Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Pierwsze przykazanie

Pierwsze przykazanie

Adrian Nikiel

W myśli chrześcijańskiej cały dramat kosmiczny koncentruje się wokół kwestii relacji pomiędzy człowiekiem a Bogiem, przychodzącym do każdego człowieka, będącego istotą wyposażoną w rozum i wolną wolę, aby uzyskał on własnym wysiłkiem chwałę wieczną; chrystianizm daje wszystkim ludziom możliwość zbawienia, a dokładniej – obwieszcza nowinę, która w przeciwieństwie do ciasnej koncepcji judaistycznej od początku była uniwersalistyczna religijnie, otwierając przed wszystkimi narodami drzwi do Nieba, w odróżnieniu od starożytnego znaczenia mozaistycznego „wybranych”.

Franciszek Elías de Tejada y Spínola, Rasizm

Tytuł tego tomu jest nieco mylący – dzieło św. Katarzyny ze Sieny wypełnia przede wszystkim monolog naszego Stwórcy, Boga Ojca, bardzo szczegółowo odpowiadającego na pytania autorki. Jest to dzieło unikatowe, o ile bowiem dość częste w historii Kościoła były objawienia pochodzące od Najświętszej Maryi Panny lub innych świętych, a także od naszego Pana Jezusa Chrystusa, o tyle tak obszerne wypowiedzi Pierwszej Osoby Trójcy Świętej należą do wyjątków.

Dzieło wymaga szczególnego skupienia uwagi, gdyż od pierwszej do ostatniej strony prezentuje przede wszystkim bogactwo życia wewnętrznego Trójcy Świętej (warto zauważyć, że obala przy tym bluźniercze stwierdzenia typu „Jezus nigdy nie powiedział o sobie, iż jest Bogiem”). Nie jest to łatwa lektura, bo choć Bóg Ojciec niezwykle często zachęca, aby poznawać Go światłem rozumu, nie ulega wątpliwości, że Jego sposób myślenia, Jego kryteria miary rozmijają się z potocznym ludzkim rozumowaniem (tym bardziej jeżeli wziąć za punkt odniesienia współczesną ideologię „dobroludzizmu”). Z pewnością niezbędne jest głębokie przewartościowanie, aby uświadomić sobie, że jedyną trwałą wartością i jedynym powołaniem każdego człowieka jest miłość do Trójcy Świętej. Poza nią i bez niej nie ma żadnych zasług — niczego, co zasługiwałoby na choćby najmniejszą uwagę. Poza Bogiem jest tylko nicość, a wszystkie sprawy, które nie są podporządkowane miłości do Boga i nie służą spełnianiu Jego woli, należą do domeny śmierci. „Dobry człowiek”, kierujący się naturalną dobrocią (niewątpliwie pożyteczną dla pokoju społecznego w życiu doczesnym), lecz nie podporządkowujący jej temu naczelnemu celowi, jest martwy, bez względu na to, co zrobi i co poświęci, aby dzięki choćby największemu heroizmowi zyskać sławę „świeckiego świętego”. Boga nie interesują bowiem dobre uczynki i cnoty praktykowane bez zważania na Niego. W dniu sądu dusza rozliczana jest wyłącznie z miłości do Boga lub jej braku, nic innego nie będzie istotne. Miłość własna może natomiast okazać się największą przeszkodą na drodze do świętości.

Świętość to wyzwolenie od własnych ograniczeń, odrzucenie wszelkich ziemskich przywiązań, wyrzeknięcie się własnej woli i przyjęcie w jej miejsce woli Boga. W tym kontekście postrzegać należy też kwestię cierpienia, tak często skłaniającą ludzi do odrzucenia Boga w myśl oburzenia wyrażanego pytaniem: „jak Bóg mógł na to pozwolić?!” (vel „czy można wierzyć w Boga po Auschwitz?”). Jedyna odpowiedź na pytanie: „dlaczego mnie to spotkało?!”, brzmi: „Bóg uznał, że to będzie dobre dla twojej duszy”.

Podczas lektury myśli krążą między biegunami „jakie to proste” i „jakie to trudne”. Proste – na poziomie textu, w którym otrzymujemy wskazówki, jak podążać ścieżką świętości („po prostu doskonale kochajmy Boga”), trudne – gdy uświadomimy sobie, że wcielenie tych wskazówek w życie oznacza przekreślenie wszystkiego, co wiąże nas z doczesnością. Trzeba radykalnie odrzucić wszystkie doznania zmysłowe, które utrudniają rozpoznanie woli Stwórcy. Trzeba uznać siebie za „nędzę proszącą”, zobaczyć, że „własne” zasługi są wyłącznie darem Boga. Również cierpienie należy przyjmować jako dar od Boga, służący oczyszczeniu duszy z miłości własnej, która jest korzeniem zła.

Wskazówki Stwórcy są bardzo precyzyjne, czasami przypominające naukowy wykład Jego oczekiwań – nie brakuje ułatwiających zrozumienie całości wywodu streszczeń i uporządkowanych podsumowań. W swoich odpowiedziach Bóg Ojciec sięga nawet do najbardziej pierwotnych archetypów – nasz Pan Jezus Chrystus porównywany jest przez Niego do mostu, który łączy ludzi z Niebem. Jest to z pewnością odwołanie do rzymskiego pontifexa, czyli, jak wiemy z fenomenologii religii, monarchy-kapłana, którego najważniejszą rolą jest bycie pośrednikiem między poddanymi a rzeczywistością transcendentną.

Wprawdzie Miłosierdzie Boże jest nieskończenie większe od wszystkich grzechów razem wziętych, a tylko jedna kropla Krwi Chrystusa w zupełności wystarczyłaby do zbawienia każdego człowieka, Bóg oczekuje jednak aktywnej współpracy swoich stworzeń w dziele Zbawienia. Choć mógłby o wszystkim decydować sam, życzy sobie, abyśmy przedkładali prośby w modlitwie, więcej – nakłania nas Łaską swoją do modlitwy. Od naszej odpowiedzi na natchnienie Łaski zależy, czy będziemy wspinać się na kolejne stopnie tego mostu do zbawienia, jakim jest wyłącznie Chrystus – zatwardziałego grzesznika potępia wyrok własnego sumienia. Ci, którzy odrzucają Łaskę, są martwi już za życia.

Trzy stopnie mostu, o których tak wiele mówi nam Bóg Ojciec, to nie przypadek. Świętość nie jest iluminacją, extazą, emocjonalnym przeżyciem, transowym doznaniem dla wtajemniczonych. Świętość jest natomiast drogą ascezy, która bynajmniej nie ma charakteru jednokierunkowego – można z niej zejść lub cofnąć się, można źle odczytać drogowskazy i pobłądzić. Świętość, będąca żmudną i niedającą żadnej ziemskiej satysfakcji pracą nad doskonaleniem duszy, zawsze, bez jakichkolwiek wyjątków, związana jest z oczyszczającym cierpieniem – darem, który jak każdy inny dar można spożytkować dobrze lub źle. Jedno jednak nie ulega wątpliwości – do Boga nie można mieć pretensyj, że doświadcza grzeszników, gdyż wszystkie męki, które znosi lub może znieść dusza w tym życiu, nie są wystarczające do ukarania nawet najmniejszej winy (str. 25).

Wzrastając w świętości, coraz wyraźniej dostrzega się własną małość i ograniczoność, albowiem w życiu doczesnym nikt nie może uznać, że osiągnął już wszystko, co mógł. W wymaganych przez Boga Ojca cnotach trzeba doskonalić się codziennie, ze świadomością, iż pokuta na tym łez padole nigdy nie dobiegnie końca. Nigdy nie będzie dość ascezy, modlitwy i kontemplacji. Im wyżej święty dotarł w nakreślonej przez Stwórcę hierarchii sługa – przyjaciel – syn, im bliżej Boga się znajduje, im bardziej Bogiem jest już nasycony, tym mocniej Go pragnie.

*****

Trudno w krótkim artykule wskazać wszystkie istotne wątki z tych kilkuset stron, gdzie każde zdanie jest przecież arcyważne1. Jeszcze tylko dwa zagadnienia. Niezwykle współcześnie, jak głos w sporach XXI wieku, brzmi wstręt Boga do szczególnie przez Niego wyróżnionego grzechu, jakim jest grzech przeciwko naturze. Obrzydliwość tego grzechu w oczach Stwórcy nie ulega najmniejszej wątpliwości – ci, którzy zaliczają możliwość uprawiania sodomii do tzw. praw człowieka, muszą pojąć, że nie istnieją żadne specyficzne, „neutralne światopoglądowo” prawa człowieka, jest tylko Prawo Boże.

Wobec kryzysu, który od kilkudziesięciu lat gangrenuje Kościół, jak groźne memento brzmią przesycone gniewem słowa o występnych kapłanach, którzy wprawdzie nie podlegają żadnej doczesnej karze i podlegać jej nie mogą, jako wybrani przez Boga, ale przez samego Stwórcę zostaną szczególnie ukarani za wyrządzane przez siebie zło. Xięża w godności wyniesieni są ponad aniołów, dlatego też Bóg Ojciec nałożył na nich wymagania, jakich nie znają świeccy. Z pewnością potężny gniew Boga nie dotyczył tylko średniowiecznego stanu pierwszego. Tragedia modernizmu, jakiej świadkami jesteśmy, skłania więc do zastanowienia – jaka kara spotka fałszerzy Świętej Wiary, promotorów bluźnierczych, pseudokatolickich doktryn, profanatorów katolickich świątyń, wilki w owczarni ukryte pod strojami duchownych. Czego mogą oczekiwać od Boga ludzie, którzy z niebywałą konsekwencją wyniszczają Mistyczne Ciało Chrystusa? Ich zachowanie to przecież jawne i ostateczne odrzucenie cnót pokory i posłuszeństwa – najważniejszych w oczach Boga! Kto zaś drwi i prześladuje kapłanów wiernych niezmiennemu Magisterium, znieważa nie tylko ich, lecz Stwórcę, który ich posłał. Na szczęście owoc Kościoła, mej oblubienicy, nie potrzebuje poprawy, gdyż nie zmniejsza się on ani nie psuje nigdy przez błędy sług (str. 49-50).

*****

Xiążkę wydano bardzo starannie, lecz jeden z redakcyjnych przypisów musi niepokoić. Na stronie 422 Bóg Ojciec wspomina o testamencie św. Dominika – klątwie rzuconej na wszystkich, którzy odstąpią od ścisłego ubóstwa obowiązującego dominikańskich zakonników. W przypisie pojawia się sformułowanie tekst rzekomej klątwy – czy zatem Wszechwiedzący Bóg powoływał się wobec św. Katarzyny na słowa nigdy niewypowiedziane? Jeżeli ten fragment jest niewiarygodny, to jak ocenić wiarygodność reszty dzieła? Oczywiście Dialog o Bożej Opatrzności to objawienie prywatne, ale również takie objawienie nie może zawierać błędów czy pomyłek. Szkoda, że zabrakło bardziej szczegółowego wyjaśnienia tej kwestii.

Święta Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności, czyli księga Boskiej nauki, przekład Leopold Staff, wstęp Wojciech Giertych OP, wydawnictwo W drodze, Poznań 2012, str. 463.

www.wdrodze.pl


1 (…) obejmuje tak różne tematy jak: ludzka doskonałość, chrystologia i teologia życia wewnętrznego, ukryte w metaforze nauki o moście; mówi o funkcjach pięciu gatunków łez czy światła, o złudzeniach na drodze do prawdy (…) – str. 11.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.