Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Pieśń bizantyjskich kwiatów

Pieśń bizantyjskich kwiatów

Adam Tomasz Witczak

Istnieje wiele dobrych albumów muzycznych, całkiem sporo jest nawet tych bardzo dobrych. Rzadziej trafiają się materiały, które robią wrażenie nie tylko wysoką jakością aranżacji, kompozycji, wykonania i brzmienia, ale również rozmachem konceptualnym.

Mamy tu na myśli koncept, który wykracza nawet poza samą tylko muzykę, który sięga dalej, bo przywodzi na myśl rozmaite obrazy zewnętrzne wobec dźwiękowej abstrakcji. Skojarzenia mogą być rozmaite: od czysto wizualnych aż po polityczne, duchowe czy religijne. Istota rzeczy tkwi w tym, że artysta tworzy opus magnum, albo i Gesamtkunstwerk, w którym muzyka splata się z oprawą graficzną płyty, z wyrażonym jawnie lub skrycie przesłaniem, z tytułami i odniesieniami. W ten sposób otrzymujemy już nie luźną kolekcję piosenek, ale panoramę całego zagadnienia: albo przynajmniej kolekcję, której sami możemy nadać taką rangę z uwagi na jej wewnętrzną spójność. Zazwyczaj, choć teoretycznie nie jest to warunek konieczny, dzieło takie musi być „duże” – co najmniej rangi pełnoczasowego albumu.

Takimi materiałami są np. Lifeforms grupy Future Sounds of London, Beauty will save the world Rewolucyjnej Armii Dzieciątka Jezus – albo Kwartet na koniec czasu Oliviera Messiaena (przynajmniej dla autora niniejszej recenzji), ale nie o tych dziełach będziemy mówić.

Zamia Lehmanni to czwarty studyjny album prastarej grupy industrialnej SPK. Skrót ten, w zależności od potrzeby czy kaprysu, zespół tłumaczył rozmaicie. Rozwijano go np. jako Sozialistisches Patienten Kollektiv – i w takiej wersji odnosiła się do antypsychiatrycznego, lewicowego ruchu działającego w Niemczech lat siedemdziesiątych. Ale SPK to także Surgical Penis Klinik, Selective Pornography Kontrol, System Planning Korporation czy SePuKku. Nazwy te mniej lub bardziej odnosiły się do aspektów społeczeństwa postindustrialnego i zarazem ponowoczesnego: do tematów kontroli umysłu, omnipotencji mass mediów, rewolucji seksualnej czy postępów medycyny i biotechnologii.

Świat kreowany przez SPK na wczesnych płytach był światem przemysłowej dark future. Rdzeń muzyki stanowiły poszarzałe, uporczywe rytmy maszyn, przeplatające się ze zdeformowanymi ludzkimi głosami wygłaszającymi rozpaczliwe deklamacje tudzież z nawałnicami elektrycznego hałasu. Zresztą, był to nie tyle świat kreowany, ile odtwarzany – niczym w końcowym zdaniu Modelu Pickmana H.P. Lovecrafta: Ale, na Boga, Eliocie, to była fotografia z natury!

Zamia Lehmanni to wyprawa w inne rejony, przynajmniej na pozór. Słuchacz nieznający SPK mógłby pomyśleć, że to jakiś zapomniany album Dead Can Dance lub może Current 93. A może soundtrack z jakiegoś hipnotycznego filmu science fiction, w którym technologiczny futuryzm styka się z tematyką apokaliptyczną?

Słówko „eklektyzm” dobrze opisuje znaczną część sztuki współczesnej, ale często używane jest w roli zarzutu, pejoratywnie. Tu jednak mamy do czynienia z tym dobrym eklektyzmem. Mnogość wątków, które splatają się na Zamia Lehmanni, może trochę przytłaczać, lecz wszystko jest świetnie dopasowane, niczym perły i kamyczki w detalu z kościoła Sagrada Familia w Barcelonie, zdobiącym okładkę płyty. I tak jak Sagrada Familia jest eklektyczna, a zarazem w przedziwny sposób spójna; nowoczesna, a jednocześnie sakralna i tradycyjna, tak muzyka SPK stanowi łącznik między przeszłością a teraźniejszością, między czasem snu i kalendarzem liturgicznym a pośpiechem ostatnich dekad.

Przeszłość, po którą zespół sięga, jest zresztą wielowątkowa, bo SPK czerpie nie tylko z dorobku prawosławnego czy katolickiego. Wplata w swą muzykę również plemienne, szamańskie rytmy z dalekich krain Azji czy Afryki, czego wyrazem jest np. wykorzystanie gamelanu czy rozmaitych egzotycznych bębnów.

Całość przypomina kolekcję pocztówek z Ziemi Jałowej Eliota. To przedziwna wędrówka ulicami jakiegoś fantastycznego Megalopolis, w którym zgromadzono przemieszane razem odłamki dawnych cywilizacji, być może już pogrzebanych pod piaskami czasu. A jednocześnie te nawiązania folklorystyczne i tradycyjne osadzone są w kontekście industrialnym, wśród dźwięków nowoczesnych instrumentów elektronicznych, w dymie fabryk i ponurych tunelach mrocznego ambientu. Ten komponent hałasu jest jednak dawkowany bardzo oszczędnie, co czyni płytę zaskakująco przystępną.

Urzekający lot nad globalną wioską, w której wciąż palą się ogniska dawnych wierzeń i obyczajów. Eliadowskie sacrum przebijające w profanicznym świecie. Płyta smutna, owszem, bo w tym gatunku nie ma muzyki wesołej, ale nie rozpaczliwa – raczej nostalgiczna, skłaniająca do refleksji. I do tego nawiązująca wprost do dziedzictwa Bizancjum, o czym świadczą choćby niektóre cytaty we wkładce. Żeglując do Bizancjum – przypomina się tu zarówno poemat Wilhelma Butlera Yeatsa, osadzony w przeszłości, jak i fantastyczno-naukowe opowiadanie Roberta Silverberga, znane także u nas.

SPK – Zamia Lehmanni – Song of Byzantine Flowers, wyd. Side Effects 1986

1. Invocation (to Secular Heresies), 2. Palms Crossed in Sorrow, 3. Romanz in Moll (Romance in A Minor Key), 4. In the Dying Moments, 5. In Flagrante Delicto (Introduction), 6. In Flagrante Delicto, 7. Alocasia Metallica, 8. Necropolis, 9. The Garden of Earthly Delights

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.