięta, że ruch hipisowski atrakcyjny był nie z powodu narkotyków i swobody obyczajowej, lecz właśnie z tego, że jego uczestnicy chcieli się wyzwolić od dyktatury rzeczy). W marksizmie ten problem został postawiony jako problem alienacji, ale w obu wypadkach – i hipisów, i marksizmu – lekarstwo okazało się stokroć gorsze od choroby. Tak więc lekarstwo się nie sprawdziło, a dolegliwość została. I o ile w książce Wierzbickiego nie spodziewałem się znaleźć remedium na tę dolegliwość, o tyle spodziewałem się znaleźć solidną diagnozę.

I rzeczywiście, obraz współczesności według Del Nocego, czy to w postaci nowoczesności, czy ponowoczesności, składa się z trzech zasadniczych elementów: materializmu, ateizmu, racjonalizmu, a niejako uzupełnieniem tego obrazu jest hedonizm złożony z relatywizmu i sceptycyzmu. Hedonistyczny komponent obrazu, bez odrzucenia pierwszego, jest charakterystyczny dla ponowoczesności. Del Noce, którego doświadczenie biograficzne w całości zamyka się w dziejach XX wieku (urodzony w roku 1910, zmarł w roku 1989), uważał, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest rozwój pewnej interpretacji racjonalizmu Kartezjusza, która wiedzie od tego filozofa, poprzez filozofię oświecenia, do Hegla i Marksa, w którym znajduje swe spełnienie jako „nie-filozofia”. Nietzsche odgrywa w tych rozważaniach jakby rolę pomocniczą. Alternatywą do tej linii interpretacji Kartezjusza miała być linia od Kartezjusza do Malebranche’a, od Malebranche’a do Vica i od Vica do Rosminiego. Pierwszy z tych kierunków rozwoju znalazł spełnienie w twierdzeniu Marksa, „że dotąd filozofowie objaśniali świat, a chodzi o to, aby go zmienić” – stąd pojęcie „nie-filozofii”. Drugi z tych kierunków zachował klasyczne powołanie, iż filozofia docieka prawdy przez kontemplację bytu. Kontemplacja nie oznacza bezczynności, lecz aktywność dociekania zmierzająca do poznania prawdy w sensie ontologicznym i metafizycznym, jako źródeł etyki. I tutaj Del Noce wprowadza nieznane mi przedtem rozróżnienie na racjonalizm i ontologizm. Jeśli chodzi o racjonalizm, to Del Noce wskazuje na to, że „nie-filozofia” daje pierwszeństwo praxis przed refleksją, a więc w ślad za Machiavellim pierwszeństwo polityki przed etyką, zaś uzbrojony w naukę człowiek miał, za pomocą techniki, opanować świat przyrody tak, aby ona mu służyła, zaś sam człowiek, w takim kontekście, przestał być homo sapiens, a został zredukowany do homo faber lub do wiązki potrzeb witalnych, domagających się zaspokojenia. Tego typu antropologia, która według Del Nocego jest błędem kultury, a nie błędem w kulturze, znalazła swoje spełnienie w ideologii i praktyce państwa totalitarnego. Z tym, że do systemów totalitarnych Del Noce zaliczał (co nie jest nowością) komunizm, faszyzm i nazizm oraz (co jest nowością) współczesne mu społeczeństwo dobrobytu, ostateczną zaś konsekwencją takiego stanu rzeczy miał być nihilizm.

I zgoda, jeśli przyjąć definicję totalitaryzmu podaną przez Giovanniego Gentilego, której sens jest taki, że totalitaryzm to system znoszący różnicę między tym, co prywatne a tym, co publiczne, i wszystkie dziedziny ludzkiej aktywności muszą być podporządkowane całkowicie (totalnie) państwu – jak to później doprecyzował Mussolini: wszystko w ramach państwa (u komunistów – „ustroju”) i poprzez państwo, ale nigdy przeciw państwu. Oczywiście, istnieją znaczne różnice między funkcjonowaniem totalitarnych i ludobójczych systemów takich, jak komunizm i narodowy socjalizm – gdzie chęć „naukowego” urządzenia świata wiązała się z desygnacją (wywodzącego się jeszcze z czasów rewolucji francuskiej) wroga obiektywnego w postaci wroga klasowego lub rasowego, którego w imię postępu naukowego i lepszej przyszłości należało eksterminować – a włoskiego faszyzmu, który w gruncie rzeczy był tylko represywnym autorytaryzmem, i represjonował tylko rzeczywistych wrogów systemu za to co uczynili, a nie za to kim byli (liczba śmiertelnych ofiar represji z przyczyn politycznych wynosiła we Włoszech, jak podaje Gustaw Herling-Grudziński, około 1800 osób). Natomiast państwo dobrobytu – tu należałoby się odwołać do Szwecji, jako przykładu najbardziej modelowego – w ogóle nie stosuje represji fizycznych, odwołując się raczej do siły przekonywania i przekupywania, lecz tym niemniej Szwecja, jak i inne państwa opiekuństwa socjalnego, odpowiada paradygmatowi państwa totalitarnego, znoszącego różnicę między tym, co prywatne a tym, co publiczne, oraz stosującego techniki inżynierii społecznej, co cechowało w niemniejszym stopniu pozostałe systemy totalitarne.

Jednak w diagnozie współczesności przedstawionej przez Del Nocego – przynajmniej w oparciu o zbór informacji podanych przez księdza Wierzbickiego – widzę pewną niejasność. Albowiem Del Noce jakby kontrastuje w sposób antagonistyczny antropologiczną definicję człowieka jako imago Dei, opartą na transcendencji i kontemplacji prawdy objawionej, skąd ma się wywodzić racjonalne uzasadnienie chrześcijańskiej etyki (rzeczywiście, nie można obalać Boga, a później odwoływać się do Jego przykazań), z wizją człowieka pogrążonego w immanentyzmie, samorealizującego się jako konstrukt własnej aktywności i wiązki potrzeb witalnych. Niejasność polega na tym, że wybór między ontologizmem a racjonalizmem jawi się jako wybór między zbawieniem a nihilizmem, którego ostatecznym spełnieniem jest nicość. Według Martina Heideggera „człowiek to błysk świadomości w obliczu nicości”. Tymczasem, w świetle mojej wiedzy, takiego wyboru nie ma. Albowiem człowiek jako imago Dei oraz dusza posługująca się ciałem może, poprzez wykonywanie nakazów sumienia bądź nie, przywieść się do zbawienia lub potępienia. Lecz potępienie a nihilizm z perspektywą unicestwienia to dwie różne rzeczy. W zasadzie możemy mówić, operując modnym dziś językiem, o dwóch wykluczających się narracjach: pierwsza z nich, nazwijmy ją ontologiczną, brzmi następująco: „Bóg jest istnieniem, kres jest spełnieniem, jeśli chcesz uzyskać zbawienie i uniknąć potępienia, musisz spełnić wymagania zawarte w przykazaniach i nauce zawartej Ewangelii, Kościół zaś jest od tego, aby ci depozyt (testament) wiary przekazać i dopilnować jego wykonania”. Druga narracja zaś, nazwijmy ją (trzymając się terminologii Del Nocego) racjonalistyczną, niesie z sobą taki oto przekaz: „niebo jest puste, kres jest niebytem, a więc musisz mieć maksimum wolności, aby zrealizować te wartości, które dadzą ci poczucie szczęścia w ograniczonym kapitale lat życia, zaś nauka i technika, poprzez racjonalne wykorzystanie, pozwolą ci osiągnąć cele twojego działania”.

W świetle tak zarysowanych perspektyw aktualny jest pascalowski „zakład” – dziś powiedzielibyśmy „opcja walutowa” (od value – wartość) – nie ma natomiast wyboru, ponieważ ani wyznawca ontologizmu (zgodnie z terminologią używaną przez Del Nocego) nie przyjmuje perspektywy unicestwienia, ani też wyznawca racjonalizmu (w znaczeniu przyjmowanym przez tego samego autora) nie przyjmuje perspektywy zbawienia bądź potępienia; działa tutaj zasada wyłączonego środka.

Nie trzeba dodawać, że dziś zwycięską narracją jest narracja racjonalistyczna, o niezmiennych częściach składowych takich, powtórzmy raz jeszcze, jak: materializm, ateizm, racjonalizm (w sensie oświeceniowym) oraz (silnie zaznaczony obecnie) hedonizm z mocną obecnością relatywizmu. Celowo pomijam sceptycyzm, ponieważ nawet hedonista nie może być sceptyczny wobec prawdy, jaka leży u podstaw praw rządzących funkcjonowaniem rynków. Jednak tak przedstawiony obraz współczesności nie jest pełny, jeśli chodzi o diagnozę dotyczącą uprzedmiotowienia, które dla mnie jest problemem. I nie ma w tym winy Del Nocego, który zmarł w roku, historyczne rzecz biorąc kończącym XX stulecie (można bez obawy błędu przyjąć też, że historyczny wiek XX kończy się w roku 1991, datą rozwiązania ZSRR – ostatniego ze skutków I wojny światowej).

Niezaprzeczalną zasługą Del Nocego jest natomiast dostarczenie pewnego aparatu pojęciowego na opisanie rzeczywistości, która wyłoniła się po roku 1989. Wbrew pozorom, nowa rzeczywistość nie zastała ogłoszona jako tryumf społeczeństwa dobrobytu nad społeczeństwem nędzy i przemocy, lecz jako zwycięstwo wolnego rynku nad gospodarką o celach socjalnych. Więcej, zwycięstwo wolnego rynku (zwanego liberalizmem) wprowadziło prymat ekonomii nad polityką i etyką, i w takim układzie odniesienia również odwołanie się do demokracji jest bezzasadne, ponieważ rynek działając w logice rachunku ekonomicznego znosi pytania polityczne w tej samej mierze, jak uprzedni prymat polityki nad etyką zakazywał zadawania pytań natury etycznej, jako „nienaukowych”, dotyczących bowiem transcendencji. Zaś likwidacja pytań politycznych o dobro wspólne likwiduje polis, a wraz z likwidacją polis dokonuje się również rozwiązanie demosu – bez względu na to czy ktoś jest zwolennikiem demokracji czy nie. W zasadzie rola demosu i instytucji wyborów wobec współczesnych potencji ekonomicznych jest mniej więcej taka sama, jak rola senatu rzymskiego w dobie rządów cezarów, a nieprzypadkowo nazywano to „komedią republiki”.

Liberalizm, który odwołuje się do praw wolnego rynku, przywrócił wolność, ale nie jako restytucję wyboru między dobrem a złem rozumianym w sposób obiektywny, oparty na transcendencji, i w ślad za tym prymat etyki nad polityką, lecz wolność pojmowaną tak, jak pojmowali ją rzymscy prawnicy. W prawie rzymskim być wolnym oznaczało być wyłącznym właścicielem swojej osoby (res privata), a więc swojego ciała (w tym organów wewnętrznych), swojej siły, swojej witalności, swojej wiedzy, umiejętności jej użytkowania, owoców pracy (owoce pracy należą do tego kto je wytworzył), własności intelektualnych. Ten rodzaj wolności, tożsamej z własnością, wytwarza bardzo silną implikację, a mianowicie wolność zawierania umów, nawet pod zastaw osoby dłużnika. Przy takiej definicji wolności kluczową rolę odgrywa rynek jako: rynek pracy, rynek konsumpcji i nadrzędny wobec nich rynek finansów, zaś właściwości matematyczno-fizyczne osoby ludzkiej mają tutaj dominujące znaczenie – i na tym polega uprzedmiotowienie, nadrzędność własności przedmiotowych nad podmiotowością osoby. I tak, w rynkowym układzie odniesienia, na rynku pracy, człowiek jest zasobem siły roboczej o określonej jakości kapitałowej; na rynku konsumpcyjnym człowiek jest targetem o określonych możliwościach zakupowych bądź, jeszcze bardziej, zdolności kredytowej; na rynku finansów zaś człowiek, rozumiany bądź to jako siła robocza, bądź to jako target, postrzegany jest jako generator straty bądź zysku. W świecie rynku świat nie jest już „odczarowany” za pomocą nauki i techniki, jak o tym pisał Max Weber, lecz raczej, za pomocą ekonomii, używając innej metafory, „zaklęty w przedmioty”. Taki świat wyłonił się po upadku wielkich narracji politycznych, odwołujących się do paradygmatu racjonalistycznego, jaki ukształtował się w XX wieku.

Cechy uprzedmiotowienia społeczeństwa dobrobytu dostrzegał również Del Noce; szczególnie pomocny jest tu rozdział w książce Wierzbickiego: Totalitarne tendencje społeczeństwa dobrobytu (ss. 105-144), w którym autor przytacza liczne cytaty z dzieł Del Nocego, bądź sam dokonuje omówienia wskazanych przez włoskiego filozofa relacji, jakie zachodzą między etyką, polityką i ekonomią. Posługując się metodą palimpsestu można stworzyć własny opis społeczeństwa rynkowego, używając zdań i określeń, jakimi posługiwał się Del Noce dla udowodnienia, że społeczeństwo dobrobytu jest społeczeństwem totalitarnym. Oczywiście, w mojej perspektywie, społeczeństwo uprzedmiotowione nie jest społeczeństwem systemu totalitarnego w klasycznym tego słowa znaczeniu, nie jest ono również społeczeństwem dobrobytu. Jeśli już, to jest ono społeczeństwem pax imperium economicum (pokoju opartego na władzy ekonomicznej – prawach rynku, które są nadrzędne wobec władzy politycznej).

Używając tekstu Wierzbickiego (por. s. 105) jako tworzywa – w palimpseście tekstu uprzedniego – można stworzyć następujący obraz społeczeństwa uprzedmiotowionego. Społeczeństwo uprzedmiotowione nie odwołuje się do wartości transcendentnych, lecz realizuje jedynie wartości wynikające z logiki rachunku ekonomicznego, jest społeczeństwem towaru, gdzie wszystko jest towarem w stanie czystym. Rozum ludzki nie służy tu żadnym wartościom transcendentnym, lecz jego cała energia skierowana jest na generację zysku jako wartości nadrzędnej. Ta skrajna koncepcja rozumu instrumentalnego nie pozostawia miejsca na wartościowanie w kategoriach moralnych (moralne jest to, co opłacalne z punktu widzenia logiki rynku), co w rezultacie pociąga za sobą podporządkowanie etyki praktyce ekonomicznej. Można w tym dostrzec zbieżność między starożytnymi koncepcjami wykorzystania zasobów siły roboczej a współczesnym podporządkowaniem etyki i polityki ekonomii. W jednym i drugim wypadku mamy do czynienia z eliminacją etyki jako naczelnej dyscypliny dotyczącej ludzkiego działania. Uprzedmiotowienie społeczeństwa rynkowego pojawia się wskutek zastąpienia – obecnej jeszcze w społeczeństwie dobrobytu – idei produkcji na zaspokojenie potrzeb, ideą zysku jako wyrazu racjonalności działania w świecie materialnym i w świecie kultury. Powoduje to, że dawny homo faber został zastąpiony samosprzedawalnym instrumentum vocale, aczkolwiek już w dawniejszej tradycji można znaleźć zalążek takiego procesu, bo jeśli człowiek jest swoją pracą, a praca ludzka jest towarem, to logicznie wynika stąd, że w takiej optyce człowiek jest samosprzedawalnym (wolność zawierania umów), mówiącym narzędziem, a w konsekwencji – „ludzkim kapitałem”. Dalej zaś, używając tej samej metody, można powiedzieć, że obecne w wieku XX rewolucyjne idee panowania nad światem, bądź to przez połączonych „proletariuszy wszystkich krajów”, bądź też tryumfu „woli mocy rasy nordyckiej”, bądź też przywrócenia imperium rzymskiego przez jego faszystowskich, jak się mienili, spadkobierców, zostały zastąpione ideologią globalizmu, jako systemu wolnego od wartości transcendentnych. Jedynym spoiwem są tutaj powszechne wśród ludzi hierarchie potrzeb, skatalogowanych przez Abrahama Maslowa, a zaspokajanych przez rynek i komercję. Parafrazując dokonaną przez Del Nocego rekonstrukcję poglądów włoskiego marksisty Antonia Gramsciego, można powiedzieć, że w tym świecie olbrzymią rolę odgrywają intelektualiści nowego typu, których zadaniem jest dostosowanie ludzkiej świadomości do potrzeb rynku. W tym sensie dyktatura partii totalitarnej „zostaje zastąpiona dyktaturą rozumu instrumentalnego”1.

Dalej zaś, kontynuując tworzenie obrazu społeczeństwa rynkowego i wciąż parafrazując Wierzbickiego, można napisać: o uprzedmiotowieniu osoby ludzkiej przesądza przyznanie opłacalności, rozumianej jako zysk, całkowitej władzy nad społeczeństwem organizowanym na podstawie skuteczności, bez odniesienia do wartości absolutnych, niezmiennych i ponadhistorycznych. Zgodnie z materialistyczną koncepcją wiedzy i racjonalności, gdzie mamy do czynienia jedynie z racjonalnością formalną i materialną (podług klasyfikacji M. Webera), co eliminuje religię, metafizykę i etykę, czyli racjonalność aksjologiczną, jako absolutne punkty odniesienia, wszystko może być sprowadzone do wartości użytkowej bądź handlowej, a więc wszystko może być przedmiotem produkcji bądź wymiany. Znajduje to nawet odzwierciedlenie w terminologii dotyczącej sfery tak intymnej, jak prokreacja i macierzyństwo, gdzie te dwa terminy zostały ujęte jako „prawa reprodukcyjne kobiet”, w co włączono również „prawo” do aborcji i zabiegów in vitro, jako form reprodukcji.

W ten sposób społeczeństwo rynku zostaje zredukowane w swej kulturze do narracji typu: moralne jest to, co opłacalne; realne jest to, co materialne (włączając w to uciechy cielesne); racjonalne jest to, co policzalne. Nie trzeba dodawać, że w ten sposób kultura odwołująca się do filozofii praxis jest kreatorem pustki aksjologicznej, w klasycznym tego słowa znaczeniu, zaś sama podlega grze sterujących nią sił rynkowych. Za nieaktualną obecnie, a może nawet błędną od początku, należy zatem uznać opinię Del Nocego, która w streszczeniu Wierzbickiego brzmi następująco:

„Racją totalitaryzmu państwa demokratycznego jest całkowite odrzucenie moralnego wymiaru polityki. Demokratyczne państwo staje się totalitarne nie poprzez autorytarne instytucje, lecz o jego totalitarnym wypaczeniu przesądza najpierw koncepcja relacji pomiędzy polityką a moralnością. Del Noce zauważa, że do kompetencji państwa należy nie tylko troska o dobrobyt w sensie materialnym, ale również w warunkach demokracji pozostaje ono instancją moralną w sensie państwa etycznego”2.

Tymczasem, trudno mówić o totalitaryzmie jakiegokolwiek państwa dzisiaj, gdy to państwa są w rynkach, a nie odwrotnie; co więcej, państwa nie mają dzisiaj charakteru politycznego i suwerennego, lecz są bardziej przedsiębiorstwami usług politycznych świadczonych na rzecz obywateli – usługobiorców i protegowanych przez rynki kapitałowe. Troska o dobro materialne obywateli, jako kompetencja państwa (uwaga: demokratycznego!) również należy do przeszłości, ponieważ w warunkach wielkiego rynku państwo demokratyczne jest tylko areną wolnej gry sił ekonomicznych, przybranych w maski polityczne jako theatrum dla ludu. Zaś politykę typu: jeśli robotnik będzie miał własny domek i samochód, to nie będzie myślał o głosowaniu na partię komunistyczną, należy dzisiaj zaliczyć do kosztów (zakończonej już) „zimnej wojny”, w konfrontacji z komunistycznym zagrożeniem. Także pojęcia państwa etycznego i państwa demokratycznego są wewnętrznie sprzeczne (zob. casus Sokratesa), albowiem rdzeniem filozofii demokratycznej greckich poleis była sofistyka, co w przełożeniu na działalność polityczną oznaczało demagogię i retorykę. I taki jest wzorzec, o charakterze archetypu, relacji między etyką a demokracją.

Obecnie jednak, aktualny jeszcze w dobie Del Nocego, problem relacji między etyką a demokracją dziś wydaje się niespecjalnie postrzegany i odczuwany. Można to wyjaśnić odwołując się, polemicznie, do następującego fragmentu tekstu Wierzbickiego:

„Nihilizm społeczeństwa dobrobytu pojawia się na skutek zastąpienia idei rewolucji ideą produkcji jako działania ludzkiego w świecie materialnym i w świecie kultury.

Del Nocego krytyka kapitalistycznego społeczeństwa, opartego na zasadzie materialistycznej, zawężającej sferę kultury do dóbr konsumpcyjnych, łączy się z jego obroną demokracji jako systemu politycznego. Totalitarna tendencja społeczeństwa dobrobytu, redukująca życie społeczne do wytwarzania dóbr i ich konsumpcji, stanowi zagrożenie dla demokracji”3.

Problem polega jednak na tym, że po demontażu państwa opiekuńczego, które było gwarantem istnienia społeczeństwa dobrobytu, i po zastąpieniu idei produkcji, jako czynnika zmiany, ideą zysku i opłacalności, nie mamy do czynienia z nihilizmem, lecz raczej ze społeczeństwem uprzedmiotowionym, zaspokajającym swoje potrzeby w ramach rynku i poprzez rynek, ale nigdy przeciw rynkowi, żeby strawestować słowa Mussoliniego. Albowiem, jak twierdzą na przykład Richard Pipes czy Leszek Balcerowicz, prawa rynku (ekonomiczne) działają tak, jak prawa naturalne, i są one nadrzędne wobec wszelkich praw politycznych, w tej samej mierze jak prawa imperium rzymskiego w stosunku do praw autonomicznych wszystkich ludów cesarstwa (vide prawa Hebrajczyków).

Porównanie do imperium rzymskiego jest o tyle trafne, że starożytni Rzymianie twierdzili, iż prawa ludu rzymskiego najlepiej wyrażają prawo naturalne, jakie dotyczy całego świata, stąd tytuł ludu rzymskiego do panowania nad światem. Do podobnego tytułu do panowania nad światem odwołują się kręgi wielkiej, ponadnarodowej finansjery i silnych grup kapitałowych w ramach ideologii globalnego rynku. W takim kontekście to czy państwa polityczne mają system demokratyczny, pseudodemokratyczny, czy jakikolwiek inny, jest bez znaczenia. Oczywiście, demokracja, a raczej kostium demokracji (bo czym jest demokracja bez polis i demosu) jest tu najbardziej przydatna, ponieważ jest najsłabsza wobec roszczeń kapitału. Nawiasem mówiąc, dystynkcję między oikos – rozumianym jako gospodarstwo domowe (ojcowizna) a polis – rozumianą jako obszar wolności, oczywiście wolności demosu, dobrze uwyraźniła Hannah Arendt pisząc, że starożytny Ateńczyk mógł być wolny tylko w polis: tam mógł brać udział w debatach, uczestniczyć w rządach poprzez sprawowanie urzędów, podejmować decyzje poprzez głosowania w zgromadzeniach. Inaczej przedstawiało się jego położenie w świecie oikos: tam podlegał rygorowi kalendarza rolniczego, zaś gospodarstwem zarządzał despótes, dlatego nie przypadkiem stoicy (później myśl tę przejął Hegel) twierdzili, że wolność to zrozumienie konieczności podporządkowania się prawom ustanowionym przez naturę (u Hegla – konieczności dialektycznej), lecz jednocześnie racjonalnym. I do takiej wizji praw oikosu (oikonomia) zdają się odwoływać ideolodzy nadrzędności praw ekonomii nad polityką.

W takim kontekście trudno mówić o totalitaryzmie lub nihilizmie; jest to raczej cofnięcie się do czasów imperium rzymskiego i jego praw, w połączeniu z racjonalizmem oświecenia. Zresztą, do takiego paradygmatu światopoglądowego chcieli się odwołać twórcy, niedoszłej na szczęście w tym kształcie, konstytucji Unii Europejskiej. Należy też dodać, że pojęcia res privata i res publica można również tłumaczyć jako rzecz bądź to prywatną, a więc należącą tylko do mnie, bądź jako publiczną, należącą do ludu. Jednak rzecz jest zawsze rzeczą, przedmiotem posiadanym i użytkowanym bez względu na podmiot posiadający lub użytkujący. Dobrą ilustracją do zrozumienia inwersji pojęcia rzeczy jest pojęcie „kapitału ludzkiego”, albowiem kapitał w takiej interpretacji nie jest posiadanym przez człowieka przedmiotem, lecz przedmiotem posiadającym zasób ludzki (podmiotowy). Jako ciekawostkę należy też dodać, że w dobie rewolucji francuskiej, tworzącej zresztą pewne imaginarium republiki rzymskiej, pobór powszechny ogłaszano jako rekwizycję osób na potrzeby republiki.

Jak pisze Wierzbicki, „rekonstruując oryginalną perspektywę badawczą autora Samobójstwa rewolucji [jedna z ważniejszych prac Del Nocego – uwaga moja, W.M.], pokażemy przebieg drogi od rewolucji do nihilizmu oraz antropologiczne implikacje tego procesu. Oryginalność Del Nocego interpretacji totalitaryzmu XX wieku polega bowiem na odkryciu koniecznego iunctim pomiędzy marksizmem a nihilizmem społeczeństwa dobrobytu”4. Problem polega jednak na tym czy upadek społeczeństwa dobrobytu oznacza nihilizm, czy transformację od społeczeństwa jeszcze podmiotowego do społeczeństwa już uprzedmiotowionego, opartego na kulturze towaru i podlegającego ponadczasowym prawom oikonomii.

W świetle mojej perspektywy poznawczej, jaką przyjąłem studiując pracę Wierzbickiego, ważną rolę odgrywają te wszystkie twierdzenia Del Nocego, które wskazują na elementy uprzedmiotowienia człowieka, dostrzegalne już w społeczeństwie dobrobytu. I tak, Del Noce, przynajmniej w opowieści Wierzbickiego, twierdzi co następuje:

„Społeczeństwo dobrobytu, bazujące z jednej strony na neoiluministycznej praktycznej opcji negacji religii, a z drugiej na pozytywistycznej absolutyzacji nauki, co wyraża się zakazem stawiania pytań metafizycznych i etycznych, prowadzi do praktycznego unicestwienia problemu ludzkiego ‘ja’. Ludzka podmiotowość nie odnajduje siebie poprzez swą transcendencję w metafizycznej prawdzie, jak głosi klasyczna tradycja filozoficzna o wyraźnym rodowodzie platońskim, lecz podmiot ludzki pojmuje siebie jako swój całkowicie własny wytwór, konstrukcję realizującą się poza wszelkimi kategoriami aksjologicznymi. Świadomość ludzka przestaje kierować się normami zakorzenionymi w obiektywnym porządku wartości, a staje się świadomością zorientowaną na zaspokojenie subiektywnych potrzeb witalnych. W konsekwencji mamy do czynienia z monstrualnym zjawiskiem egoizmu, czyniącego każdy przedmiot, nie wyłączając innych jednostek ludzkich – zredukowanych do czystej przedmiotowości – środkiem do zaspokojenia swych subiektywnych preferencji. Oddajmy głos naszemu autorowi [tj. Del Nocemu]: «Zredukowany do wymiaru czysto naukowego, człowiek nie może dążyć do czego innego jak do prostej afirmacji siebie. Unicestwienie mądrości w imię nauki prowadzi do używania wszystkiego na korzyść jednostki; panowanie czystej nauki, uwolnionej od swego przyporządkowania mądrości, prowadzi do owej anarchii i indywidualistycznego skonfliktowania, jakie są cechą najczęściej obserwowaną w obecnej sytuacji»5.

Była już mowa o tym [w podrozdziale Rok 1968 – rewolucja na rozdrożu, ss. 120-130 w książce Wierzbickiego – uwaga moja, W.M], w jaki sposób rewolucja seksualna lat 60. zbiega się z nihilizmem społeczeństwa dobrobytu, dodajmy ponadto, że nasz autor [Del Noce] istotę rewolucji seksualnej upatruje nie w samej swobodzie zachowań seksualnych, lecz w uznaniu seksualności wyłącznie za sferę konsumpcji, polegającej na sprowadzeniu aktu seksualnego do wymiarów użycia, co sprawia, że drugi jest postrzegany jedynie od strony swej przedmiotowości. Uprzedmiotowienie ludzkiego podmiotu i jego instrumentalizacja są wynikiem koncepcji podmiotu jako wiązki potrzeb materialnych i psychicznych, wiąże się ono z negacją duchowego charakteru ludzkiej podmiotowości.

Traktowanie człowieka jako przedmiotu użycia, implikowane przez hedonistyczny styl życia, promowany w społeczeństwie dobrobytu, stanowi w opinii Augusta Del Nocego o nieuchronnie totalitarnym charakterze tego typu społeczeństwa”6.

Jak widać z powyższego, opis społeczeństwa dobrobytu równie dobrze pasowałby do opisu społeczeństwa rynkowego, po uwzględnieniu jednak pewnych znaczących różnic. I tak, w dobie dzisiejszej nie ma już pozytywistycznej absolutyzacji nauki, nauka ma charakter służebny wobec potrzeb rynku, jest czymś w rodzaju inwestycji kapitałowej, nastawionej na późniejszą generację zysku; nie wiąże się to raczej z zakazem stawiania pytań metafizycznych, lecz ze wskazywaniem ich nieopłacalności. Co więcej, nauka traci swoją autonomię, jaką posiadała w dobie pozytywizmu, kiedy uczony mógł jeszcze powiedzieć, że docieka prawdy obiektywnej, zawartej w prawach przyrody, natomiast to czy wyniki jego badań będą miały zastosowanie w kuchni czy przy budowie okrętów, i czy w ogóle będą miały jakieś zastosowanie użytkowe, to już go nie obchodzi. Dzisiaj naukowiec, jeśli chce mieć środki na przeprowadzenie jakiegoś badania, powinien wskazać na korzyści biznesowe wynikające z takiego zainwestowania. Relatywizacja pozycji nauki ma również pewne dobre strony. Nie należy bowiem zapominać, że zarówno komunizm, jak i narodowy socjalizm, odwoływały się do „światopoglądu naukowego”. Dziś natomiast nauka nie ma wymiaru światopoglądowego, w takim stopniu jak w pierwszej połowie ubiegłego stulecia, aczkolwiek w rękach ideologów laicyzacji wybiórcze odwoływanie się do jej autorytetu czy metod nadal jest narzędziem szerzenia materializmu, ateizmu i racjonalności, ograniczonej wszak tylko do jej paradygmatu formalnego i materialnego. Co więcej, w dobie dzisiejszej, połączona z nauką edukacja również odbiega od paradygmatu pozytywistycznego, wypracowanego jeszcze w dobie oświecenia, albowiem w tamtym czasie rolą edukacji było ujawnienie i kształcenie odpowiednie do posiadanych talentów i zdolności po to, jak wtedy mówiono, aby człowiek mógł osiągnąć pełnię swojej osobowości czy, jak mówiono jeszcze wcześniej, aby spełnił godność swego powołania. Dziś zadaniem edukacji jest zaspokojenie wymagań rynku pracy, kształcenie zasobów siły roboczej. Reasumując: w dobie pozytywizmu los Janka Muzykanta i Antka – uzdolnionego rzemieślnika budził jeszcze wyrzuty natury moralnej, jako zmarnowanie wrodzonych talentów. Obecnie pytanie brzmiałoby: czy rynek pracy potrzebuje tego typu kwalifikacji, i od tego uzależniono by potrzeby kształcenia, tak jak to działo się w latyfundium opartym o eksploatację pracy niewolniczej (niewolnik był rzeczą). W tym wypadku rolę rynku odgrywał dominus, który sam decydował, jakie kwalifikacje niewolników są mu potrzebne, a jakie nie. I taka jest filozofia uzasadniająca obecną potrzebę uprawiania nauki i przymusu edukacji.

Trafne jest również spostrzeżenie o uprzedmiotowieniu seksualności. Warto jednak może dodać, że było to możliwe tylko dzięki stworzonej przez medycynę (pigułka antykoncepcyjna, wynalazek roku 1962) możliwości oddzielenia seksu od prokreacji, co oznaczało nie tylko rewolucję obyczajową, ale również potężne zyski przemysłu farmaceutycznego. Z kolei podniesienie seksualności do roli ważnej wartości rynkowej stało się jednym z najistotniejszych czynników komercyjności: wszystko musi być sexy, nawet nogi od krzesła. Sam seks zaś jest obecnie w swoim akcie spełnienia w gruncie rzeczy czymś w rodzaju poczęstowania papierosem czy obiadem. Zauważmy, że w takim kontekście nie ma miejsca na dramat Tristana i Izoldy czy Romea i Julii, albo mrocznego erotyzmu Don Juana, nie ma także miejsca na przeżywanie swojego człowieczeństwa w wymiarze jego godności. To też jest jedną z najbardziej odrażających postaci uprzedmiotowienia. Pomijam tutaj jeszcze słabo obecną w czasach Del Nocego, a obecnie niesłychanie natarczywą, promocję zboczeń. Ważnym symptomem uprzedmiotowienia seksualności jest również dekonstrukcja poczucia wstydu, jako wyrazu ludzkiej podmiotowości.

Czy uprzedmiotowienie jest jedną z form totalitaryzmu, jak uparcie twierdził Del Noce? Uważam, że nie ma na to dowodów. Pewne wyjaśnienie takiego podejścia do zagadnienia przez Del Nocego można znaleźć u Wierzbickiego, który pisze, że Del Noce jest głęboko naznaczony kompleksem antyfaszystowskim, ze względu na jego specyficzne włoskie doświadczenie. Dlatego Del Noce „formułuje (…) zarzut, że zastąpienie faszyzmu nihilizmem jest swoistą kontynuacją kultury faszystowskiej w warunkach państwa demokratycznego”7. Del Noce w tym względzie przypomina pewnego angielskiego generała, który w młodości walczył z Napoleonem i to doświadczenie odcisnęło na nim tak głębokie piętno, że jeszcze w dobie wojny krymskiej przeciwników nazywał Francuzami. Dalej zaś Wierzbicki pisze, że zdaniem Del Nocego, w jednym (tj. faszystowskim), jak i w drugim (czyli społeczeństwa dobrobytu) przypadku:

„…jednostka ludzka nie jest uznana w swej nieredukowalnej podmiotowości osobowej, lecz jest ona traktowana instrumentalnie, a o jej wartości nie stanowi jej podmiotowy, rozumny [oczywiście w kategoriach racjonalności aksjologicznej – uwaga moja, W.M.] sposób bytowania, negowany praktycznie, lecz kategorie polityczne, jak jest w przypadku faszyzmu, lub kategorie ekonomiczno-witalne, które stanowią jedyne spoiwo społeczeństwa dobrobytu. Co więcej, również faszyzm odwoływał się do zasady witalności jako ostatecznego kryterium oceny ludzkiego działania. Jeśli dokona się separacji wątku autorytarnego i witalistycznego, których sprzężenie stanowi o istocie faszyzmu, pozostaje wówczas czysty witalizm, właściwy dla społeczeństwa dobrobytu”8.

I na tym właśnie polega, moim zdaniem, rozbieżność, a nie zbieżność – jak twierdził Del Noce. Czym innym jest siła witalności ujęta w kategorie polityczne i wynikające z założeń ideologicznych, a czym innym jest siła witalności ujęta w kategorie ekonomiczne, oparte na logice rachunku ekonomicznego. W pierwszym wypadku mamy do czynienia z „transcendencją horyzontalną”, odwołującą się również do opowieści o „prawdziwym człowieku” w wersji marksistowskiej i w Nietzscheańskiej wersji „nadczłowieka”, kosztem człowieka rzeczywistego; w drugim zaś – ze sprawozdaniem o nadwyżce przychodu nad kosztem uzyskania, jako jedynej dopuszczalnej, w kontekście ekonomicznym, sile sprawczej ludzkiego działania lub też, od strony witalnej, opowieść o kupcu weneckim, która jest niczym innym, jak opowieścią o relacji między lichwiarzem a marnotrawcą. Co w wersji współczesnej jest opisem relacji między kapitałem finansowym a skredytowaną konsumpcją, co warunkach społeczeństwa rynku jest jedną z najbardziej upowszechnionych, a jednocześnie najbardziej rygorystycznych, form totalnego zniewolenia – uprzedmiotowienia – jednostki, albowiem zniewolenie dotyczy nie tylko teraźniejszości, lecz również przyszłości: np. mieszkanie za dożywotnie spłaty, ze stale obecną groźbą jego utracenia na skutek niemożliwości spłacenia.

O ile w społeczeństwie dobrobytu witalizm, używając nauki i techniki znajdował swoje spełnienie w zaspokojeniu potrzeb, o tyle obecnie ten sam witalizm, jako siła natury, plus te same środki nauki i techniki, musi służyć generacji zysku. Nasuwa się tutaj pewna analogia z przesłaniem Pinokia, zawiezionego przez małego pajacyka do krainy wiecznej zabawy, która okazała się cyrkiem pod władzą surowego tresera; i to jest chyba najlepsza puenta do tego, czym się skończyło społeczeństwo dobrobytu i demokracji, bez wartości transcendentnych, zaś rolę surowego tresera spełniają banki i niemniej komercyjne media.

Oczywiście, tak ukształtowany człowiek nie może mieć oparcia w wiedzy o przeszłości (tradycji), bo taka wiedza budzi tęsknotę za czasem człowieczeństwa opartym na honorze i godności, od czego uchowajcie bogowie konsumpcji i kredytu; budzą się wtedy demony patriotyzmu albo hydra chrześcijańskiej religijności. Nie powinien on również myśleć o transcendencji w przyszłość, chyba, że w kontekście troski o przyszłość spłaty dobra wziętego na długoletnie raty, pod zastaw pracy i mienia, czyli uprzedmiotowionej witalności. I tutaj jak najbardziej ma zastosowanie następująca opinia Del Nocego:

„Człowiek świata technologicznego [w mojej interpretacji: świata rynkowego – uwaga moja, W.M.] chociaż w dziwny sposób chełpi się wyzwoleniem od przeszłości jako «wyzwoleniem twórczym», w rzeczywistości zostaje zredukowany do czystej teraźniejszości. Nic nie zostaje mu powierzone («tradycja» pochodzi od [łacińskiego] tradere) i sam nie ma nic do przekazania, ma tylko zająć miejsce w nieodwracalnym procesie… [zmiany rozumianej jako entropia (nieodwracalne zużycie) własnego istnienia, kurczący się kapitał lat w procesie uprzedmiotowienia – uwaga moja, W.M.]”9.

W takiej sytuacji, jak komentuje Wierzbicki:

„Pozbawiona duchowego, intelektualnego ośrodka swej osobowości, jednostka ludzka staje się przedmiotem gry. Nie grozi jej wprawdzie opresja ze strony autorytarnego państwa, spotyka ja natomiast rodzaj «śmierci metafizycznej» przez to, że dominująca kultura produktu zabrania pytania o transcendencję. Redukcja ludzkiej świadomości do przeżywania wyłącznie teraźniejszości uniemożliwia postawienie pytania o trwały sens doświadczenia ludzkiego. Del Noce zauważa zbieżność antymetafizycznej postawy społeczeństwa dobrobytu z rozwojem przemysłu rozrywkowego. Absolutyzacja rozrywki ujawnia próżnię aksjologiczną i stanowi o nieznanym przed epoką sekularyzacji upowszechnieniu się praktycznego nihilizmu [dla mnie to jest forma uprzedmiotowionej witalności – uwaga moja, W.M.]. Opisywane przez Pascala10 divertissement staje się zasadą procesu wyzwolenia przez nieustanne dostarczanie nowych wrażeń [włącznie z coraz bardziej perwersyjnym i uprzedmiotowionym seksem oraz powszechnymi w użyciu narkotykami – uwaga moja, W.M.]. Współczesny przemysł rozrywkowy przypomina maszynę szczęścia, w istocie wytwarza jedynie iluzję szczęścia, zamiast obiecywanego wyzwolenia pogłębia bowiem alienację podmiotu zagubionego w teraźniejszości. Podmiot ludzki nie może doświadczyć wyzwolenia, gdyż to co mu przynosi ciągła rozrywka, jest wyłącznie negacją, pozbawioną pozytywności. W rezultacie – konkluduje Del Noce «koincydencja divertissement z nihilizmem [dla mnie uprzedmiotowieniem – uwaga moja, W.M.] obala samą świadomość tragiczną»11.

Redukcja przeżywania swej podmiotowości do wymiarów teraźniejszości powoduje banalizację doświadczenia ludzkiego, wyklucza możliwość jego komunikowania, likwiduje podstawy, na których powinna oprzeć się wspólnota ludzka, a w jej miejsce pojawia się konglomerat jednostek”12.

Należy przy tym zauważyć, że współczesne państwo, zanurzone w rynku, za swoje zadanie przyjmuje utrzymanie takiego stanu rzeczy, albowiem jeśli chodzi o „mówiące narzędzia”, czyli niewolników (w tym wypadku są to niewolnicy rynku), to już starożytni wiedzieli, że dobry niewolnik to taki, który troszczy się tylko i wyłącznie o egoistyczne zaspokojenie własnych potrzeb „brzucha i lędźwi”, zaś niewolnicy nie powinni wywodzić się z tych samych plemion i czcić tych samych bogów. Podobnie wygląda sprawa z obecną polityką wielokulturowości, politycznej poprawności i tolerancji, z silną desygnacją wroga, jakim jest i ma być: rasizm, seksizm, homofonia, ksenofobia, antysemityzm (oczywiście interpretowany w specyficzny sposób); bardzo źle widziany jest również „klerykalizm”. Zauważmy, że taka desygnacja wroga jest również narzędziem świadomej atomizacji społeczeństwa, zaś strażnikiem tak zatomizowanych jednostek jest państwo, ale nie jako polis, lecz dominium, z rynkiem jako imperium, zaś zasada divide et impera święci tryumf. Oczywiście, rola, jaką spełnia rozrywka w stosunku do niewolników rynku jest inna niż zaspokojenie witalnych potrzeb klasycznego niewolnika, albowiem tutaj rozrywka jest nie tylko jednym z narzędzi utrzymania niewolnika w stanie podległości, przez wykorzystywanie ludzkiej słabości, lecz również – jako produkt rynkowy – jest ważnym źródłem generacji zysku, a w konsekwencji jeszcze większego uzależnienia ludzkiego podmiotu od dyktatury przedmiotów. Jako najbardziej ewidentny przykład takiego uzależnienia można podać uzależnianie się licznych rzesz młodych ludzi od świata gier komputerowych czy szerzej – od Internetu, ale można podać i inne rozrywki związane z kulturą towaru. Albowiem w świecie komercji rozrywka też jest towarem, który ma zastąpić kulturę duchową, wymagającą pewnego przygotowania intelektualnego i estetycznego oraz, co nie mniej ważne, pewnej predyspozycji moralnej.

Niejako podsumowując różnicę, jaką można dostrzec między opisywanym przez Del Nocego społeczeństwem dobrobytu a obecnym społeczeństwem rynkowym, należy przytoczyć następującą partię tekstu:

„Pojawienie się społeczeństwa dobrobytu, rodzącego nową formę totalitaryzmu, niesprowadzalną do autorytarnych form totalitaryzmu rewolucyjnego, Del Noce postrzega jako problem kapitalizmu bez wartości. Podczas gdy rewolucyjne formy totalitaryzmu wiązały się z istnieniem autorytarnych ustrojów politycznych, zachowujących się opresywnie wobec obywateli, społeczeństwo dobrobytu zdaje się sprzyjać wolności obywatela. W jednym i drugim przypadku mamy jednak do czynienia z zanikiem prymatu wartości moralnych, z tą wszakże różnicą, że totalitaryzm rewolucyjny opiera się na prymacie polityki przed etyką, a totalitaryzm neokapitalistyczny na prymacie ekonomii przed etyką. «Paradoksalnie – komentuje Del Noce – totalna negacja tradycji zbiega się z pojawieniem się ducha mieszczańskiego w czystym stanie, w tym sensie, że redukcja człowieka do homo oeconomicus i abolicja etyki na rzecz ekonomii nigdy nie zostały tak daleko posunięte»13. Problematyczny jest nie sam rozwój technologiczny i kapitalistyczne rozumienie ekonomii, opartej na własności prywatnej i przedsiębiorczości, lecz pojawienie się ‘ducha mieszczańskiego w stanie czystym’, wychodzącego z przesłanki głoszącej całkowitą sprowadzalność bytu ludzkiego do funkcji producenta i konsumenta. Przyjęcie w polityce tej wizji ludzkiego losu i przeznaczenia za obowiązującą, wizji, w której odwróceniu ulega relacja pomiędzy celami a środkami, czy wręcz uznanie środków za równoważne z celem ludzkiego życia. Del Noce uważa [zgodnie z kompleksem owego angielskiego generała – uwaga moja, W.M.] za przejaw budowania nowego typu państwa totalitarnego, gdzie totalitaryzm z uwagi na całkowite wykluczenie moralności przez ekonomię jest totalitaryzmem zupełnym, a więc totalitaryzmem już zrealizowanym w swej ‘czystej postaci’ jako kultura bez pytań. Pluralistyczne społeczeństwo, którego kultura zostaje oczyszczona z pierwiastków myślenia metafizycznego i religijnego, rodzi lęk, podobnie jak dzieje się to w społeczeństwie autorytarnym. Źródłem lęku nie jest sankcja represji politycznej, lecz obawa naruszenia kulturowego zakazu. W ten sposób pluralizm aksjologiczny prowadzi do przeobrażenia się demokracji w tyranię o cechach totalitarnych, ujawniając istotę samego totalitaryzmu jako systemu sił nie podlegających zasadzie oceny moralnej”14.

Analizując ten fragment, z całą wyrazistością można dostrzec te elementy, które nie przystają już do współczesnej rzeczywistości. I tak, pisząc o prymacie ekonomii nad etyką i o kapitalizmie bez wartości etycznych, Del Noce pisze jednocześnie, że jest to budowanie nowego typu państwa totalitarnego, tymczasem jest to destrukcja państwa politycznego lub też – zgodnie z doktryną liberalną – sprowadzenie jego funkcji do roli „stróża nocnego”, a opresyjność wobec jednostki wyraża się w samej strukturze despotyzmu ekonomicznego, z pominięciem roli państwa. Także Wierzbicki, pisząc o kapitalizmie, odwołuje się do roli producenta i konsumenta oraz takich wartości jak własność prywatna i przedsiębiorczość, tymczasem jest to obraz błędny, odpowiadający bardziej sytuacji XIX wieku. Dlaczego? – ponieważ zmianie uległy parametry współczesnego kapitalizmu. Współczesny kapitalizm nie tworzy ról producenta i konsumenta – tak zresztą uważali również socjaliści – lecz rolę inwestora i konsumenta. Jest to zresztą zgodne z samym rdzeniem systemu kapitalistycznego, albowiem, jak pisał Adam Smith: „bułek i wędlin, które spożywacie na śniadanie nie zawdzięczacie uprzejmości piekarza lub rzeźnika, lecz temu, że kierują się oni egoistycznym interesem zysku”; tak więc piekarz i rzeźnik są tylko inwestorami, więcej – inwestor nie musi sam być piekarzem czy rzeźnikiem, wystarczy że ma pieniądze (kapitały), które zainwestuje w tę dziedzinę działalności, a będzie to robił w ramach logiki rachunku ekonomicznego. Transformacji uległo również pojęcie własności: w XIX wieku za podstawę kapitalizmu uważano posiadanie własności prywatnej rozumianej jako wyłączność; obecnie najbardziej liczącą się formą posiadania jest posiadanie przez zarządzanie lub użytkowanie własności kapitałowej, zaś często właścicielem prywatnym w klasycznym tego słowa znaczeniu lub też podmiotem własności prywatnej są osoby prawne, banki czy wielkie ponadpaństwowe korporacje. Parafrazując wierszyk satyryczny na Stanisława Augusta, współczesny bankier może powiedzieć: „chociaż ludzi okradłem vel oszukałem, bytu swego nie zachwieję”, bowiem bankrutują banki, ale nie bankierzy, którzy formalnie są tylko pracownikami najemnymi. Banki czy wielkie korporacje, jako podmioty własności prywatnej, są osobami prawnymi, działającymi w rygorystycznej logice racjonalności formalnej – jak pisał Max Weber – wyrażonej rachunkiem pieniężnym. Ten typ władzy nad ludźmi Jadwiga Staniszkis nazywa dyktatem formy, ponieważ formą, która stawia wymagania i określa powinności jest tutaj osoba prawna, czyli taka, która nie może być rozliczona w kategoriach moralności, zbawienia czy potępienia; ba! – nie może być nawet rozliczona w kategoriach prawnych, bo korporacja nie pójdzie do więzienia.

Jedynym kryterium jej moralności i racją bytu jest zatem skuteczność w osiąganiu celów, do których została powołana; skuteczność opisana i wyrażona przez język matematyki, jest jej etyką. I to jest jedna z najbardziej perfidnych postaci uprzedmiotowienia ludzkiej aktywności. Pisze o niej autor Małego Księcia, wprowadzając postać rachmistrza, który wszystko przelicza. W dobie obecnej jednak to nie rachmistrz rządzi rachunkiem, lecz rachunek rachmistrzem.

Reasumując: uważam, że w dobie obecnej takie pojęcia, jak totalitaryzm, społeczeństwo dobrobytu, rewolucja technologiczna jako środek samozbawienia (sformułowanie Del Nocego), a nawet nihilizm, nie nadają się do opisu zjawiska totalnego uprzedmiotowienia ludzkiej witalności. Kultura bez pytań o sens życia ludzkiego, bez etyki i moralności, nie polega (jak w klasycznym totalitaryzmie) na zakazie ich stawiania, lecz na obojętności wobec ich postawienia; co to kogo obchodzi, wobec ważności pytania o nadwyżkę przychodu nad kosztem uzyskania?. Niespodziewanie dobrą ilustracją takiego stanu rzeczy jest opinia red. Piotra Pacewicza – sądzę, że przez niego nieuświadomiona co do jej istotnego znaczenia; pisze on bowiem, komentując wprowadzenie nowych matur, co następuje:

„Trochę mi żal matury jako egzaminu dojrzałości intelektualnej i pogłębionej wiedzy, nawet jeśli były to po trosze inteligenckie złudzenia. Nowa jest na pewno bardziej adekwatna w czasach, gdy zamiast słuchać, jak rodzice czytają – a niech tam! – Trylogię, czy rozkoszują się tomikiem poezji, trzeba szybko zrozumieć tekst, który mieści się na ekranie komputera”15.

Czyli – jak można wnioskować – jeśli ktoś opanował umiejętność szybkiego czytania, oczywiście ze zrozumieniem funkcjonalnym, nie musi się zastanawiać nad legalnością oprogramowania. A jeśli już, to tylko w takim kontekście, co mu się bardziej opłaca: czy korzystać z nielegalnego oprogramowania (przez co obniżą się koszty wytwarzania i będzie bardziej konkurencyjny na rynku produktów, ale też zaryzykuję dużą stratę na wypadek zaskarżenia), czy też wykupić prawo do legalnego oprogramowania, ale w ten sposób wzrosną koszty wytwarzania, przez co obniży się zdolność konkurowania, i tak dylemat opłacalności jest w dobie dzisiejszej jedynym kryterium moralności.

Kondycję moralną człowieka współczesnego można też zilustrować następującym porównaniem haseł. Jeszcze w roku 1968 lewacy krzyczeli: „co mnie obchodzi wojna w Wietnamie, gdy ja mam kłopoty w sferze intymnej” (w oryginale brzmi to bardziej naturalistycznie). Dziś młode pokolenie zdaje się raczej głosić hasło: „co mnie obchodzi polityka, o etyce już nie wspomnę, gdy ja mam kłopoty ze spłatą kredytu lub znalezieniem zatrudnienia lub też, co gorsza, jako pracownik banku muszę wyegzekwować należności bez względu na okoliczności, lub jako przełożony muszę dokonać redukcji zatrudnienia dla utrzymania opłacalności i konkurencyjności firmy, która mnie zatrudnia”. Tak wyglądają rzeczywiste dylematy obecnych pokoleń społeczeństwa rynkowego.

Na zakończenie opisu „lekowania” dolegliwości uprzedmiotowienia za pomocą filozofii przytoczę taki oto opis doświadczenia fizykalnego, o którym pisze wybitny fizyk – intelektualista Werner Heisenberg:

„…fizyka odpowiada dziś stanowczo, że cząstki elementarne są już rzeczywiście ostatecznymi, najmniejszymi jednostkami materii. (…) W jaki sposób można stwierdzić czy cząstki elementarne dają się jeszcze dalej podzielić? Jedyną metodą rozstrzygania jest przecież spróbować, przy użyciu najpotężniejszych sił, czy cząstki dają się jeszcze rozłupać. Ponieważ nie ma naturalnie takiego noża ani innego narzędzia, którym można by podjąć próbę takiego podziału, jako jedyna możliwość pozostaje ciskanie cząstkami z dużą prędkością, jednymi w drugie. Jakoż istotnie można spowodować zderzenie pomiędzy cząstkami elementarnymi o bardzo wysokiej energii. Właśnie temu celowi służą największe akceleratory (…). Cząstki elementarne ulegają przy tym istotnie rozczłonkowaniu, często zostają rozbite na wiele części, jednakże części te, i to właśnie jest niespodziewane, nie są ani mniejsze ani lżejsze niż twory elementarne, które uległy rozbiciu. Wielka energia kinetyczna zderzających się cząsteczek może bowiem, zgodnie z teorią względności, przekształcić się w masę, i zostaje ona faktycznie użyta do wytwarzania nowych cząsteczek elementarnych, zatem w rzeczywistości odbywa się właściwie nie rozpad cząstek elementarnych, lecz wytwarzanie nowych takich cząsteczek z energii ruchu tych, które się zderzają. Tak więc równanie Einsteina E = mc² czyni możliwym, by znane dziś cząstki elementarne były już najmniejszymi z istniejących tworów”16.

Jak wynika z powyższego, anihilacja (unicestwienie) materii za pomocą innej materii nie jest możliwa, lecz wskutek działań sił destrukcyjnych, opisanych w tym doświadczeniu, ulega tylko transformacji jakościowej. I tak, per analogiam, obserwując „rozłupywanie” cywilizacji podmiotowej jesteśmy świadkami wytwarzania się cywilizacji przedmiotowej, z takimi cechami substancjalnymi jak: materializm, ateizm, racjonalizm (przyroda jest racjonalna), co w ludzkim wymiarze przyjmuje postać uprzedmiotowionej witalności (hedonizm) bez perspektywy transcendencji. W takim kontekście można dojść do wniosku, że Pan Bóg chyba zaczyna zamykać listę zbawionych: ciekawym, kto się na nią jeszcze zdąży załapać, używając języka kolokwialnego. Pewnym sposobem uniknięcia uprzedmiotowienia jest obrona własnej godności i godności własnego transcendentnego powołania, ale o tym czy tak się stanie, że ludzie zaczną bronić własnej podmiotowości, zadecyduje prawdopodobnie historia przyszłych pokoleń. Lecz czy historia będzie jeszcze potrzebna ludziom uprzedmiotowionym?


1 A. M. Wierzbicki, Filozofia a totalitaryzm. Augusta Del Nocego interpretacja kryzysu moderny, Wydawnictwo KUL, Lublin 2005, s. 111.

2 Tamże, s. 116.

3 Tamże, s. 105.

4 Tamże.

5 A. Del Noce, Tramonto o eclissi dei valori tradizionali?, Rusconi, Milano 1971, s. 89, cyt. za: A. M. Wierzbicki, dz. cyt., s. 138.

6 A. M. Wierzbicki, dz. cyt., ss. 137-138.

7 Tamże, s. 138.

8 Tamże, s. 139.

9 A. Del Noce, dz. cyt., s. 208, cyt. za: A. M. Wierzbicki, dz. cyt., s. 139.

10 Zob. B. Pascal, Myśli [217], przeł. T. Żeleński (Boy), IW PAX, Warszawa 1972, s. 106.

11 A. Del Noce, dz. cyt., s. 208, cyt. za: A. M. Wierzbicki, dz. cyt., s. 140.

12 A. M. Wierzbicki, dz. cyt., ss. 139-141.

13 A. Del Noce, dz. cyt., s. 232, cyt. za: A. M. Wierzbicki, dz. cyt., s. 142.

14 A. M. Wierzbicki, dz. cyt., ss. 141-142.

15 P. Pacewicz, Matura odczarowana, „Gazeta Wyborcza”, 6 V 2005.

16 W. Heisenberg, Ponad granicami, przeł. K. Wolicki, wstęp A. K. Wróblewski, PIW, Warszawa 1979, s. 40.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.